Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Mini w wersji maksi

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Na pewno znacie to uczucie, kiedy coś wydaje się wam piękne i wspaniałe, ale gdy już wejdziecie w posiadanie tego, dochodzicie do wniosku, że gorzej nie mogliście wybrać. Najlepszy przykład - małżonek. Tuż po tym, jak w obecności pięciuset świadków powiedzieliście "tak", okazuje się łajzą, niechlujem i leniem. A gdy zastanawiacie się, gdzie podział się szarmancki, pachnący perfumami romantyk w wypastowanych lakierkach i z bukietem róż w dłoni, słyszycie, że to był chwyt marketingowy.

"Rozczarowanie" to słowo, które idealnie opisuje też problem ciuchów kupowanych przez internet i psów yorkshire terrier. Ich miniaturowe rozmiary i uroczy pyszczek sprawiają, że wyglądają słodko. Kupujecie szczeniaka, ale po przekroczeniu progu pysk mu się nie zamyka - szczeka cały czas głosem tak drażniącym, że listonosz zaczyna omijać wasz dom. Najgorsze jest to, że yorki moczą się częściej niż dwudniowe niemowlę. I tak samo jak ono w głębokim poważaniu mają to, gdzie - na kanapę, owczą skórę przed kominkiem, pilota do telewizora czy wasze spodnie.

Teraz płynnie przechodzimy do samochodów - takich, które świetnie wyglądają, ale po bliższym poznaniu zmuszają do postawienia sobie pytania: "Cholera, czemu nie kupiłem czegoś innego?". Dawniej dotyczyło to niemal wszystkich aut amerykańskich. Wyglądały obłędnie, ale wszystkie prowadziły się równie beznadziejnie, jak york na smyczy. Cadillac BTS zaczynał skręcać pół godziny po tym, jak ruszyliście kierownicą, a chrysler PT cruiser miał wnętrze wycięte z papieru technicznego.

Europejskim producentom znacznie rzadziej zdarzają się takie wpadki. A jeżeli już, to na pewno nie występuje tu tak duży dysonans między duszą a ciałem, jak w przypadku Amerykanów. Weźmy mini countryman cooper S all4, standardowe mini, które ktoś nadmuchał, dołożył mu parę drzwi i uniósł nad ziemię, dorzucając przy okazji napęd na cztery koła. Ten samochód wygląda fenomenalnie, szczególnie z pakietem John Cooper Works obejmującym m.in. białe felgi i kilka spojlerów. Oferuje również trzydzieści razy więcej miejsca we wnętrzu niż standardowe mini, przy czym utrzymano go w takim samym stylu - jest tu dużo oryginalnych przycisków rodem z boeinga 747 i prędkościomierz na konsoli środkowej o średnicy równika. A także sporo plastiku. I to jest pierwszy poważny problem tego auta - kosztujące w podstawowej wersji niemal 120 tys. zł powinno być lepiej wykonane.

Inny problem to silnik i zawieszenie. W tradycyjnym mini 184 konie są drapieżne, obezwładniające i zamiast spalin produkują adrenalinę, a jego zawieszenie wymusza regularne wizyty u stomatologa w celu uzupełnienia plomb. Dawno pokochałem ten samochód za to, że jest jak kopniak w krocze - boli, ale jednocześnie pozwala poczuć, że człowiek żyje. W countrymanie mimo identycznego silnika niczego takiego nie zaznacie. Miałem wręcz wrażenie, że momentami brakuje mu wigoru. To oczywiście kwestia znacznie większej wagi i napędu na cztery koła, tylko po co w takim razie taki silnik? Lepiej zdecydujcie się na diesla: wyjdzie rozsądniej i taniej o 10 tys. zł. Jeśli zaś idzie o zawieszenie countrymana, to mam mieszane uczucia. Z jednej strony świetnie sprawuje się na równych drogach i doskonale utrzymuje auto na właściwym torze, nawet w szybko pokonywanych zakrętach, ale z drugiej - tłumi większe dziury i nierówności równie skutecznie co taczka. W dodatku wydaje przy tym odgłosy, jakby za chwilę coś miało z niego odpaść. A skoro jesteśmy już przy wrażeniach słuchowych - przy prędkościach 130 - 140 km/h we wnętrzu auta robi się tak głośno, że po godzinie jazdy autostradą zaczynają krwawić uszy.

Na osłodę pozostaje układ kierowniczy - jest precyzyjny jak Uma Thurman w "Kill Bill". Żadne inne auto w tym segmencie nie reaguje tak spontanicznie na ruchy kierownicą i nie daje tyle frajdy z prowadzenia. Pozostaje jednak pytanie: czy tego typu auto kupuje się po to, by podniecać się śmiganiem po krętych górskich dróżkach? Nie. Do tego celu idealnie nadaje się tradycyjny mini cooper S, najlepiej okraszony dodatkowo pakietem John Cooper Works z mocą zwiększoną do 211 koni. Zaś countryman jest jak york - to samochód zabawka, którego nadrzędnym celem jest przyciągać uwagę oryginalnym, milusim wyglądem.

@RY1@i02/2012/189/i02.2012.189.18600090d.803.jpg@RY2@

@RY1@i02/2012/189/i02.2012.189.18600090d.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk, zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Łukasz Bąk

zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.