Przywalić z całej siły w łeb, śmiejąc się
Hakan Nesser napisał kryminał, w którym intryga sprowadza się do minimum, ustępując miejsca rozpadowi rodziny. Jest i strasznie, i komicznie
A miało być tak pięknie. W rodzinie Hermanssonów szykuje się skromne święto. Najstarszy z rodu Karl-Erik obchodzi 65. urodziny, jego córka Ebba - czterdzieste. Familijny zjazd ma upłynąć w pogodnej i przyjaznej atmosferze, nawet przyjazd Roberta, uważanego w rodzinie za czarną owcę syna Karla-Erika, nie może tego zepsuć. Ale oczywiście psuje.
Początek "Człowieka bez psa" przypomina znakomity komediodramat "Sitcom". W filmie Francois Ozona patrzyliśmy, jak mieszczańska, pozornie idealna rodzina odsłania swoje mroczne sekrety. Katalizatorem nieszczęścia był w tamtym przypadku szczur przyniesiony przez jednego z synów do domu. W powieści Nessera rolę szczura pełni Robert. Hermanssonowie udają, że nie myślą o jego wielkiej kompromitacji - mężczyzna wziął udział w popularnym reality show i, niestety, cała Szwecja patrzyła, jak onanizuje się przed kamerą - ale sama jego obecność wystarcza, by wyzwolić w nich najniższe instynkty. W "Sitcomie" bohaterowie zaczęli przynajmniej wyrzucać sobie pretensje i winy w twarz. U Nessera każdy dusi emocje w sobie. Żona Karla-Erika zastanawia się, czy zabić męża (ponieważ tak podpowiedziały jej we śnie wrony). Kristina, siostra Ebby, uwodzi jej nastoletniego syna Henrika, i to w momencie, gdy ten pogodził się ze swoim homo-seksualizmem. Natomiast mąż Kristiny szuka byle pretekstu, by uciec od żony i półtorarocznego synka. Emocje kipią, ale do wybuchu nie dochodzi, bo niespodziewanie jednej nocy znika Robert, następnej Henrik.
Nesser z kuglarską zręcznością zwodzi czytelników. Z wprowadzeniem do powieści choćby elementu kryminału czeka grubo ponad 100 stron. Woli napawać się złośliwą i nieadekwatnie wręcz zabawną obserwacją rozkładu więzi rodzinnych. Bezczelnie zdradza sekret zaginięcia obu mężczyzn w połowie książki, każąc czytelnikom patrzeć na miotających się chaotycznie bohaterów i czekać na to, co jeszcze może się wydarzyć, cały czas rozpuszczając skrajne emocje w olbrzymich ilościach czarnego humoru. I nawet gdy na scenę wkroczy wreszcie prowadzący śledztwo inspektor Gunnar Barbarotti, wcale nie zrobi się ani poważniej, ani bardziej kryminalnie. Jedynie zamiast filmu Ozona powieść zaczyna coraz bardziej przypominać dzieła braci Coen.
Barbarotti nieustannie wadzi się z Bogiem, przyznając mu plusy i minusy za spełnione bądź niespełnione modlitwy (w corocznym podsumowaniu najczęściej wychodzi, że Boga jednak nie ma). Jest skrupulatnym śledczym, bez większych sukcesów na koncie. Ma za to trzeźwe i cyniczne podejście do świata. Prowadząc śledztwo w sprawie Turka oskarżonego o zabójstwo z użyciem kija golfowego, myśli: "Dobrze, że imigranci zaczęli grać w golfa. To najkrótsza droga do szwedzkiego społeczeństwa klasowego".
Największą siłą powieści Nessera nie jest jednak wysokiej próby dowcip. Autor "Człowieka bez psa" potrafi jednym akapitem sprawić, że śmiech zamiera w gardle. Zdziera ze szwedzkiego społeczeństwa maskę obłudy, jątrzy rany, bezlitośnie kpi. Niczym ów nieszczęsny Turek potrafi przywalić z całej siły w łeb, zaszokować, wstrząsnąć. Zbrodnie - zazwyczaj biorące się z głupoty albo niefortunnego zbiegu okoliczności - Nesser potrafi opisywać zabawnie, ale traktuje je absolutnie serio. A czytelnika zostawia oszołomionego, bezradnego jak inspektor Barbarotti uwikłany w śledztwo, które i tak rozwiąże się bez jego udziału.
@RY1@i02/2011/069/i02.2011.069.196.036a.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/069/i02.2011.069.196.036a.002.jpg@RY2@
Jakub Demiańczuk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu