Śmiech wymaga dyscypliny
Jedna z najmniejszych książek jednego z największych współczesnych twórców komedii. Zanim przestaniecie lubić Allena za ostatnie filmy, przeczytajcie zbiór jego sztuk teatralnych - klucz do zrozumienia charakteru autora
Didaskalia informują: "Poniższa sztuka jest jednoaktówką opartą na pewnym zdarzeniu z życia Abrahama Lincolna. Do zdarzenia mogło dojść lub nie. Decydujące jest, że byłem zmęczony, gdy ją pisałem". Pisał ją na początku lat 70. jako doświadczony komik telewizyjny, stały współpracownik "New Yorkera", autor wystąpień kabaretowych, komedii scenicznych, uwielbiany na Broadwayu za "Don’t Drink the Water" i "Zagraj to jeszcze raz, Sam". Amerykańska publiczność w większym stopniu widziała w nim wtedy twórcę tekstów niż filmów. W "Bierz forsę i w nogi" oraz "Bananowym czubku" nie dostrzegano jeszcze pełni stylu, który dziś w oczywisty sposób uznaje się za humor Allena.
Wtedy Woody był przede wszystkim tym, kim chciał być od dzieciństwa. Pisarzem codziennie spędzającym godziny przy maszynie Olympia i redagującym bez końca wymyślane przez siebie dialogi. Doskonalił pojedyncze frazy, przyjazny ton przeplatał z sarkazmem, nonsensem, kpiną. Ten język nie tylko ścierał się z egzaltowanymi tekstami Broadwayowskich sztuk, lecz także pogrywał z nimi. Według tych zasad napisał "Pytanie", historię o zderzeniu megalomanii prezydenta z chorobliwą nieśmiałością wieśniaka.
Na podobnych zderzeniach opiera się dramaturgia większości tekstów w zbiorze "Allen na scenie". Akcję napędzają nie okoliczności, ale charaktery, sposób reagowania postaci. Tak zbudowane dramaty są lekkie, wywołują śmiech, eliminują długie sceny wyjaśniające przebieg zdarzeń.
Kiedy Allen zdecydował, że jego celem będzie opanowanie tej formy? Wcześnie. Żeby poznać go na nowo, zapomnijcie o "Annie Hall" czy "Manhattanie". Nie marzył o pisaniu takich scenariuszy. Wiedział za to na pewno, że chce być jak George S. Kaufman, starszy od niego o 46 lat dramaturg, autor sztuki "Forsa to nie wszystko", laureat Pulitzera. "Myśl, że go cenię, po raz pierwszy pojawiła się w mojej głowie, kiedy miałem osiem lat" - pisze Allen w jednym ze swoich esejów o literaturze.
Wspomina szkolne zadanie, które polegało na wyszukaniu książki w bibliotece, a potem opisaniu jej. Wybrał najmniejszą, która ślepym trafem okazała się "Sześcioma sztukami Kaufmana i Harta". "Nigdy wcześniej nie słyszałem o żadnym Kaufmanie ani Harcie, nie słyszałem o ich sztukach ani w ogóle o jakichkolwiek innych sztukach. Ale trzeba było przeczytać". Jego uwagę przyciągnęło zdanie w didaskaliach: "Dom Martina Vanderhofa - zaraz za rogiem Columbia University, ale nie próbujcie go szukać". W związku z tym poszukał domu Kaufmana. Dowiedział się, że mieszka przy 62. ulicy, tam gdzie Allen spacerował codziennie w poszukiwaniu natchnienia do pracy nad pierwszymi tekstami. W jego głowie powstał obraz mistrza - chciał posiąść nie tylko talent mentora, lecz także jego styl życia. Wyobrażał sobie, że u Kaufmanów odbywają się koktajle, podczas których George Gershwin gra na pianinie. Przepełniony inspiracją wracał do swojego pokoju i - jak wspomina - tworzył kilka cudownych stron własnej sztuki. Do dnia, w którym dowiedział się, że Kaufman mieszkał przy 63. ulicy, nie 62. "Na szczęście dla teatru sztuka, którą wtedy pisałem, nigdy nie została wystawiona".
Ta chłopięca fascynacja zadecydowała o tym, jak Allen zaczął układać swoje życie zawodowe. "Zachwycające szaleństwo Kaufmana, jak z kreskówki, nigdy nie opuściło mojego naturalnego sposobu pisania. Jego wpływ jest boleśnie oczywisty w mojej pierwszej beznadziejnej próbie teatralnej »Don’t Drink the Water«, którą zresztą poprawiałem bez końca. Kiedy oglądałem go w telewizji, podziwiałem jego sardoniczny dowcip. Wydawało mi się, że on bardziej niż ktokolwiek inny dostrzegał fałsz świata. Był swojski, a jednocześnie ostry. Taki chciałem być".
Ową kombinację udało się osiągnąć Allenowi w sztukach "Bóg" oraz "Śmierć". Ich bohaterowie wydają się przyjaźni, czasem pospolici, by niespodziewanie wyśmiać, przestraszyć, okazać beznadziejny brak wiary albo prawdziwą, nieśmieszną rozpacz. Śmierć oraz Bóg wracają we wszystkich tekstach w zbiorze "Allen na scenie". Nie ma postaci w białej szacie z kosą, ale jest mężczyzna, który zabiera "W dal. Z tego świata. Do Krainy Szczęśliwych Łowów". Bohater sztuki gra z nim w remika o jeden dzień życia. W remika, bo jeden z nich nie potrafi grać w szachy, więc odpadają sceny z Bergmana, innego mistrza Allena. Nie ma w tych sztukach powagi podawanej wprost, ale jest niepokój. Ten sam, który autor wyraża w wywiadach: "Musimy zaprzeczać, że śmierć istnieje, albo nie myśleć o tym, żeby przetrwać. Dlatego tak dużo pracuję, wypełniam dni zajęciami".
Od dziecka kompulsywnie się doskonali. Przed fascynacją Kaufmanem ćwiczył sztuczki cyrkowe. Potem doszła gra na klarnecie, jednak pisanie nigdy nie przestało być najważniejsze. Wpadł w ten nałóg na dobre jako uczeń liceum. Wysłał wtedy pod pseudonimem kilka krótkich humorystycznych tekstów do felietonistów "New Yorkera". Wśród nich był Ed Sullivan, telewizyjny showman, który wciągnął kilkunastoletniego Allena do środowiska nowojorskich komików. "Każdego dnia po szkole wystrzeliwałem od 30 do 40 tekstów oraz gagów dla znanych telewizyjnych komików albo po prostu prezenterów" - wspomina w jednej z rozmów ze swoim biografem Erikiem Laxem. Jako 17-latek miał już agenta. Na początku zarabiał 25 dolarów tygodniowo, potem 75. Jako tekściarz gwiazdy, Sida Caesara, 18-letni Allen Stewart Konigsberg, syn jubilera, dostawał za swoją pracę 1500 dolarów tygodniowo. Jako 19-latek miał własne mieszkanie, żonę, Harlene Rosen, i regularnie chodził do terapeuty.
Kilka lat później, zachęcony przez agenta, zadebiutował jako showman w małym klubie, gdzie wygłaszał własne teksty. Dziś twierdzi, że był to najgorszy czas w jego życiu. Po roku zrezygnował, żeby więcej czasu poświęcić pisaniu. W połowie lat 60. był już stałym autorem "New Yorkera", tworzył teksty do telewizji, redagował i ubarwiał przemówienia lokalnych polityków. W latach 70. zaczęły się pojawiać zbiory jego opowiadań. Po każdym z nich okazywało się, że więcej uwagi Allen przyciąga nie jako pisarz, ale jako reżyser, scenarzysta, twórca bohatera swoich filmów, neurotycznego inteligenta z Manhattanu.
W "Miłości i śmierci" wprawdzie nie na Manhattanie, ale wciąż roztrzęsionym głosem, nerwowo gestykulując, pyta Diane Keaton: "Co masz na myśli, mówiąc, że Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo? Że wygląda tak jak ja? Że niby nosi okulary?". "Nie w takich oprawkach" - odpowiada Keaton.
Oprawki Allena podobne są do tych, jakie miał Kaufman. "Nigdy nie przestałem się z nim identyfikować. Te nasze okulary, tweedowe marynarki, posępne miny. I czyż on nie zaczynał swojej kariery, wysyłając teksty do autorów z Broadwayu? Dokładnie jak ja". Poza tym Kaufman, jak Allen, był komikiem telewizyjnym, reżyserem, scenarzystą, aktorem. Pracoholikiem. Pochodził z robotniczej rodziny żydowskiej. Czytając jego teksty, Woody uczył się rygorystycznego panowania nad formą. "Tym, którzy nigdy nie próbowali stworzyć sztuki komediowej, mogę powiedzieć, że to wymaga więcej niż umiejętności pisania zabawnie, wymaga to prawdziwej dyscypliny" - pisał.
Sztuki w zbiorze "Allen na scenie" są doskonale zdyscyplinowane. To uważnie ułożone parodie albo misterne konstrukcje z absurdalnych wypowiedzi. Kończą się czystym śmiechem, mają niewiele wspólnego z gagami z "Bananowego czubka".
@RY1@i02/2011/019/i02.2011.019.196.0037.001.jpg@RY2@
Woody Allen, rok 1971
@RY1@i02/2011/019/i02.2011.019.196.0037.002.jpg@RY2@
Marta Strzelecka
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu