Wspomnienia pisane przedmiotami
Dzięki nagrodom poczułem się nieco pewniej, ale wciąż nie wierzę, że ktoś chce czytać to, co piszę - mówi autor "Książki" Mikołaj Łoziński
Urodziłem się, kiedy mój brat miał 15 lat. Na czarno-białych zdjęciach jest w skórzanej kurtce, trzyma na rękach małe dziecko i czule patrzy mi w oczy. Pamiętam, jak budził mnie rano, mył szybko w wannie i zawoził na motorze do przedszkola. Pokazywał pod sklepem, jak pić coca-colę ze szklanej butelki. I jak nie ochlapać spodni, kiedy się sika pod drzewem w parku. Szedł ze mną na pierwszy dzień szkoły. Jechaliśmy w zimie jego małym fiatem do naszego taty do Francji. Przez całą drogę pytałem z tylnego siedzenia o tysiące rzeczy. Po pewnym czasie, kiedy zaczynałem zdanie od "czy", od razu mówił "nie".
Wziął mnie do kina na "Krótkie spięcie 2" i obiecaliśmy sobie, że za 20 lat zapyta mnie, jakie jest zakończenie filmu. W tym roku minęło 20 lat, nie pamiętam zakończenia, a mój brat nie pamięta, że miał mnie o nie zapytać.
Patrzyłem na niego i wiedziałem, jak będzie wyglądało moje życie. Kiedy wyprowadzę się z domu, kupię motor, pójdę na studia, zacznę nosić koszule i będę miał dzieci.
Bardzo długo chciałem zostać fotografem. Pamiętam, że chodziłem jeszcze do liceum, przyjechałem na dwa dni do Paryża do mojej narzeczonej i poszliśmy razem na miesiąc fotografii. Przed wejściem na wystawy przy wielkim stoisku z albumami nagle zobaczyłem Henriego Cartiera-Bressona. Mojego ukochanego fotografa, który miał wtedy 90 lat. Świetnie wyglądał: elegancka niebieska marynarka, niebieska apaszka, mosiężna laska i kolorowe buty - najnowszy model Nike Air. Powoli zaczął się zbliżać do wyjścia. Moja narzeczona powiedziała: "Podejdź do niego, nigdy więcej go nie zobaczysz, to twoja jedyna szansa". Wstydziłem się, wiedziałem, że Bresson często bywa nieprzyjemny, arogancki dla dziennikarzy. I że nie pozwala się fotografować nikomu prócz swojej żony. Ale w końcu się odważyłem. Podchodzę do niego i mówię łamanym francuskim, że przyjechałem z Polski i chciałem powiedzieć, że jest moim ulubionym fotografem. On tylko machnął ręką i zapytał: "Skąd jesteś? Z Polski?" Potwierdziłem, że tak. "A wiesz, że mówię trochę po polsku?" - spytał. "Chuj, pierdolę, kurwa mać" - powiedział i walnął laską w podłogę sali. Okazało się, że w czasie drugiej wojny siedział w obozie, gdzie zaprzyjaźnił się z Polakiem, który w kółko to powtarzał. Zapytałem Bressona, czy może mi dać autograf. Ale znalazłem tylko zmiętą kartkę w kratkę, nie miałem długopisu, a on też nie mógł nic znaleźć w kieszeniach marynarki. Nagle zobaczył, że mam przy sobie aparat fotograficzny. I zapytał, czy w takim razie nie wolałbym zrobić mu zdjęcia. "Tym bardziej że tu jest bardzo dobre tło z czerwonych cegieł" - powiedział. Ustawił się pod nim, a ja zrobiłem mu dwa zdjęcia. Potem uścisnął mi rękę i zaczął odchodzić. Byłem w kompletnym szoku i dopiero wtedy zorientowałem się, że cała sala zamarła, że wszyscy na nas patrzą.
Później na miękkich nogach oglądałem wystawę. W jednej z sal znalazł mnie szef stoiska z albumami i powiedział: "Zapamiętaj sobie ten dzień do końca życia, bo zwykle kiedy ktoś wyjmuje aparat, to Cartier-Bresson wyjmuje wtedy nóż".
Po maturze pojechałem do Francji do mojej narzeczonej. Pierwsze mieszkanie wynajęliśmy od bardzo ciekawej kobiety, Szwedki, która od lat mieszkała w Paryżu - bardzo ciepłej, otwartej, ale też tajemniczej osoby. W Paryżu ciężko wynająć mieszkanie, a ona przy podpisywaniu kontraktu nie wymagała od nas kaucji ani gwarancji. Najważniejsze było dla niej, żebyśmy dbali o jej roślinki. Potem dzwoniła do nas, czasem wpadała, dużo rozmawialiśmy. Jedynym smutnym lejtmotywem tych rozmów był jej syn. Mówiła, że wychowała go sama, że kocha go najbardziej na świecie. A od 6 lat nie wie nawet, jaki ma wykręcić numer, żeby z nim porozmawiać. Wiedziała tylko, że wyjechał gdzieś do Ameryki. Mówiła, że był dla niej niesprawiedliwy, okrutny. Krytykował ją, że za wolno mówi, myśli, za wolno nawet zmywa naczynia. Po roku, od kiedy zaczęliśmy wynajmować to mieszkanie, ta pani zmarła. Tydzień później telefon. Jej syn. Przyjechał odebrać klucze i przejąć mieszkanie. Nawet trochę się go baliśmy, bo spodziewaliśmy się potwora, o którym opowiadała. A przyszedł miły, wrażliwy mężczyzna.
I to mnie uderzyło: czemu dwoje ludzi, którzy tak bardzo się kochają, nie jest w stanie się porozumieć? Chciałem o tym napisać. Wziąłem kartkę i zapisałem wszystko, co o nich wiem. Trzy zdania - bo nic o nich nie wiedziałem. Dopiero rok później zacząłem pisać "Reisefieber". Często myślałem, że nie dam rady. Pisałem coraz wolniej, miałem pełno wątpliwości. Po trzech latach skończyłem, ale nie wierzyłem, że ktoś będzie chciał ją przeczytać. Pamiętam, jak zdziwiłem się, że moją książkę czytają też ludzie, którzy mnie nie znają.
Dzięki nagrodom literackim poczułem się trochę pewniej, chociaż wciąż tak samo ciężko mi się pisze. Mogłem też dzięki nim kupić używany samochód.
To fikcja inspirowana historią mojej rodziny. Pisałem ją ponad 4 lata. Jednocześnie próbowałem w delikatny sposób wpisać małą historię rodziny w dużo większą: czasów wojny, komunizmu, Marca 1968, stanu wojennego. Chciałem opowiedzieć losy rodziny też za pomocą związanych z nią przedmiotów. Postanowiłem tak zrobić, ponieważ w polsko-żydowskich rodzinach siłą rzeczy nie ma kontynuacji przedmiotów. Nie ma cennych obrazów, rodzinnych zastaw stołowych, szabel na ścianach, które przechodziłyby z pokolenia na pokolenie. Wojnę przeżyły tylko najzwyczajniejsze przedmioty, np. okulary czy klucze. Tytuł każdego z rozdziałów to nazwa jednego przedmiotu. A kiedy skończyłem pisać całość, zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę książka też stanie się przedmiotem rodzinnym - takim jak te, które w niej opisuję. I dlatego nazwałem ją "Książka".
Moje ulubione książki kładę na półce w toalecie, bo lubię do nich wracać. Te książki co pewien czas się zmieniają. Teraz leżą tam Max Frisch, Ingeborg Bachmann, Philip Roth i J.M. Coetzee. A ostatnio obejrzałem filmy z boksu Bunuela. W książkach i filmach szukam chyba podobnych rzeczy. Zawsze mam nadzieję, że po wyjściu z kina czy po odłożeniu książki będę może trochę inny, niż byłem przedtem. Że to coś we mnie zmieni albo pozwoli przynajmniej inaczej spojrzeć na siebie.
@RY1@i02/2011/064/i02.2011.064.196.0043.001.jpg@RY2@
Na zdjęciu po prawej Mikołaj Łoziński przy pracy, sfotografowany przez ojca, Marcela Łozińskiego
@RY1@i02/2011/064/i02.2011.064.196.0043.002.jpg@RY2@
BIO: Mikołaj Łoziński (ur. 1980 r.) debiutował w 2006 roku powieścią "Reisefieber", za którą dostał m.in. nagrodę Fundacji im. Kościelskich oraz nominację do Nagrody Nike. Zbiór opowiadań dla dzieci "Bajki dla Idy" (2008) z ilustracjami Ewy Stiasny otrzymał wyróżnienie IBBY i Donga za rok 2008. Ostatnio opublikował "Książkę".
Adrian Chorębała
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu