Cały świat nad rzeką Hudson
Murray, inteligentny fatalista, oprowadza nas po zakazanych ulicach Nowego Jorku, gdzie nikt nie mówi po angielsku
W pewnym mieście wydarzył się cud: w cerkwi zapłakała krwawymi łzami ikona Matki Bożej. Niedługo potem świątobliwy cadyk zapowiedział tam nadejście Mesjasza i koniec świata. Nie jest to historia z książki Szolem Alejchema albo Singera. To wszystko wydarzyło się naprawdę i całkiem niedawno: w Nowym Jorku, na przełomie XX i XXI wieku.
"Łatwy szmal", filmowa komedia z 1990 roku współreżyserowana przez Billa Murraya, opowiada o niemożności ucieczki z miasta, które jest rajem dla milionów przybyszów, zaś piekłem dla wielu z tych, którzy pozostają tutaj na dłużej. Grimm (Bill Murray) to typowy nowojorski inteligent: błyskotliwy fatalista z dużą dawką autoironii. Dzięki niekonwencjonalnym pomysłom udaje mu się obrobić bank w centrum Manhattanu. Pół miliona dolarów to dla niego oraz dwójki pomagających mu przyjaciół upragniona szansa na szybką życiową zmianę. Wszystko poszło świetnie, tyle że sympatyczni rabusie jakoś nie mogą dotrzeć na lotnisko Kennedy’ego, skąd odlatuje samolot mający wywieźć ich z przeklętego Wielkiego Jabłka do azylu gdzieś na Karaibach.
Głównym powodem komunikacyjnych kłopotów trójki bohaterów jest etniczna różnorodność nowojorskiej metropolii, tej Wieży Babel współczesnego świata.
Oto samochód przemierza ulice Queens, jednego z pięciu okręgów, na jakie podzielone jest miasto. Jadący nim uciekinierzy stracili już z oczu sylwetkę wież Manhattanu i znaleźli się jakby w obcym kraju. Kwartały monotonnej, małomiasteczkowej zabudowy ciągną się bez końca, trudno odróżnić blok od bloku. Bohaterowie szybko tracą orientację. Najgorsze jest to, że nie ma kogo zapytać o drogę — nikt tu nie mówi po angielsku. Wóz zatrzymuje się ostatecznie przed sceną jak z La Manchy epoki Cervantesa: na środku ulicy toczy się turniej, zupełnie jak w średniowieczu. Z tą różnicą, że uczestnicy pojedynku zamiast rumaków używają zdezelowanych rowerów, zaś za kopie służą im długie ogrodnicze grace.
Uliczni Don Kichoci to oczywiście filmowa przesada, ale jakże prawdziwa! Aglomeracja Nowego Jorku to w dużej mierze zespół małych latynoskich miasteczek, których mieszkańcy żyją swoimi sprawami i na swój własny sposób, zupełnie inny niż pełen zgiełku i pośpiechu styl życia bankowo-urzędniczego śródmieścia.
Wreszcie pojawia się żółta nowojorska taksówka. Grimm i jego przyjaciele ładują się do niej jak do Arki Noego. Niestety, również taksówkarz nie zna ani słowa po angielsku. Okazuje się to dopiero w czasie jazdy, co przysparza bohaterom kolejnych kłopotów.
Scena z taksówkarzem to wielka rola Tony’ego Shalhouba. Ten Amerykanin libańskiego pochodzenia mówi tam wymyślonym przez reżysera językiem, w którym całkiem sugestywnie potrafił wyrazić wielkomiejskie frustracje przybysza z egzotycznego kraju. Jedyne słowo, którego znaczenia domyśla się widz, to "blufftoni", czyli autobus.
Leżący bliżej lotniska Kennedy’ego Brooklyn, podobnie jak Queens, składa się z wielu małych dzielnic (neighborhood) zamieszkałych głównie przez Afroamerykanów i ortodoksyjnych Żydów. W okolicy Crown Heights ulokowało się kilka takich żydowskich miasteczek. Ich mieszkańcy przybyli tu w połowie ubiegłego wieku z krajów Środkowo-Wschodniej Europy. Najbardziej znani są chasydzi z Lubawicz, osady położonej ongiś na wschodnich kresach przedrozbiorowej Rzeczypospolitej (dziś w Rosji koło Smoleńska). Ich przywódca cadyk Menachem Mendel Schneerson niedługo przed śmiercią zapowiedział rychłe nadejście Mesjasza. Część lubawickich chasydów uważa, że będzie nim sam Schneerson. Jego uczniowie i zwolennicy zainicjowali wtedy, w 1991 roku, prawdziwą kampanię, wzywając wszystkich ludzi do wejścia na drogę cnoty w obliczu końca świata. Całostronicowe ogłoszenia tej treści zamieszczał nawet "New York Times". Ruch chasydów lubawickich przyczynił się do odrodzenia tradycyjnego judaizmu na całym świecie, także w Polsce.
Rok 1991, w którym cadyk wygłosił swoją przepowiednię, odznaczył się w Crown Heights falą zamieszek etnicznych. Wybuchły one po tym, gdy samochód wiozący cadyka Schneersona potrącił dwójkę murzyńskich dzieci. Afroamerykanie zdemolowali wtedy i podpalili dziesiątki żydowskich sklepików.
Szczegółowy spis ludności przeprowadzony w latach 2005 - 2009 wykazał, że mieszkańcy dużych miast USA żyją w jednolitych etnicznie dzielnicach, a przedstawiciele poszczególnych grup: biali, Afroamerykanie, Latynosi i Azjaci, niezwykle rzadko sąsiadują ze sobą w tych samych neighbor-hoods. Wykorzystująca te dane etniczna mapa Nowego Jorku opublikowana w grudniu minionego roku przez "New York Timesa", gdzie każdą rasę zaznaczono odrębnym kolorem, przypomina jaskrawą mozaikę, w niczym niepodobną do osławionego tygla (melting pot), w którym różne amerykańskie etnosy miały zlać się w jeden stop zintegrowanego narodu.
Płacząca ikona znajduje się w świątyni prawosławnej pod wezwaniem świętej Barbary. Ta grecka cerkiewka leży w węzłowym punkcie Manhattanu, na obrzeżach chińskiej dzielnicy. Cud, który dokonał się w październiku 1990 roku, kiedy trwała wojna w Zatoce Perskiej, był sensacją w całym mieście.
W jedenaście lat później inna cerkiew, rosyjska pod wezwaniem świętego Mikołaja, legła w gruzach zmiażdżona przez upadającą wieżę World Trade Center. Nowojorczycy odczuli to jako policzek. Mieszkańcy Wielkiego Jabłka, nawet ci niespecjalnie pobożni, dumni są z tego, że w ich mieście znajdują się świątynie wszystkich religii świata. Mogliby też powtórzyć za Billem Murrayem, który w innym filmie ("Pogromcy duchów"), walcząc z olbrzymim potworem, wygłosił pod jego adresem pamiętne zdanie: - Nikt nie będzie deptać kościołów w moim mieście!
@RY1@i02/2011/029/i02.2011.029.196.0007.001.jpg@RY2@
Grimm (Bill Murray), Loomis (Randy Quaid) i Phyllis (Geena Davis) szczęśliwi na tle wież Manhattanu. Kłopoty zaczną się za chwilę
Jacek Borkowicz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu