Wałbrzystern
Skoro Karol May nie odwiedził Ameryki, logiczne było, że w ramach wałbrzyskiej akcji trawestacji mitów naszego dzieciństwa scenariusz spektaklu "Sorry Winnetou" powstanie bez zaglądania do książki
A jednak - Sebastian Majewski ukryty pod pseudonimem "Super Man" sięgnął przynajmniej do pierwszego tomu. Opowiedział po swojemu kilka pierwszych przygód bohaterów cyklu. Dlaczego akurat "Winnetou", a nie powieści Wiesława Wernica czy "Złoto Gór Czarnych", które chłopaki z mojej generacji czytały z wypiekami na twarzach? Podobno dlatego że to właśnie w Wałbrzychu May odsiadywał wyrok więzienia za jakieś niecne sprawki i wtedy odkrył swój talent pisarski.
Piotr Ratajczak, którego Majewski zaprosił do reżyserowania "Sorry Winnetou", postanowił stworzyć nowy gatunek teatralny: wałbrzyski western, czyli "wałbrzystern". Wałbrzystern to naiwnie optymistyczna opowieść o szlachetnym dzikim Apaczu Winnetou i jego bracie krwi Old Shatterhandzie wystawiona na dzikim, porzuconym, wykluczonym i zaniedbanym zachodzie Polski, w mieście, gdzie upadły kopalnie i połowa populacji nie ma pracy. W takim miejscu westernowe antynomie bieli i czerni, winchestera i tomahawka, natury i cywilizacji nabierają nowych znaczeń.
Ratajczak ustrzegł się jednak prostego przełożenia: starcie czerwonoskórzy - blade twarze jako metafora wyzysku górników z bieda szybów przez ekspatów i menedżerów z zagranicy najeżdżających Wałbrzych. Może dlatego że wszyscy spodziewali się właśnie takiego zabiegu. Ratajczak świadomie daje się uwieść stylowi retro, przebiera swoich aktorów za bohaterów Dzikiego Zachodu, ale nie szuka tragedii. Kowbojskie i indiańskie stroje z jego przedstawienia odsyłają nas bowiem do świata, który dopiero się rodzi, gdzie dobro walczy ze złem i niekoniecznie musi przegrać.
Swego czasu Jan Klata zagrał w Salzburgu szekspirowskiego "Ryszarda III" w konwencji westernów Sergio Leone. Na scenie nie było koni, aktorzy nosili siodła wszędzie ze sobą i udawali montypythonowski galop na niewidzialnych wierzchowcach. W Wałbrzychu również wiedzą, że historię Winnetou trzeba do pewnego momentu grać z dużym samozaparciem, trochę wierzyć w konwencję, trochę ją podważać. Indian jest trzech, kowbojów pięciu. Kowboje mają kapelusze, bluzy z frędzlami, buty z ostrogami, wąsiska i groźne miny. Łażą charakterystycznym szerokim krokiem, trzymają się za pasy i kieszenie wytartych dżinsów. Nie ma ani koltów, ani winchesterów, aktorzy strzelają z palców i repetują kciuki. Dokładnie tak jak chłopaki na podwórku, którzy strzelają się z bandą z sąsiedniej ulicy.
Indianie - wódz Apaczów Inczuczuna, jego syn Winnetou i stary szaman, niemiecki emigrant Klekipetra wyglądają o wiele bardziej malowniczo: szpaler utworzony z imponujących pióropuszy grupy czerwonoskórych stojących ze skrzyżowanymi ramionami naprzeciw widzów i kowbojskich intruzów to jeden z efektowniejszych obrazów scenicznych ostatnich miesięcy. Aktorzy wałbrzyscy nie ośmieszają bohaterów Maya za wszelką cenę, starają się być szlachetni i heroiczni, pionierscy i obrotni, jak na zdobywców nowego świata przystało, ale raz za razem demaskuje ich sztuczność teatralnego świata, niedobór rekwizytów, zaskakujący chwyt z tandetnego amatorskiego teatrzyku. Włodzimierz Dyła zdumiewa się tropicielsko-strzeleckimi umiejętnościami swego Old Shatterhanda, lekko bawi go, jak przeistacza się z żółtodzioba ("greenhorna") w westmana pełną gębą, dopiero nadmierna żarliwość religijna i chęć głoszenia Dobrej Nowiny Indianom kompromituje psychologię bohatera. Z cech, w jakie niemiecki pisarz wyposażył Old Shatterhanda, nie da się ulepić spójnej postaci. Pozostaje pastisz. Parodia.
Zakrycie scenicznego świata scenerią z napisem "opakowanie zastępcze". Ratajczak posypał podłogę piaskiem, ustawił sztuczny kaktus, puścił przez środek sceny tory kolejowe. Przejedzie po nich lokomotywa z wagonikiem "saloonem", pamiętająca czasy "jak zdobywano Dziki Zachód", tyle że napędzana stopami traperów. Ryszard Węgrzyn jest Winnetou na serio, nie ma w nim ani cienia przerysowania, jakby ta rola wymagała prawdziwego cierpienia i duchowego wtajemniczenia. Piotr Tokarz grający wodza Inczuczunę mówi najpierw wyłącznie po niemiecku: "Ich bin der grosse führer der Apachen" jak aktorzy niemiecko-jugosłowiańskiej serii filmów o Winnetou. Scena kąpieli Old Shatterhanda i jego przyjaciela Sama Hawkinsa (Filip Perkowski) w górskim jeziorze jakoś tak od razu kojarzy się z "Tajemnicą Brokeback Mountain" i wątkiem kowbojskiej homoseksualnej miłości. Po tym filmie Dziki Zachód utracił niewinność.
Ratajczak i jego aktorzy doskonale zdają sobie z tego sprawę, wstawiają więc aluzje, gdzie się tylko da. Z opowieści o bohaterstwie, wyjątkowej duchowej więzi między jedną bladą twarzą a jednym czerwonoskórym zostaje wyłącznie marzenie: żeby to była prawda! Żeby świat był tak prosty jak reguły indiańskiego pogranicza. Tymczasem w finale czeka nas przewrotka. Owszem, spodziewaliśmy się tego, bo przecież żadna z wałbrzyskich rewitalizacji mitów naszego dzieciństwa nie kończy się dobrze. Ale ostatnie sceny wałbrzysternu okazują się wyjątkowo gorzkie. Publicystyczne, demonstracyjnie płaskie nawet. Nie jestem samobójcą, nie zdradzę zakończenia. Mówię tylko, że iluzja o braterstwie krwi, o walce szlachetności z podłością musi prysnąć. I pryska. Zastanawiamy się, po co istnieją współczesne rezerwaty, dlaczego ludzie skaczą sobie do gardeł. Teatr nie zalepi podziałów, mit z książki Karola Maya umrze wraz z ostatnim chłopakiem, który naprawdę wierzył w jego podwórkowe epifanie.
@RY1@i02/2011/079/i02.2011.079.196.0040.001.jpg@RY2@
Łukasz Drewniak
Ryszard Węgrzyn - aktor lalkarz z wykształcenia. Nie wygląda na swoje pięćdziesiąt parę lat. Niewysoki, drobny, mówi na scenie tak, jakby z jakimś nieprawdopodobnym wysiłkiem przełamywał afatyczną blokadę. A potem okazuje się, że to były jedne z kluczowych zdań w spektaklu. Jak pamiętny finałowy monolog Grigorija z "Niech żyje wojna!!!" Moniki Strzępki o tym, "że nie będzie już takich pancernych i takiego czołgu", że pamięci nie da się zadekretować, a autentyczne rocznicowe milczenie "minuta ciszy" zawsze powinno być przeciwko oficjalnym trendom. Węgrzyn jest od kilkudziesięciu lat w zespole wałbrzyskiego teatru, to odkrycie i podpora trzech ostatnich dyrekcji - Krzysztofa Kopki, Piotra Kruszczyńskiego i teraz Sebastiana Majewskiego. Mało kto pamięta, że grał Pijaka w "Ślubie" reżyserowanym przez Krystiana Lupę w Jeleniej Górze w połowie lat 80. Występował u Klaty i Kleczewskiej. Jego rola brodatego wodza indiańskiego Winnetou u Ratajczaka jest powiązana z postacią Zbigniewa Tataja z Ratajczakowej wersji filmu Falka "Bohater roku" z 2009 roku. Węgrzyn zagrał tam dobrego i skromnego robotnika z Wałbrzycha, który ratuje życie wdowie z dziećmi, pomaga im jak może, ale nie potrafi odnaleźć się w roli medialnej gwiazdy. Gubi się, kiedy żądają od niego kłamstwa i pozy. I taki chyba jest prywatnie Węgrzyn aktor, skupiony na swojej pracy w teatrze, stroniący od fajerwerków i popisów. Thank you, Winnetou.
@RY1@i02/2011/079/i02.2011.079.196.0040.002.jpg@RY2@
ŁD
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu