Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Scyzoryk

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Ludzie, którzy projektują auta, lubią nazywać się artystami. A artyści to szaleńcy. W przeszłości w przypływie weny odcinali sobie uszy i nie potrafili utrzymać w ręku pędzla, jeżeli nie wstrzyknęli sobie w żyły pół kilograma heroiny. Wyobraźcie sobie, że ktoś taki zostaje głównym stylistą samochodu - jestem pewien, że wsiadałoby się do niego przez właz w podłodze bagażnika, fotel kierowcy odwrócony byłby tyłem do kierunku jazdy, a samo auto jeździło bokiem.

Właśnie dlatego koncerny motoryzacyjne, zanim zatrudnią projektanta, sprawdzają, jak często odwiedza on Kolumbię. Siłą rzeczy zatem motoryzacyjni artyści muszą szukać inspiracji gdzie indziej niż ich koledzy od sztalug. Gdzie? Kiedyś postanowiłem połechtać ego jednego z takich dżentelmenów i chwaląc jego ostatnie dzieło, zapytałem, w jaki sposób udało mu się osiągnąć taki nieskazitelny estetycznie efekt. Odparł, że jego muzą była przyroda. Było to coś w stylu: "Projektując dach, wzorowałem się na grzbiecie orki, przednie światła są personifikacją zorzy polarnej, lusterka mają kształt uszu zająca, a bagażnik - gdy spojrzy się na niego pod kątem 54 stopni - jest wierną kopią pośladków hipopotama nilowego".

Ponoć takie podejście jest dziś konieczne. Bo ludzie lubią mieć świadomość, że jeżdżą czymś, co zostało zaprojektowane według określonej filozofii. Ponoć nad wnętrzami Mazdy pracują specjaliści od feng shui, co wróży, że niebawem miejsce tylnej kanapy w tych autach zajmie ogródek zen z białym piaskiem, grabiami i stertą kamieni. Z kolei w Mercedesie znaleźli się wyznawcy rybołówstwa, którzy parę lat temu zaprojektowali model Bionic, przypominający kształtem - uwaga! - "rybę z rodziny kosterowatych".

Doszło do tego, że już nawet Volvo musi iść z duchem czasu i starać się, by jego produkty "jakoś" wyglądały. Parę lat temu styliści szwedzkiej marki otrzymali od szefostwa długą listę rzeczy, na których kategorycznie zabroniono się wzorować przy projektowaniu nowych modeli. Znalazły się na niej m.in.: cegła, Stonehenge, kredens, nagrobek, stodoła i płyta wiórowa. Efekt okazał się olśniewający, co najlepiej widać po modelu XC60. Choć auto produkowane jest od czterech lat, nadal wygląda nowocześnie, oryginalnie i ma bodaj najlepsze proporcje w klasie SUV-ów średniej wielkości. Środek też polubicie, pod warunkiem że jesteście zwolennikami minimalizmu.

Za to bez względu na gust wszystkich zachwyci praktyczność XC60. Wszystko obsługuje się równie prosto i intuicyjnie jak widelec. Fotel i kierownicę można regulować w tak dużym zakresie, że idealną pozycję znajdzie tu nawet szympans. Do pełni szczęścia brakuje jedynie większej staranności wykonania - wygląda na to, że w Volvo postanowiono zaoszczędzić na kilku materiałach i zlecono ich wykonanie producentowi bibuły.

Skoro XC60 jest SUV-em, to zapewne chcielibyście wiedzieć, jak jeździ. Jego napęd na cztery koła i komfortowo zestrojone zawieszenie sprawiają, że jest to jeden z najodpowiedniejszych samochodów na polskie drogi. Tak się składa, że mieszkam na wsi i codziennie pokonuje parę odcinków nieremontowanych od czasu, gdy wysadzili je w powietrze niemieccy saperzy. I dotychczas żaden samochód nie jeździł po nich z taką gracją i pewnością siebie jak XC60. Jeżeli zależy wam przede wszystkim na komforcie i poczuciu bezpieczeństwa, nawet nie oglądajcie się na auta konkurencji. Co innego, jeżeli za kierownicą chcecie również liznąć nieco emocji - wtedy lepiej idźcie do BMW po model X3.

Oczywiście i Volvo przygotowało coś specjalnego dla fanów mocnych wrażeń - wersję T6 z ponad 300-konnym silnikiem benzynowym. Ale XC60 i taka armia rumaków to najbardziej bezsensowne zestawienie w motoryzacji, spośród wszystkich mi znanych. Oczywiście auto jest bardzo szybkie. Ale tylko na prostych. W zakrętach wszystkie te konie przenoszone na koła zachowują się tak, jakby zamierzały wysłać auto prosto do rowu, a was - w zaświaty. W dodatku każdy z tych rumaków wierzga, jakby właśnie odcięto mu ucho - zanim nauczyłem się subtelnie dodawać gazu i płynnie ruszać T6, zdarłem siedem kompletów opon. No i jeszcze to spalanie - szybka podróż autostradą oznacza 14 - 15 l na 100 km, a jazda po mieście wyciąga z baku 16 - 17 l. Gdy zobaczycie ten wynik na wyświetlaczu komputera, postanowicie oszczędzać, co sprowadzi się do przemieszczania z prędkością lektyki. I po co wam wtedy te 300 koni? Znacznie lepiej zrobicie, wybierając tańszą o niemal 30 tys. zł wersję XC60 D5 z oszczędnym i wystarczająco szybkim 215-konnym dieslem. To - w przeciwieństwie do T6 - jeden z najlepszych dostępnych na rynku samochodów. I chyba nawet wiem, na czym wzorowali się jego projektanci - na praktycznym szwajcarskim scyzoryku, który zawsze warto mieć przy sobie.

@RY1@i02/2012/233/i02.2012.233.186000800.803.jpg@RY2@

@RY1@i02/2012/233/i02.2012.233.186000800.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk, zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Łukasz Bąk

zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.