Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Sto tysiący litrów wody na minutę

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

W odbiorze jego prac ważne jest kolektywne doświadczenie. Olafur Eliasson tłumaczy to tak: "Mamy w Danii rozwinięty system socjalny. Ten model polityki społecznej odbija się w mojej sztuce"

Jako artysta jest bardzo serio. Takie były już wczesne produkcje Eliassona, wielkoformatowe fotografie przedstawiające zjawiska natury - wybuchy gejzerów, burzowe chmury, pioruny kuliste. Chwytał je w obiektyw w pustych przestrzeniach Islandii, kraju, z którego pochodzili oboje jego rodzice, kopenhascy imigranci. Uwielbienie do rozmachu i skali pozostało w jego sztuce, kiedy przerzucił swoje zainteresowanie na instalacje. "Kocham fotografię. Bardzo się nią interesuję" - mówi. "Przykro mi, że brzmi to nudno, ale tak po prostu jest. Odszedłem od niej dlatego, że czasami obrazy to za mało. Wystarczy wyobrazić sobie następującą pracę - pokój, w którym drastycznie zmieniono temperaturę. Nie można pokazać tych wrażeń tylko przez zdjęcie".

Wielkoformatowe doświadczenia, które wyczarowywał to m.in. "The Weather Project" (2003) - gigantyczne sztuczne słońce, pokazane w Hali Turbin londyńskiego Tate Modern. Pokrył trzy tysiące metrów kwadratowych sufitu lustrami, tworzącymi rodzaj nieba nad żarzącym się pomarańczowym dyskiem. Równie spektakularną realizacją było czasowe wykreowanie czterech wodospadów na Moście Brooklińskim w Nowym Jorku w 2008 roku. Sztuczne strumienie o wysokości 30 metrów każdy przepompowywały 100 tysięcy litrów wody na minutę. Amerykańskie dzienniki donosiły, że przy dużym wietrze praca powoduje korozję zaparkowanych nieopodal samochodów, turyści pstrykali sobie zdjęcia z kaskadami wody w tle. Nowojorska praca nie była pierwszą interpretacją wodospadu w karierze Eliassona. W 1998 roku pokazał "Odwróconą kaskadę" - system metalowych zbiorników, w których woda była przepompowywana w górę. Z kolei para wodna stała się materiałem dla pracy zrealizowanej w 1999 roku w jednym z centrów sztuki współczesnej w Pittsburghu. Umieścił w przestrzeni muzeum sztuczny staw. Kikuty drzew wystających z wody, mgła - wszystko przypominało prawdziwy kawałek Islandii wykreowany tysiące kilometrów od oryginału. W planach miał jeszcze zabarwienie Szprewy na jaskrawy, zielony kolor, ale nie uzyskał pozwolenia władz Berlina.

Oczywiście żadna z tych prac nie powstałaby, gdyby nie sztab ludzi. W swojej pracowni w Berlinie Eliasson zatrudnia ponad 40 osób - malarzy, techników, PR-owców i, podobno, dwóch kucharzy. To oni wspólnie pracują na realizację prac Eliassona. "Bez obaw. Za wszystkimi pracami stoję ja sam, ja też układam grafiki dla mojego zespołu. A zatrudnienie tylu osób to jedyne rozwiązanie, kiedy na moje prace jest aż taki popyt" - tłumaczył artysta niemieckiemu "Der Spiegel". Jego realizacje pokrywają się z najważniejszymi punktami w światowym obiegu sztuki - Eliasson pokazywał na Biennale w Sao Paulo, Wenecji, w Tate Modern. W ciągu roku prezentuje swoje prace na ponad 100 zbiorowych i indywidualnych wystawach. W Polsce pokazał tęczowe refleksy przypominające efekty z camera obscura (Fundacja Galerii Foksal, 2005), prace wideo i prace na papierze (Stary Browar, 2009) oraz piękną lustrzaną instalację, przypominającą zatopioną w ziemi gwiazdę "Lodowy Kalejdoskop" (Park Bródnowski, 2009).

Prace Eliassona to nie tylko wizualne fajerwerki wyczarowane z wody, światła, pary, lodu. W centrum zainteresowania artysty znajduje się to, w jaki sposób odczuwa się sztukę - indywidualnie i w grupie.

Stawia widza w takiej sytuacji, w której przestaje on być biernym obserwatorem. Odwołuje się do zmysłów poprzez grę kolorów, zapachy, wilgoć w powietrzu. W ten sposób powstaje typ idealny codziennego, zwykłego doświadczenia - bo w pracach Eliassona wszystko jest "bardziej" niż w realnym świecie - kolory są żywsze, światło bardziej jaskrawe, nawet obraz słońca jest kilkakrotnie większy. "Zależy mi na momencie, w którym widz zamiera, żeby zastanowić się, czego i jak doświadcza". Ten moment artysta nazywa "seeing yourself sensing", w wolnym tłumaczeniu "obejrzeniem siebie doświadczającego". Dodaje, że ta indywidualna refleksja możliwa jest tylko w grupie.

I pewnie dlatego dziecko skandynawskiego welfare stateu produkuje prace dla tłumów - korytarze, przez które przechodzi się w ścisku, wśród innych zwiedzających, wodospady wprowadzone w krwiobieg miasta, słońce, pod którym można wylegiwać się w grupie innych zwiedzających.

Oglądanie prac Eliassona nie ma nic wspólnego z klasyczną sytuacją muzealną, w której pojedynczy widz podchodzi do obrazu, taktownie przemykając tak, żeby nie pozasłaniać płótna innym.

Ten kolektywny rys i dotarcie do niezliczonej grupy docelowej były zapewne czymś, co skusiło duńskiego artystę do flirtu z wielkimi markami. W 2006 roku w 350 butikach Louis Vuitton na całym świecie Eliasson pokazał równocześnie instalację "Eye see you" - uformowane ze świetlnych diod oko, które przez szklaną witrynę rzucało światło w kierunku przechodniów. Rok później dla koncernu BMW zaprojektował romantyczny pojazd przyszłości - przypominający żuka wehikuł otulony warstwą lodu. Był to nie tylko marketingowy romans, ale również pełnoprawne dzieło sztuki z mocnym przesłaniem - trochę o naturze, trochę o smutku cywilizacji, trochę o tym, że chowamy się w technicznych wynalazkach, tak jak w bezpiecznych kokonach. Sam artysta często podkreśla, że do sztuki ma duży dystans: "Zawsze, kiedy mam do wyboru pojechać gdzieś na research albo spotkanie w sprawie wystawy, albo zostać z dwojgiem moich dzieci w domu, wybieram dom". Piękne, równościowe i skandynawskie. Takie jak sztuka Eliassona.

@RY1@i02/2011/049/i02.2011.049.196.0043.001.jpg@RY2@

Anna Theiss

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.