Bornholm razy dwa
Na "Bornholm, Bornholm", nową książkę Huberta Klimki-Dobrzanieckiego, składają się właściwie dwie powieści. Podobnie jak niegdyś w "Domu Róży. Krysuviku" mają różną wymowę, różną dynamikę, rozgrywają się w różnym czasie. Tyle że tym razem obie historie konsekwentnie się przeplatają. Początkowo zdaje się, że mamy do czynienia ze zbiorem opowiadań albo nawet afabularnych, poetyckich miniatur. Wspomnienie bezimiennego mężczyzny o zapamiętanej z dzieciństwa tajemniczej, zmysłowej kobiecie; opowieść o szkolnym nauczycielu, kolekcjonerze motyli, który pewnego dnia odkrywa, że przestał kochać żonę - te fragmenty mogłyby stanowić skończone, impresyjne całostki. Ale obie historie mają swój ciąg dalszy.
Kobieta ze wspomnienia okazuje się matką narratora, a jej obraz z wolna ulega zmianom. Odkrywamy, że uczucia, jakie żywi wobec niej bohater, balansują na granicy toksycznej miłości i chorobliwej nienawiści. Kobieta leży w szpitalu, pogrążona w śpiączce, a nagle wyzwolony syn czuje nieodpartą potrzebę, by do niej mówić. Jego monolog jest po części próbą wyzwolenia się spod władzy matki, którą bohater po raz pierwszy chce zmusić do słuchania. To też spowiedź, gorzkie sprawozdanie z nieudanego życia.
A co z drugą historią? Ta rozgrywa się kilkadziesiąt lat wcześniej w nazistowskich Niemczech. Latem 1939 roku wojna wisi w powietrzu, choć bohaterowie nie chcą jeszcze w nią wierzyć. Trwa leniwy sierpień, a nauczyciel biologii Horst Bartlik postanawia wybudować dzieciom domek na drzewie, pierwszy raz sprzeciwiając się despotycznej żonie. W życiu bohatera wkrótce nastąpi kolejny przełom - zostanie powołany do wojska, i dostanie się do wojskowej bazy na Bornholmie...
Klimko-Dobrzaniecki umie sprawiać niespodzianki. Bohaterowie jego powieści i opowiadań wędrują po najróżniejszych zakątkach Europy - od Bielawy, rodzinnego miasta pisarza, po odległą Islandię. Jego proza bywa subtelna, ale też szorstka, nierzadko przepełniona dosadną erotyką. W "Bornholm, Bornholm" jest jedno i drugie - konieczne składniki powieści o stawaniu się mężczyzną, a raczej o potrzebie stawiania pytań o męskość. Dwaj bohaterowie w pewnym momencie wyrażają sprzeciw wobec despotycznego i - zdawałoby się - bezdusznego świata kobiet. Ale czy odnoszą zwycięstwo? Tu ujawnia się cały kunszt Klimki-Dobrzanieckiego. Bo im więcej kulis ujawnia pisarz, tym bardziej powieściowa rzeczywistość staje się niejednoznaczna. Kobiety zołzy, kobiety złośnice i sadystyczne dręczycielki okazują się równie niepewne i bezbronne jak mężczyźni, którzy podejmują z nimi słuszną - zdawałoby się - walkę. Próby zaznaczania męskiego terytorium koniec końców okazują się infantylne, barbarzyńskie i okrutne. W książce Klimki-Dobrzanieckiego nie ma wojny płci. Jest co najwyżej niepokonana przepaść niezrozumienia.
@RY1@i02/2011/029/i02.2011.029.196.037a.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/029/i02.2011.029.196.037a.002.jpg@RY2@
MALWINA WAPIŃSKA
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu