Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Przekręt wszech czasów

Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Bernard Madoff wykiwał wszystkich. Z książki Adama LeBora wynika, że ofiary z całego serca chciały zostać wykiwane

Kiedy w grudniu 2008 roku aresztowano Bernarda Madoffa, guru z Wall Street, Amerykanie osłupieli. To, co przez dziesięciolecia uważano za elitarny fundusz inwestycyjny, okazało się piramidą finansową, szanowany finansista - zwykłym oszustem, a jego bogaci klienci - żałosnymi naiwniakami. Brytyjski dziennikarz Adam LeBor w książce "Wyznawcy. Jak Ameryka dała się naciągnąć Bernardowi Madoffowi na 65 miliardów dolarów" w sposób fascynujący, choć niepozbawiony luk, opowiada o kulisach największego przekrętu wszech czasów.

Madoff wszedł do świata finansów w 1960 roku i szybko odniósł sukces. Prowadził firmę handlującą akcjami, ale założył też własny fundusz inwestycyjny o nazwie BLMIS. Przynosił on stały, wysoki zysk ok. 10 proc. rocznie i szybko stał się obiektem pożądania elit ze Wschodniego Wybrzeża. Do grudnia 2008 roku Amerykanie (i nie tylko) zainwestowali w niego miliardy dolarów. I choć od początku XXI wieku pojawiało się wiele sygnałów ostrzegawczych, amerykańska komisja nadzoru finansowego SEC ślepo wierzyła Madoffowi. Dopiero kiedy załamał się rynek kredytów hipotecznych w USA i wielu klientów chciało nagle wyciągnąć swoje pieniądze z funduszu, okazało się, że znaczna część środków wyparowała. Madoff przyznał się wtedy, że cały fundusz, rzekomo oparty na genialnej strategii grania na giełdzie, był zwyczajną piramidą finansową, czyli zabronionym przez prawo systemem, w którym zyski dotychczasowych klientów pochodzą z wkładu następnych.

Jak to możliwe, że Madoffowi udało się wystrychnąć na dudka tylu światłych ludzi, w tym ekspertów ze świata finansjery? Na to pytanie LeBor odpowiada w sposób dość przekonujący. Madoff, który nie był ponoć tytanem intelektu i nawet nie skończył porządnej uczelni wyższej, jak Harvard czy Yale, miał jednak doskonałe wyczucie ludzi i uprawiał PR przypominający bardziej sztukę uwodzenia. Wraz z żoną Ruth bywał na nowojorskich salonach, należał do elitarnego żydowskiego country clubu w Palm Beach na Florydzie, kręcił się wśród anglosaskich multimilionerów ze stanu Connecticut itd. Wszędzie tam jednak zamiast nagabywać klientów, raczej ich zniechęcał, zarazem dbając o to, by wieść o jego funduszu szerzyli inni. Ten teatr niedostępności działał tak dobrze, że milionerzy bili się, by dostąpić zaszczytu oddania mu swoich pieniędzy, i Madoff szybko stał się kimś w rodzaju guru. Maska tajemniczości pozwalała mu też długo zwodzić tych, którzy wietrzyli w interesie coś nielegalnego. A sygnałów ostrzegawczych było sporo: taki sam zysk w latach hossy i bessy, liczne pomyłki na "wyciągach", nieumiejętność wyjaśnienia ekspertom, jak działa fundusz. Wiele osób podejrzewało, że Madoff łamie prawo, ale myślało, że robi to raczej tak jak Gordon Gekko z filmu "Wall Street" - za pomocą nielegalnego wykorzystania informacji. Odrobina przestępstwa najwyraźniej elitom nie przeszkadzała.

LeBor szkicuje coś w rodzaju panoramy amerykańskich elit finansowych z akcentem na elity żydowskie, do których należał Madoff i wśród których najchętniej żerował, i jest to panorama niezbyt zachęcająca. W rezultacie czytelnik ma niewiele współczucia dla ofiar tego "potwora", którego niektórzy w przypływie egzaltacji porównywali do Hitlera. Według LeBora Żydzi amerykańscy dzielą się na dwie grupy - starą, XIX-wieczną emigrację z Europy Zachodniej, oraz XX-wieczną emigrację z Europy Wschodniej. Głównym zajęciem tych pierwszych było dorównywanie pod względem stylu życia elitom anglosaskim, które nie chciały wpuszczać ich na swoje salony. Oni sami jednak zachowali się potem tak samo wobec swoich biednych, lecz ambitnych braci przybyłych z Polski czy Rosji, którzy, jeśli odnieśli sukces, sami stali się zresztą takimi samymi snobami. Krótko mówiąc, LeBor pokazuje ofiary Madoffa, zarówno żydowskie, jak i anglosaskie, jako dość koszmarnych dorobkiewiczów oceniających innych po pochodzeniu oraz zawartości portfela. Szkoda, że w książce nie pojawia się rozdział poświęcony jakiemuś biedakowi, który przez Madoffa nie będzie miał pieniędzy na lekarstwa - a były takie wypadki, ponieważ przez fundusze powiązane Madoff zrujnował także wielu zwykłych ludzi. Zamiast tego autor woli malowniczo opisywać tragedię tego czy innego multimilionera, który musiał się wyprowadzić ze swojego dwupiętrowego apartamentu w najdroższym budynku na Manhattanie - ma to dość ograniczony potencjał wzruszania większości ludzi.

Kolejnym niedociągnięciem książki - ale zdaje się, że jest to niedociągnięcie wszystkich jak dotąd publikacji o Madoffie - jest brak przekonującej odpowiedzi na fundamentalne pytanie: Po co mu to było? Już zanim stworzył nielegalny fundusz, był odnoszącym sukcesy finansistą. LeBor twierdzi, że była to zemsta Żyda wywodzącego się z "nowej" emigracji (notabene mamy tu polski wątek, bo dziadkowie Madoffowie przyjechali z Warszawy na początku XX wieku, drudzy dziadkowie zaś z Galicji), na "starych" żydowskich elitach. LeBor nie podaje jednak żadnych dowodów, które mogłyby poprzeć tę resentymentalną tezę. Nie znalazł też odpowiedzi na pytanie, ile osób wiedziało o przekręcie - ale tego nie wie również amerykański wymiar sprawiedliwości, bo Madoff woli być złodziejem niż donosicielem i milczy jak grób.

@RY1@i02/2011/049/i02.2011.049.196.039a.001.jpg@RY2@

5 stycznia 2009 roku - Bernard Madoff wychodzi z nowojorskiego sądu federalnego

@RY1@i02/2011/049/i02.2011.049.196.039a.002.jpg@RY2@

Magdalena Miecznicka

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.