Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Trochę po czesku

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

Polskie kino rzadko pozbywało się stylizacji i koturnowości. Pionierem w tej dziedzinie był Andrzej Kondratiuk - właśnie ukazuje się box z jego trzema filmami z początku lat 70.: "Hydrozagadką", "Wniebowziętymi" i "Jak to się robi"

Udane próby przeszczepienia czeskiej Nowej Fali na polski grunt da się właściwie policzyć na palcach - to "Rejs" Marka Piwowskiego, "Dziewczyny do wzięcia" Janusza Kondratiuka, wreszcie dwa filmy jego starszego brata Andrzeja: "Wniebowzięci" i "Jak to się robi". Być może Polacy nie byli przygotowani na komediowe cinéma vérité realnego socjalizmu, nie wiemy też zbyt dobrze, ile podobnych projektów upadło jeszcze na etapie scenariusza, choćby z powodów politycznych albo ze względu na artystyczny ostracyzm. Niewykluczone również, że w świecie o innych filmowych tradycjach to się po prostu nie mogło udać. Niemniej - co ciekawe - ów krótki flirt z naturalistyczno-absurdalną kinematografią naszych południowych sąsiadów, który zaczął się i zaraz skończył na początku lat 70., jest w Polsce otoczony prawdziwym kultem. O kulcie pisze się zawsze trudno, ale spróbujmy.

Zacznijmy od tego, że w zaproponowanym przez Kino Polska zestawie filmów Andrzeja Kondratiuka "Hydrozagadka" (1970) jest historią z całkiem innej bajki. Superman gospodarki uspołecznionej, niejaki As, rzuca tu wyzwanie demonicznemu doktorowi Plamie, który postanawia, ni mniej, ni więcej, tylko za pomocą energii atomowej odparować wodę z Zalewu Zegrzyńskiego, zamienić ją w chmury, drogą powietrzną dostarczyć chciwemu maharadży pewnego pustynnego kraju i zainkasować walizkę pełną dolarów. Ta urocza, kpiarska i całkiem umowna komedia tkwi głęboko w estetyce lat 60., a także w tradycji teatru i kabaretu - nie ma zatem zbyt wiele wspólnego z późniejszymi dokonaniami Kondratiuka.

Przełomem są "Wniebowzięci" (1972) - nowela filmowa (40 minut z hakiem) o dwóch zwyczajnych facetach, którzy wygrywają większą sumę w totolotka i postanawiają spełnić swoje marzenie. "Człowiek musi sobie czasem polatać" - mówi jeden z bohaterów. Wsiadają zatem do lotowskiego antonowa i lecą. Do Koszalina. Do Rzeszowa. Do Krakowa. Do Gdańska. Próbują podrywać dziewczyny, spotykają się z kumplem z wojska. I podobnie jak w sztandarowych filmach czeskiej szkoły nic się tu właściwie nie dzieje, a w istocie dzieje się wszystko - głównie na zmęczonych twarzach Jana Himilsbacha i Zdzisława Maklakiewicza, w ich zdawkowych rozmowach i banalnych gestach. Oglądani po latach "Wniebowzięci" okazują się filmem nadspodziewanie ponurym, liryczną balladą o muchach latających resztką sił w słoiku, z którego nie da się uciec, bo jest naprawdę mocno zakręcony.

Próbę czasu najlepiej wytrzymało chyba "Jak to się robi" (1973). W pociągu do Zakopanego spotyka się dwóch mężczyzn - jeden podaje się za reżysera, drugi za pisarza. Siedząc w kolejowym przedziale, ustalają, że napiszą razem scenariusz kasowego filmu. Zakopane jest jednak pełne pięknych kobiet, które lgną do artystów, zaś nasi bohaterowie o sztuce filmowej mają raczej niewielkie pojęcie.

"Jak to się robi" to inteligentna, ironiczna, a jednocześnie ciepła farsa - współcześni twórcy polskich komedii mogą Kondratiukowi co najwyżej czyścić buty, a za sceny w stołówce domu pracy twórczej osobiście przyznałbym worek Oscarów.

Te trzy filmy łączy przede wszystkim wielki talent Zdzisława Maklakiewicza. Celowo to podkreślam - Jan Himilsbach, najsłynniejszy naturszczyk naszej kinematografii, przed kamerą po prostu grał siebie samego, Maklakiewicz był zaś świadomym sceny i kontekstu artystą. Nawet jeśli widzieliście każdy ze wspomnianych obrazów po 50 razy, warto znów je obejrzeć tylko po to, by postudiować aktorskie etiudy Maklaka: jego zblazowanie w roli Plamy, proletariacką naturalność we "Wniebowziętych", groteskowe pozerstwo (połączone z nieśmiałością) reżysera Kozłowskiego z "Jak to się robi". Mistrzostwo świata, a następców, niestety, brak.

"Dokąd ja płynę? Do kina, do filmu, który jest niepodobny do innych. Nie wiadomo, do jakiej szuflady mnie włożyć. Najlepiej wziąć oryginał i skremować, wpakować do szuflady z napisem: artysta osobny" - mówił przed dziesięcioma laty Andrzej Kondratiuk w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".

Reżyser nie oglądał się na obowiązujące w filmie mody, robił własne kino, choć czasami musiał przyznać się do porażek - jak w przypadku "Skorpiona, panny i łucznika", którego bezradni krytycy porównywali do dzieł Bunuela.

Od współpracy z Romanem Polańskim (etiuda "Ssaki" powstała według pomysłu Kondratiuka) przeskoczył do wykpiwających absurdy PRL-u komedii, ale potem zdecydował się na emigrację z miasta - od czasów "Pełni" (1976) jego filmy toczą się na wsi, a ich bohaterowie szukają ucieczki od codzienności. Ostatnie twórcze lata - dziś choroba uniemożliwia twórcy pracę - Kondratiuk poświęcił budowaniu filmowego pejzażu Gzowa - wsi, do której przeprowadził się wraz z żoną Igą Cembrzyńską. To obrazy takie jak "Wrzeciono czasu" czy "Słoneczny zegar" ugruntowały pozycję Kondratiuka jako artysty łączącego satyrę obyczajową z realizmem magicznym.

@RY1@i02/2011/019/i02.2011.019.196.0030.001.jpg@RY2@

FOT. KINO POLSKA (2)

As rozwiązuje "Hydrozagadkę"

@RY1@i02/2011/019/i02.2011.019.196.0030.003.jpg@RY2@

"Jak to się robi"

@RY1@i02/2011/019/i02.2011.019.196.0030.002.jpg@RY2@

Piotr Kofta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.