Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Antykoncepcja

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Na początku zdenerwuję wszystkich z was, którzy jeszcze nie byli na wakacjach. Ewentualnie już na urlopie byliście, ale tak dawno temu, że tego nawet nie pamiętacie. Albo spędziliście wakacje nad Bałtykiem, co oznacza, że pierwszego dnia nabawiliście się kataru, potem poparzeń słonecznych, a na koniec odkryliście, że ławica sinic uwiła sobie gniazdko w waszych kąpielówkach. Otóż piszę te słowa, leżąc na plaży na wyspie Kos. Termometr pokazuje 35 stopni, od morza wieje przyjemny chłodzący wiaterek, a barman Agis serwuje - choć jest dopiero 11 przed południem - trzecią tequilę sunrise. Gdyby ktoś szukał hotelu na greckiej wyspie, to polecam z czystym sumieniem - kameralny Ammos ze świetną kuchnią i doskonałą obsługą.

Mogę was zapewnić, że na Kos nie ma kryzysu. Ani greckiego, ani żadnego innego. Życie toczy się tu tak samo spokojnie jak za czasów Hipokratesa (ponoć nauczał w okolicy). Nie tylko turyści chronią wyspę przed kryzysem. W czasach gdy chińszczyzna zalewa Europę, tutaj nadal daje się zarobić lokalnym przedsiębiorcom - niemal wszystko, w co wyposażony jest hotel Ammos, nosi napis Made in Kos. Nawet z formuły "all inclusive" bije biznesowy nacjonalizm - wyraźnie podkreślono, że w ramach pakietu dostępne są "lokalne napoje alkoholowe". Może rozlewany rum nie smakuje jak bacardi, ale pijąc go, wspierasz lokalne firmy. I to mi się podoba. Szczególnie że takie zjawisko jest już nieobecne w branży motoryzacyjnej.

Jeździmy niemieckimi oplami z silnikami fiata wyprodukowanymi w Brazylii, japońskimi toyotami skleconymi w Turcji z części wytwarzanych pod Wrocławiem oraz koreańskimi kiami, które życie zaczęły na Słowacji. Same koncerny nazywają to globalizacją i tłumaczą koniecznością cięcia kosztów. Tyle że przy okazji pozbawia się samochody indywidualnych cech, z jakich słynęły przez laty. Co gorsza, próba popłynięcia pod prąd tym trendom kończy się katastrofą - wystarczy przywołać przykład Saaba. W zasadzie jedyną marką, której nie wyrwano brutalnie korzeni, jest Volvo. Zgadza się, szwedzka marka była w rękach Forda, teraz zarządzają nią Chińczycy, ale o jej samochodach nadal można powiedzieć, że są szwedzkie. Łącznie z najnowszym dzieckiem marki - modelem V40. To pierwszy pełnowartościowy kompakt Volvo - ma dwie pary drzwi, przyzwoitą ilość miejsca we wnętrzu, a wśród jego konkurentów znaleźli się tacy weterani rynku luksusowych hatchbacków, jak Audi A3, BMW serii 1 czy Mercedes klasy A. I V40 nie będzie miało z nimi łatwego żywota. Przede wszystkim dlatego że nie jest wykończone tak dobrze jak one - jeżeli będziecie mieli okazję, otwórzcie bagażnik i zwróćcie uwagę na tapicerkę na tylnych słupkach. To już nie kiepskie wykonanie. To niedbalstwo.

No dobra - czepiam się. Skóra na fotelach wreszcie nie sprawia wrażenia, jak w dawniejszych Volvo, jakby ściągnięto ją z wielbłąda i zapomniano wygarbować. Teraz pochodzi od krowy, jest miękka, a deska rozdzielcza sprawia wrażenie solidnej. Zamiast tradycyjnych zegarów pojawiły się monitory wyświetlające wszystkie dane (nawet z nawigacji, radia, odczyty znaków drogowych etc.). W dodatku można zmieniać ich kolorystykę i wygląd. Co najważniejsze - wszystkie te bajery obsługuje się intuicyjnie i banalnie. Do tego dochodzi idealna pozycja za kierownicą, i to bez względu na to, czy macie dwa metry wzrostu, czy urodziliście się Pigmejami. Praktyczność i wygoda - za to konserwatyści kochają Volvo.

Jeżeli chodzi o silnik, to 150-konny diesel oznaczony symbolem D3 jest optymalnym wyborem. Ma doskonałe osiągi i jest dobrze wyciszony. Ale jeżeli chcecie oszczędzać pod dystrybutorem, nie żeńcie go broń Boże z automatyczną skrzynią biegów. W mieście podnosi spalanie o ponad 1,5 litra. Dodatkowo, jeżeli wybierzecie manualną przekładnię, w kieszeni zostanie wam prawie 10 tys. zł. Możecie wydać je na to, z czego Volvo zawsze słynęło - bezpieczeństwo. To auto już w standardzie ma poduszkę powietrzną na masce, która chroni pieszego przed urazami głowy. Ale wjechanie tym autem w przechodnia zakrawa na cud, bo auto ma też czujniki wykrywające pieszych i w razie potrzeby samo przed nimi hamuje. Zresztą przed samochodami także. Kamery monitorują martwe pole w lusterkach oraz linie na drodze - V40 potrafi samo utrzymać tor jazdy między nimi. I jeszcze rozpoznaje znaki drogowe, na wypadek gdybyście wy ich nie zauważyli. Podejrzewam, że - choć głośno nikt tego nie mówi - to auto jest tak dobrze zabezpieczone, że uprawiając w nim seks, nie można zajść w ciążę.

Ale wiecie, co jest w Volvo najfajniejsze? To, że choć w ostatnich latach mocno się zaokrągliło, nadal wygląda po szwedzku - rozpoznacie je z każdej odległości, pod każdą szerokością geograficzną. Choć znacznie je unowocześniono, pozostało sobą.

@RY1@i02/2012/159/i02.2012.159.186000600.803.jpg@RY2@

@RY1@i02/2012/159/i02.2012.159.186000600.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk, zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Łukasz Bąk

zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.