Ogród mądrości i ciszy
"Księgi" Komuny Otwock to podsumowanie dotychczasowych zdobyczy formalnych grupy. Ale też próba podjęcia nowego sposobu komunikacji
Najnowsze przedstawienie komuny//warszawa (dawniej Komuny Otwock) powstawało ponad półtora roku. W listopadzie 2009 roku na dwudziestolecie działalności grupa pokazała szkic pod tytułem "Księga wynalazków". A potem spektakl podlegał nieustannym zmianom i rozrastał się, w końcu z jednego zwartego epizodu powstały trzyczęściowe widowisko.
Grzegorz Laszuk i Alina Gałązka - liderzy najdłużej związani z Komuną - otwierali nowy rozdział działalności społecznej i artystycznej, przyznając się do porażki. Pisali w manifeście, że nie udała się im zmiana struktur, wyobrażeń i praktyk społecznych. Że ostatnie lata Komuny Otwock wypełniły odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie będzie rewolucji. Komunardzi nie sprostali ideologii, jaka stała za nimi. Laszuk twierdził, że jedyne, co osiągnęli, to status "średnio znanej, offowej warszawskiej sceny".
Oglądając ich nową premierę na specjalnych pokazach w Poznaniu, szukałem śladów tej goryczy. "Księgi" opowiadają o dwóch bohaterach: Richardzie Buckminsterze Fullerze, wynalazcy, architekcie-wizjonerze, i cesarzu Yongle z dynastii Ming, którego flota tysiąca okrętów dotarła do Indii, Zatoki Perskiej, Somalii, może nawet do Ameryki. Po zakończeniu wyprawy cesarz kazał spalić całą flotę i miasta portowe Chin.
Traktaty o Yongle i Fullerze należą do dotychczasowego nurtu tematów Komuny krążących wokół misji i klęsk architektów wyobraźni. Zestawienie tych postaci buduje podstawową antynomię nie tylko między wschodnią a zachodnią cywilizacją, postępem i stagnacją. Laszuk i jego grupa pytają, czy rzeczywiście istotą człowieczeństwa jest nieskończony rozwój, zmiana i przekroczenie. "Jeśli coś można odkryć, wynaleźć, zbudować, będzie to odkryte wynalezione, zbudowane" - stwierdza reżyser, ale zaraz pyta dalej, czy człowiek zawsze musi tworzyć, szukać, odpowiadać na zagadki świata?.A może rację miał Yongle wierzący, że mądrość i sens życia tkwi w izolacji, utrzymywaniu równowagi między przeszłością a przyszłością?
Komuna//warszawa w dwóch pierwszych częściach spektaklu pokazuje przekleństwo ruchu i przekleństwo wycofania. Z boku sceny DJ i skrzypaczka, pośrodku czwórka aktorów budujących proste konstrukcje, wieże, zjeżdżalnie, kostiumy i rekwizyty z plastikowych rur, tkanin, papieru i metalu. To robotnicy ceremonii, gimnastycy-inżynierowie. Trochę się bawią, trochę uczą przestrzeni i materii. Powtarzanie mechanicznych czynności tworzy symbole i metafory. Kanciaste, nieoszlifowane, mechaniczne. Chwilami ma się wrażenie, że ich spektakl to nic innego jak przełożony na nowoczesny język teatr Kantora. Inna w nim jest śmierć, inny Bóg, inaczej definiowana pamięć i rola reżysera demiurga. Ale najgłębszy sens ludzkich gestów jest ten sam.
W trzeciej części spektaklu znajdujemy się w ogrodzie. Wypełnia go zamiast ludzi społeczeństwo zwierząt. Aktorzy zakładają małpie maski. Co lepsze - małpa, która je i kopuluje, czy małpa, która próbuje myśleć? Co jest wolnością i niewolą? Może stan naturalny wcale nie jest stanem wiecznej szczęśliwości? Do świata Komuny wchodzi kolor, humor, przerysowanie. Aktorzy kpią z ludzi udających małpy i małpy podające się za ludzi. I nie czuć wcale w tej nowej stylistyce Laszuka goryczy. Jest autoironia. Typowa dla ludzi bez złudzeń, ludzi, którym zawaliła się wieża wiary lub ideologii. Sceniczny ogród Laszuka jest ogródkiem Kandyda. Teatrem uwolnionym od wstydu powielania świata. I on jak Kandyd wie na koniec, o co w tym wszystkim chodzi: cokolwiek by się działo, trzeba robić swoje. Tylko czyny w skali mikro mają sens. Są tylko małe zwycięstwa i małe odpowiedzi.
@RY1@i02/2011/019/i02.2011.019.196.0040.001.jpg@RY2@
FOT. KOMUNA//WARSZAWA
Łukasz Drewniak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu