Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Alternatywny patchwork

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Do niedawna The Boxer Rebellion bardziej niż ze swoich piosenek słynęła ze swojej niezależności. Zmieni to najnowsza płyta "The Cold Still"

Bokserami są już tylko z nazwy. Konia z rzędem temu, kto w muzyce amerykańsko-australijsko-brytyjskiego zespołu The Boxer Rebellion znajdzie choćby jedną nową nutę albo brzmienie. A jednak ich najnowsza, trzecia płyta powala na deski.

Otwierająca album "The Cold Still" tkliwa ballada "No Charm" zmiękcza nawet najtwardsze serducho. Gitarowy, melancholijno-psychodeliczny zgiełk TBR nabrał folkowego wigoru, lirycznej zadumy i przebojowego potencjału, a "Locked in the Basement", "Caugh by the Light" czy dynamiczny "The Runner" może i nie wpadają w ucho po pierwszym przesłuchaniu, ale za to z czasem mogą przyprawić słuchaczy o manię prześladowczą.

"The Cold Still" to nie tylko wejście TBR na popową ścieżkę, ale też praktycznie debiut zespołu w naszym kraju. W Wielkiej Brytanii od dekady grupa cieszy się sławą kandydata na gwiazdę alternatywnego rocka, ale w Polsce jest prawie nieznana. Choć cztery lata temu wystąpiła przed Editors w warszawskiej "Stodole", to kupienie jej płyty w naszym kraju graniczy z cudem (a i tak można dostać tylko debiutancki "Exits").

Co ciekawe, słowo "cud" pojawia się często również w recenzjach brytyjskich i amerykańskich krytyków. Tyle że w odniesieniu do piosenek, w dodatku z ich kolejnego krążka, "Union". To właśnie dzięki tej wydanej dwa lata temu płycie zapisali się w historii rocka. A wszystko dlatego, że można było o niej powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest krążkiem.

Album ukazał się w formie cyfrowej i był dystrybuowany przez internet (do dziś nie można go kupić w Polsce). A że "Union" to kawał lirycznego, gitarowego rocka - czego dowodem są przyznany przez serwis iTunes tytuł alternatywnego albumu roku 2009 i zaproszenie zespołu do wystąpienia w komedii romantycznej "Stosunki międzymiastowe" z Drew Barrymore - sukces płyty nie powinien dziwić. A jednak TBR osiągnęli coś, co nigdy wcześniej (ale też nigdy później) nie udało się nikomu innemu - osiągnął najwyższe miejsca na płytowych listach przebojów bez płyty, jedynie za pomocą plików muzycznych.

Internet od początku był areną Bokserów. To dzięki niemu 10 lat temu z nic nieznaczącego kwartetu z Londynu awansowali do elitarnego grona zbawców współczesnego rocka. Opinię tysięcy internautów potwierdził sukces w konkursie serwisu PlayLouder.com. Dzięki niemu zespół wystąpił na słynnym festiwalu w Glastonbury, wówczas jeszcze mającym formę odbywającego się co cztery lata wielkiego święta muzyki. Kilka tygodni później szczęśliwa karta się odwróciła od TBR. Z nadziei rocka stali się jedną z najbardziej pechowych grup w jego historii.

Zaczęło się od zagrożenia życia. Po jednym z koncertów wokalista Nathan Nicholson z atakiem wyrostka robaczkowego prosto ze sceny trafił do szpitala. Lekarzom dosłownie w ostatniej chwili udało się uratować mu życie. Operacja trwała pięć godzin. Ale prawdziwe nieszczęście miało dopiero nadejść.

Dwa tygodnie po premierze debiutanckiej płyty Bokserów, "Exits" (2005) jej wydawca, wytwórnia Poptunes, ogłosił plajtę. Pozbawiony jakiejkolwiek promocji album trafił do sklepów, a zespół został pozostawiony samemu sobie na rynku, gdzie co tydzień ukazuje się kilkaset płyt i singli. Dla większości wykonawców oznaczałoby to marketingową śmierć, ale nie dla Bokserów.

Tu właśnie zaczyna się romantyczna legenda Nicholsona i S-ki. Zamiast biadolić i czekać, muzycy wzięli los w swoje ręce. Za własne oszczędności wynajęli autobus i ruszyli w katorżniczą trasę koncertową. Postawili na szeptany marketing. Równocześnie zaczęli pracę nad następną płytą. Wysiłek opłacił się, album "Exits" nie tylko został dostrzeżony (a w zasadzie usłyszany) przez fanów, piosenka "Watermelon" trafiła na ścieżkę dźwiękową filmu "Football Factory", a muzycy poprzysięgli sobie, że nigdy nie zwiążą się z żadną wytwórnią płytową. I słowa nie dotrzymali. Prawie.

Bez wydawcy da się zaistnieć, ale nie odnieść sukces. TBR w pełni wykorzystali swoją szansę. Albumem "Union" ucieleśnił się sen o muzycznej potędze, która jest niezależna od wydawców i organizatorów koncertów. Muzycy nie tylko sami sobie stali się sterem, żeglarzem, okrętem, ale też wzorem do naśladowania dla innych. Rebeliantami show biznesu.

Aby albumem "The Cold Still" jeszcze skuteczniej przeprowadzić swoją dywersję, muzycy TBR założyli firmę płytową Absentee Recordings i po raz pierwszy w swojej karierze (wcześniej sami produkowali swoje nagrania, w ramach oszczędności) wynajęli producenta z prawdziwego zdarzenia, Ethana Johnsa (Kings of Leon, Ryan Adams, Ray LaMontagne). Przy okazji z resztek, które zostały z uczty altrockowych bogów pokroju U2, Radiohead, Coldplay, Snow Patrol, The National, Elbow czy nawet Grant Lee Buffalo, wykroili sobie całkiem pokaźny kawałek tortu. I choć podczas łączenia wszystkich tych inspiracji w altrockowy patchwork nie udało im się odkryć muzycznej Ameryki, wyruszyli za Atlantyk. Tam rynek jest tak wielki, że aby odnieść wielki sukces (w skali europejskiej), nie trzeba wcale odnosić sukcesów - wystarczy zaistnieć. A w tym Bokserzy nie mają sobie równych.

@RY1@i02/2011/034/i02.2011.034.196.033a.001.jpg@RY2@

Hubert Musiał

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.