Zaduszeni w sieci
Esej "Śmierć gazet i przyszłość informacji" Bernarda Pouleta, czyli ponure epitafium dla prasy, a być może także dla demokracji
O czym rozmawiają dzisiaj dziennikarze? Oczywiście o tym, na kogo by się tu przekwalifikować. Od czasu powstania książki Pouleta minęły dwa lata - w tym czasie poglądy, które mogły wydawać się skrajnie pesymistyczne, stały się obowiązującym punktem widzenia, także w Polsce. Dwa lata to sporo - dziś na przykład Rupert Murdoch nie może już być wymieniany jako orędownik ekstremalnej darmowości w internecie, ponieważ zdecydował się postawić na treści płatne. Także obficie cytowane przez Pouleta liczby musiały się od tego czasu zmienić. Ale to wszystko tylko szczegóły, bo meritum sprawy, niestety, zmianie nie ulega, chyba że na gorsze.
Poulet, w swoim czasie redaktor (w tym naczelny) kilku francuskich gazet, na każdej z 270 stron swojej książki wpędza czytelników i profesjonalistów w solidną depresję. Dowodzi, że skazane na rychłą śmierć są nie tylko gazety, lecz także dziennikarstwo, w tym telewizyjne, i być może w ogóle sama informacja - co z kolei może mieć nieobliczalne skutki dla przyszłości demokracji.
Wrogiem numer jeden prasy jest oczywiście internet - zabijający ją na kilka sposobów. Po pierwsze, doprowadził już do takiego rozmnożenia się miejsc, w których można umieszczać reklamy, że reklamodawcy nie mają powodu, by dalej faworyzować media drukowane. A te od początku swojego istnienia na skalę masową, czyli od końca XIX wieku, utrzymują się z reklam. "Klasa średnia nigdy nie zgodziła się płacić za informację tyle, ile jest ona warta" - pisze Poulet. I teraz, kiedy źródło reklam wysycha, okazuje się, że nikt nie ma pomysłu, kto w takim razie za nią zapłaci. Pod tym względem szczególnie bolesny cios zadały gazetom firmy takie jak Google, Yahoo! czy Facebook, które sprzedają reklamę zindywidualizowaną, atrakcyjną dla reklamodawców. Drugim efektem cyfryzacji jest oczywiście spadek czytelnictwa gazet (i czasopism) papierowych.
Już w momencie, kiedy Poulet pisał swoją książkę, jasne było, że pozornie logiczne rozwiązanie obu problemów - rozwój gazetowych portali internetowych - nie przynosi rezultatów. Reklama w sieci jest po prostu znacznie tańsza niż w papierze (siedmiokrotnie w wypadku dziennika "Le Figaro") i dlatego nawet gdyby gazety przeszły całkowicie do internetu, i tak nie będą w stanie utrzymać swoich redakcji. Zaczynają się cięcia kosztów, które nakręcają dobrze znaną także u nas spiralę upadku - likwiduje się działy i skraca teksty, co prowadzi do inflacji jakości treści, a więc do dalszej utraty czytelników. I tak we Francji sprzedaż dzienników spadła z 3,8 mln w 1974 roku do 1,9 mln w 2007 roku. Wyniki są coraz gorsze także w krajach o tradycyjnie silnej prasie, takich jak Wielka Brytania i Niemcy, a w USA sytuacja od dawna uważana jest za katastrofalną. Ale rezultatem tego zjawiska jest nie tylko kryzys w branży zadrukowanego papieru, lecz także spadek poziomu produkowanej na świecie informacji - przykładem są, zdaniem Pouleta, coraz gorsze i krótsze artykuły we francuskich gazetach, zanik reportażu i prawie całkowite odwrócenie się od kosztownych w opracowaniu tematów zagranicznych. Ostatecznie skoro za informację o majtkach Paris Hilton dostaje się znacznie więcej kliknięć niż za analizę sytuacji w Czeczenii, to po co się starać?
Poulet chwali USA i Wielką Brytanię za próby zmian (choć przyznaje, że jak na razie i tam nie wypracowano koherentnego modelu) i utyskuje na francuskie wypieranie rzeczywistości. Ale za upadek gazet wini też arogancję dziennikarzy, którzy uważali się (zwłaszcza we Francji) za powołanych do pouczania ludzi. Taki model zniechęcił czytelników i okazał się niekompatybilny z erą internetu, który pozwala wszystkim wypowiadać się na każdy temat. Poulet podchodzi zresztą sceptycznie także do tej rzekomej demokracji i równości internetowej - bo co to za równość, której efektem jest bogacenie się kilku sieciowych miliarderów w USA kosztem lokalnych przedsiębiorców. Upadek prasy - twierdzi Poulet - idzie w parze z pauperyzacją klasy średniej, i oba te zjawiska są efektami globalizacji i digitalizacji.
Rozdział poświęcony sposobom ratunku jest mało entuzjastyczny. Jakimś rozwiązaniem byłoby, zdaniem autora, finansowanie organów prasowych z pieniędzy publicznych. Drugie rozwiązanie, na które liczy już wielu dziennikarzy także w Polsce, to wydzielenie się "informacji dla elit" - płatnych serwisów z różnych dziedzin, będących ofertą dla bogatych, w przeciwieństwie do darmowej sieczki dla ubogich. No i jedna wiadomość optymistyczna choćby dla "DGP" - segmentem, w którym czytelnicy są najbardziej skłonni płacić za informację, jest prasa biznesowa, ponieważ firmom zależy na stałych dostawach informacji ekonomicznych.
@RY1@i02/2011/044/i02.2011.044.196.039a.001.jpg@RY2@
Pamiętne z czasów PRL kolejki do kiosków po prasę codzienną to już mgliste wspomnienie
@RY1@i02/2011/044/i02.2011.044.196.039a.002.jpg@RY2@
Magdalena Miecznicka
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu