myszy w pulpie truskawkowej
O Rosji Radzieckiej napisano już wiele. O zbrodniach jej dyktatorów, imperialnej polityce zagranicznej czy gospodarczym bankructwie Kraju Rad. A jednak książka "Sowiety od kuchni" dodaje do opowieści o ZSRR kawałek, którego jeszcze nie było.
Irina Głuszczenko pokazuje nam Związek Radziecki przez pryzmat jedzenia. Dla obeznanego z Rosją czytelnika będzie ona podróżą przez smaki, zapachy i marki epoki, które zyskały kultowy status. Kotlety z kaszy manny, buraków, marchewki czy ryżu, makaron na kożuchu od mleka, ukraińskie pierożki, lody (ZSRR było lodową potęgą) oraz gorące kotlety mięsne (zwane mikojanowskimi). Jednak nawet bez sowietologicznego przygotowania można z lektury wiele wyciągnąć. Ucieszy ona nawet tak wymagającego odbiorcę, jak czytelnik książek ekonomicznych.
Radziecki przemysł spożywczy jest bowiem wspaniałym studium przypadku, na którym można prześledzić blaski i cienie (tych drugich jest więcej) centralnego planowania. Bolszewicy doszli przecież do władzy na obietnicy chleba z masłem dla mas, a nie tylko dla warstw posiadających. A że byli politycznymi i ekonomicznymi debiutantami, rzeczywistość zaczęła im się wymykać z rąk. Aby rozwiązać ten problem, Sowieci zastosowali ciekawą strategię menedżerską. Wbrew sowietologicznym kliszom komunistyczna wierchuszka była świadoma niebezpieczeństw tkwiących w rezygnacji z wolnego rynku. Wiedzieli, że ręczne sterowanie gospodarką musi zaowocować rozrostem administracji i wykwitem wszystkich jej chorób: korupcji, urzędniczej bezduszności i skostnienia. Lekiem na te zagrożenia miał być np. mikromanagement uprawiany na najwyższym poziomie.
Dlatego sowieccy komisarze ludowi (a od 1946 r. ministrowie) nie byli szefami resortu, których znamy z zachodnich systemów parlamentarno-gabinetowych. Gros ich czasu zajmowały interwencje w najdrobniejsze szczegóły podległych im działek gospodarki. Idea była prosta. Komisarz miał korygować pomyłki i bezduszność administracji. Dbać, by system się nie wynaturzył i zachował ludzką twarz. Anastas Mikojan, główny bohater książki Iriny Gruszczenko, był mistrzem tego mikromanagementu. Ten pochodzący z Armenii bolszewik to absolutny ewenement na szczytach radzieckich władz. Do Komitetu Centralnego włączył go już Lenin, odchodził na emeryturę cztery dekady później, pod rządami Leonida Breżniewa. W międzyczasie skutecznie lawirując pomiędzy różnymi frakcjami sowieckiej władzy, kierował radzieckim sektorem spożywczym. Działał mniej więcej tak: "Poinformowano mnie, że dzisiaj wyprodukowaliście zaledwie 18 ton parówek wobec 21 ton w dniu wczorajszym. Chodzą słuchy, że narzekacie na brak flaków. O co chodzi?!" - pisze Mikojan 3 września 1935 r. do dyrektora Moskiewskiego Kombinatu Mięsnego. Innym razem interweniuje, bo w trzech piętnastolitrowych butlach pulpy owocowej wyprodukowanej przez zakład nr 4 w Symferopolu znaleziono pięć szczurów i trzy myszy.
Mimo tego eksperymentalnego stylu zarządzania Mikojan stworzył system przemysłowej produkcji jedzenia i zbiorowego żywienia opartego na instytucji stołówki. Był też współtwórcą legendarnej (w swoim czasie jedynej obowiązującej) radzieckiej książki kucharskiej - "Księgi o smacznym i dobrym jedzeniu".
Przyniosło to zadziwiające efekty. ZSRR się zawalił. Rosja pogodziła się z kapitalizmem (najpierw dzikim, a potem mocno państwowym). Ale - jak dowodzi Głuszczenko - akurat jedzenie jest tym elementem pamięci po komunizmie, które w dzisiejszej Rosji budzi uczucia najmniej negatywne.
@RY1@i02/2012/228/i02.2012.228.186001200.802.jpg@RY2@
Irina Głuszczenko, "Sowiety od kuchni. Mikojan i radziecka gastronomia", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu