Kampusowe cierpienia
Najwybitniejszy żyjący pisarz Ameryki powraca raz jeszcze do czasów swojej młodości - głównie po to, by ironicznie wykpić zarówno młodość, jak i Amerykę
Philip Roth to prawdziwy stachanowiec literatury. Ma już 78 lat, a co roku pisze jedną książkę. Ponoć z powodu choroby kręgosłupa często czyni to na stojąco - podobnie jak kiedyś Wiktor Hugo. "Wzburzenie" (wyd. amerykańskie 2008) to 29. pozycja na liście utworów słynnego Amerykanina - i już ukazały się w USA dwie kolejne.
W twórczości Rotha odnajdziemy, z grubsza rzecz biorąc, dwa główne nurty. Pierwszy to powieści o słodko-gorzkim dzieciństwie żydowskiego chłopca z Newark w stanie New Jersey. Do tej kategorii należą książki takie jak "Kompleks Portnoya" czy "Spisek przeciwko Ameryce". Co prawda w pierwszej miły chłopiec targany jest pragnieniem buntu, a w drugiej jego życie rodzinne staje się pretekstem do rozważań z gatunku political fiction - ale serce bohatera pozostaje w gruncie rzeczy takie samo. Drugi nurt to powieści o samotnym, egocentrycznym i mizoginicznym amerykańskim intelektualiście, na którego jakimś cudem wyrósł słodki prymus z Newark. Do tej kategorii należą powieści "Umierające zwierzę" (na jej podstawie powstał film pt. "Elegia"), "Teatr Sabata" czy "Everyman". "Wzburzenie" mieści się w pierwszym nurcie, a atmosfera w rodzinie młodego Marcusa Messnera do złudzenia przypomina dom rodzinny Alexandra Portnoya.
19-letni chłopak jest synem koszernego rzeźnika z Newark - synem kochającym i posłusznym. Bez szemrania uczy się fachu rzeźnickiego i w wolnym czasie zamiast biegać po boisku, uczestniczy w zabijaniu zwierząt oraz ich ćwiartowaniu (tu następują szczegółowe opisy puszczania krwi zgodnego z tradycją koszeru). Jest też prymusem zdeterminowanym, by spełnić nadzieje pokładane w nim przez rodziców - to znaczy wyrwać się z getta, skończyć studia i zostać prawnikiem. W miejscowym college’u ma same oceny celujące, w dodatku nie gra w bilard, nie pije alkoholu i nie chodzi na dziwki. A mimo to jego ojciec wpada nagle w szał nadopiekuńczości. Zaczyna całkiem irracjonalnie drżeć o życie syna i podejrzewać go o niebezpieczne zachowania - krótko mówiąc, staje się klasyczną "żydowską matką", którą to rolę w "Kompleksie Portnoya" grała pani Portnoy. Co prawda pod piórem 75-letniego Rotha atmosfera ta wydaje się znacznie bardziej sielankowa, niż było to u 36-letniego zbuntowanego autora "Kompleksu..." - im człowiek starszy, tym bardziej idealizuje swoje dzieciństwo. Ale i Marcus w końcu nie może wytrzymać presji i przenosi się do małego college’u Winesburg w stanie Ohio tylko po to, żeby znaleźć się daleko od domu.
Opis tej wspaniałej uczelni, kształcącej głównie rozpuszczonych synów i jasnowłose córki białej klasy średniej z Midwestu, to doskonały portret amerykańskiej bogatej prowincji lat 50. Choć dzisiaj na tego rodzaju kampusach ideologia patriotyzmu i religii chrześcijańskiej zastąpiona została poprawnością polityczną spod znaku wielokulturowości, to mentalność szczególnie się nie zmieniła: ważniejsze od nauki są sukcesy sportowe i pierwsze skrzypce grają słoneczni chłopcy z bractw oraz drużyn baseballu. Krótko mówiąc, introwertyczny intelektualista ma tu raczej przechlapane.
Ale Marcus ma przechlapane także dlatego, że zbytnio uwierzył w amerykańskie ideały - między innymi w prawo do indywidualizmu. W tym świecie bowiem szczególnie w cenie jest towarzyski indywidualizm wesołego przywódcy campusowego bractwa. Student, który, jak Marcus, pragnie tylko dostawać piątki, zostać prawnikiem i nie kłócić się ze swoim ukochanym ojcem, wydaje się podejrzany. Messner dowiaduje się tego, kiedy dwukrotnie zmienia pokój, by uciec od męczących współlokatorów. Okazuje się wtedy, że w tajemniczym kodeksie uczelni zachowanie takie jest nie do zaakceptowania. Student powinien być otwarty na dialog oraz tolerancyjny wobec prawa innych do hałasu - jeśli taki nie będzie, sam nie spotka się z tolerancją. Nie może w każdym razie być samotniczym maminsynkiem indywidualistą.
Faux pas, które okaże się fatalne w skutkach, będzie równie niewinne i wyniknie z nietolerancji panującej na świętoszkowatym kampusie. Jako zdeklarowany ateista żydowskiego pochodzenia Marcus nie będzie chciał uczęszczać co tydzień na chrześcijańskie pogadanki w kaplicy i postanowi tego uniknąć, zwłaszcza że jest to na kampusie nagminna praktyka. Kiedy zaś będzie miał pecha i wpadnie, nie przeprosi, ponieważ uzna to za sprzeniewierzenie się swoim ideałom przejętym od ateisty Bertranda Russella - niekoniecznie ulubionego bohatera zaściankowej dyrekcji college’u. Dodajmy, że nazwa tej placówki to nawiązanie do sławnej wśród amerykańskich elit książki Sherwooda Andersona "Winesburg, Ohio" (1919), zbioru opowiadań o ludziach tego stanu będącego symbolem mentalności Środkowego Zachodu. Jak twierdzą amerykańscy krytycy, Winesburg to także portret rodzimej uczelni autora, Bucknell University w Pensylwanii. Przeciwieństwem tej instytucji jest w książce wielokulturowy i inteligentny miejski college Robert Treat w Newark, na którym bohater spędził pierwszy rok studiów i do którego chodzą dzieci różnych grup społecznych, a profesorowie dojeżdżają z Nowego Jorku. Te dwie uczelnie reprezentują dwa całkiem odmienne typy amerykańskości.
Prześladowany za niewinność 18-letni bohater czuje, jak narasta w nim wzburzenie - to słowo zna z chińskiego hymnu, którego kazano mu się uczyć w liceum, kiedy Chiny podczas II wojny światowej były sojusznikiem USA - i którego nie zapomniał teraz, gdy stały się śmiertelnym wrogiem z powodu kampanii koreańskiej. To doskonała metafora zakłamania Ameryki lat 50. - lecz także metafora bezkompromisowości bohatera, przesadnie wierzącego wypowiadanym na głos regułom swojego kraju, nie rozumiejąc lub nie chcąc rozumieć nie mniej ważnych reguł ukrytych. W tym sensie przypomina on bohatera opowiadania Gombrowicza "Pamiętnik Stefana Czarnieckiego", młodego Żyda, który stara się przeniknąć język symboliczny Polaków, lecz mimo swojego neofickiego prymusostwa, a może z jego powodu, wciąż wpada w pułapki. Philip Roth zna zresztą Gombrowicza, bo wydawał go w swojej serii "Writers from the Other Europe" w wydawnictwie Penguin.
Roth nadal pisze świetnie, z werwą i ironią, i jego książka jest pewnego rodzaju żartem. Bohater opowiada swoją historię z amerykańskiego lazaretu w Korei, dokąd trafił pomimo ostrzeżeń ojca i własnych gorących starań, by przez przykładną naukę uniknąć losu rekruta. Leży tam, umierający pod morfiną, i przypomina sobie wypadki, które doprowadziły go do śmierci. Swoją drogą groteskowy opis bitwy, w której ginie, bardzo przypomina opis bitwy z I wojny światowej w "Pamiętniku Stefana Czarnieckiego", podczas której dowódcy kazali żołnierzom bronić do ostatniej kropli krwi absurdalnego pagórka, "na którym rosło pochylone drzewo". Książka Rotha jest żartem choćby dlatego, że chorobliwie nadopiekuńczy rodzic okazuje się mieć rację - a bohater, który całe życie nie robił nic innego, niż tylko się starał, by być dobrym chłopcem i dobrym Amerykaninem, zostaje za to - lub mimo tego - ukarany.
@RY1@i02/2011/039/i02.2011.039.196.0037.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/039/i02.2011.039.196.0037.002.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/039/i02.2011.039.196.0037.003.jpg@RY2@
Amerykańscy żołnierze na wojnie koreańskiej
Magdalena Miecznicka
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu