Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Lego dla dużych chłopców

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Jest taka niepisana tradycja w naszym wydawnictwie, że w połowie listopada trafia do nas spora partia listów do Świętego Mikołaja napisanych przez dzieciaki z ubogich rodzin. Wybieramy po jednym, dowiadujemy się z niego, jaki prezent chciałoby otrzymać dziecko, a następnie sprawiamy mu ogromną radość.

Ja chciałem kupić prezent dziewczynce. Prawda jest taka, że chłopców na dobre parę godzin potrafi zająć wyłącznie zawartość ich majtek albo nosów, ewentualnie pusta puszka. A żeby zająć dziewczynkę, trzeba się wysilić - podarować jej książkę kucharską, zestaw do malowania na płótnie, profesjonalny strój baletnicy albo atlas nieba. A przynajmniej tak mi się wydawało do chwili, w której wziąłem do ręki list od 14-letniej Patrycji, która w szczerych słowach poprosiła Mikołaja o dres bejsbolowy. Granatowy. Wydało mi się to nieco dziwne, więc sięgnąłem po list 13-letniej Oli, która dla odmiany zażyczyła sobie czerwonego dresu bejsbolowego. Hm, nie miałem bladego pojęcia, że ta dyscyplina sportu stała się u nas tak popularna! Nie wiedziałem też, jak wygląda taki dres, a tym bardziej gdzie mógłbym go kupić. Na pewno nie na stoisku z ciuchami dla dzieci, bo Patrycja i Ola napisały, że mają po 170 cm wzrostu. Czy dzisiejszych gimnazjalistów karmi się wzbogaconym uranem?

Zdegustowany potrzebami 13-letnich dziewczynek, wygrzebałem list ich rówieśnika. I proszę bardzo - chce dostać piłkę i odtwarzacz mp3. Bo - jak prosto i szczerze wytłumaczył - lubi grać w piłkę i słuchać muzyki. I tu widać wszystkie międzypłciowe różnice ujawniające się w już tak młodym wieku: dziewczyny, żeby grać w bejsbol, w pierwszej kolejności potrzebują do tego odpowiedniego stroju. O kije, piłki i ochraniacze poproszą być może w przyszłym roku, o ile oczywiście do tej pory dresy nie wyjdą z mody. Tymczasem chłopak do gry w piłkę potrzebuje tylko piłki i kumpli. I na pewno nie będą wydzierali jej sobie z rąk, tylko zdrowo rywalizowali o nią na boisku. To nauczy ich gry zespołowej, cieszenia się z sukcesów, godzenia się z porażkami, a przede wszystkim - pobudzi w nich ambicję. Tymczasem Ola prędzej czy później zniszczy w nienawiści dres Patrycji - wystarczy najdrobniejsza sprzeczka o to, której brwi są bardziej regularne.

W tym miejscu przypomniały mi się moje mikołajowe marzenia z przeszłości - zawsze chciałem dostawać zestawy lego. Nawet dzisiaj marzą mi się wielkie zestawy serii Technics, z których samodzielnie można złożyć działający dźwig albo małą elektrownię atomową. Niestety, podejrzewam, że jestem już za ślepy na ich składanie, a do tego za bardzo trzęsą mi się ręce - po wysypaniu wszystkich części dźwigu z pudełka jednej trzeciej już nigdy nie wydłubałbym z dywanu, jedną trzecią bym połknął, a skręcając resztę, wykrwawiłbym się na śmierć przez rany powstałe na moich dłoniach.

Jest jednak firma, która produkuje zestawy lego dla dorosłych, z odpowiednio dużymi częściami - Porsche. Idąc do salonu po model 911, wyjdziecie z niego po mniej więcej dwóch tygodniach. Najpierw sprzedawca uświadomi wam, że nie ma czegoś takiego jak "Porsche 911". Jest Carrera, Carrera 4, Carrera S, a jeżeli chcecie mieć to wszystko w jednym - Carrera 4S. Tyle że to wszystko dla mięczaków. Twardziele wybierają między Turbo, Turbo S, GT3, GT2, a lanserzy między wersjami targa, cabrio, 50th Anniversary etc. Gdy po tygodniu w końcu wybierzecie właściwy model, otrzymacie od sprzedawcy książkę o rozmiarach Biblii, w której będziecie musieli zaznaczyć wszystkie interesujące was opcje. Samych obręczy kół jest tyle, że zajmują całą Księgę Rodzaju. Czerwone pasy bezpieczeństwa? Nie ma sprawy? Inne dekielki na felgach? Proszę. Wytłaczane logo na zagłówku? Jest. Kierownica zszywana niebieska nicią? Oczywiście! Opcji jest tyle, że aby sprawić sobie auto na Boże Narodzenie, powinniście zacząć je konfigurować przed Wielkanocą.

To samo dotyczy modelu Panamera. Miałem szansę pojeździć ostatnio wersją S E-Hybrid, w której same opcjonalne dodatki warte były ponad 160 tys. zł. Cała hybrydowa panamera kosztowała 700 tys. zł i - jeśli mam być szczery - znam przynajmniej miliard sposobów, w jakie te pieniądze można by spożytkować lepiej. OK, samochód jest fantastycznie wykończony. Ma też czworo drzwi, bardzo komfortowe zawieszenie i sensowny bagażnik, co czyni go idealnym środkiem transportu na co dzień. Ponadto dzięki elektrycznemu silnikowi, który można podładować w domowym gniazdku, w trybie miejskim możliwe jest osiągnięcie spalania na poziomie 5 litrów. A więc jest to doskonałe auto do dojazdów do pracy i wypadów na zakupy. No i dysponuje ponad 400 końmi mechanicznymi, dzięki czemu jest dość szybkie. Tyle że dość szybkie jak na oszczędną limuzynę do miasta, ale nie dość szybkie jak na porsche, w dodatku kosztujące 700 tys. zł.

Nabywając porsche, oczekujecie emocji, zabawy, tego uczucia, gdy żołądek przykleja się do kręgosłupa albo dotyka migdałków. W hybrydowej panamerze na nic takiego nie możecie liczyć. W trybie komfortowym jest wręcz ospała, budzi się do życia, dopiero gdy aktywujecie przycisk "sport". Ze zdumieniem odkryłem, że najlepiej podróżuje się nią na tylnej kanapie. A jechać w porsche z tyłu to trochę tak, jak wjechać na Kasprowy kolejką, napić się piwa na szczycie i wrócić. Także kolejką. W takim wypadku możecie powiedzieć, że "chodzicie po górach". Tak samo jak nie możecie powiedzieć, że "jeździcie porsche", jeżeli macie panamerę. Bardziej na miejscu jest "wozi mnie panamera". To akurat robi doskonale.

@RY1@i02/2013/231/i02.2013.231.000001300.803.jpg@RY2@

Porsche Panamera S e-hybrid

@RY1@i02/2013/231/i02.2013.231.000001300.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Łukasz Bąk

zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.