Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Rumunia tęskni za naszą miłością

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

Ignatem Timarem

@RY1@i02/2013/203/i02.2013.203.000001800.802.jpg@RY2@

mat. prasowe

Ignat Timar prezes Towarzystwa Polsko-Rumuńskiego w Krakowie

Chyba niewiele wiemy o sobie. Wydawało mi się, że Rumunia to dojrzałe państwo z tradycjami, a tu rzut oka w Wikipedię i zdziwienie: powstała dopiero w 1881 r. Jest młodsza niż Stany Zjednoczone, bo statek "Mayflower" przybił do wybrzeży dzisiejszego Plymouth już w 1620 r.

Ależ nie można patrzeć w taki formalny sposób, gdyż czym innym jest ukonstytuowanie się danego państwa, a czym innym istnienie narodu. Granice bywają rzeczą płynną, zwłaszcza tutaj, w kotle bałkańskim, gdzie na przestrzeni wieków państwa powstawały, ginęły, zmieniały nazwy i terytorium. Jeśli patrzeć na to historycznie, Rumuni są jednym z najstarszych narodów w Europie, ich istnienie można datować na 100 lat po Chrystusie. Pochodzą bowiem ze starożytnego plemienia Daków, podbitego przez Cesarstwo Rzymskie i włączonego do imperium, które tę prowincję nazwało Romania. Od tamtych czasów datuje się nasze poczucie odrębności, zaczyna się rodzić rumuńska myśl narodowa. Ale jeśli nawet brać rzecz formalnie, to pierwsze państwo Rumunia powstało już w XVII w. za Michała Walecznego z Mołdawii, Transylwanii i Wołoszczyzny. Ludy zamieszkujące tereny Karpat łączyła - prócz języka - wspólna pasterska tradycja czy umiejętność uprawy winorośli wyniesiona z czasów rzymskich. Te góry zawsze były naszym domem.

Transylwanię wydzieraliście sobie z rąk z Węgrami, ale po I wojnie światowej to wy zabraliście ten region.

Zabraliśmy? Odebraliśmy co nasze. Węgrzy, czyli Hunowie, pojawili się tutaj dopiero w X wieku, kiedy my byliśmy już od dawna.

Jest pan moim kolejnym rozmówcą z tego regionu kontynentu i nie mogę się nadziwić, ile wśród was starych, zapiekłych, sięgających setek lat urazów i wzajemnych pretensji.

To tak jak z Kargulem i Pawlakiem - największe kłótnie zawsze są między sąsiadami, gdyż żyją blisko siebie, a ich interesy często się wzajemnie wykluczają. To już leży w ludzkiej naturze, żeby zdobywać, ciągnąć jak najwięcej do siebie. A potem następuje rozliczanie krzywd: my zabraliśmy, ale wy zabraliście nam więcej. A w Polsce to inaczej: płaczecie za swoimi Kresami, ale już Ziemie Odzyskane to się wam słusznie należały, prawda?

Zgadzam się, że tam, gdzie w grę wchodzą interesy państw, dominuje moralność Kalego. Kali zabrać krowę - super, brawo. Ale jak jemu wezmą - łapaj, trzymaj, huzia na złodzieja. Niemniej fakt pozostaje faktem: granice są czymś umownym i wojenna zawierucha znów może je zmienić, a żadne podpisane pakty nie pomogą. Liczy się siła.

Dla mnie podręcznikowym przykładem była Jugosławia, kiedyś silne, duże, zjednoczone państwo. Do czasu, kiedy był ktoś, kto silną ręką je w kupie trzymał. Potem górę wzięły nacjonalizmy. W każdym państwie tak różnorodnym kulturowo musi dochodzić do konfliktów. Zazdroszczę Polakom, że mają takie jednolite państwo: jeden naród, bez dużych, mających znaczenie, mniejszości narodowych, jedna dominująca religia, jeden język. To idealny układ, bo żyjące obok siebie różne grupy muszą powodować silne konflikty. Niestety, Rumunia jest wieloetniczna i choć nauczyliśmy się wzajemnie tolerować i szanować, jest to jednak potencjalnie niebezpieczne.

Do dziś kraj jest podzielony na część madziarską, gdzie dominuje język węgierski, z Oradeą, czyli Nagyvarad na czele. I rzymską, albo może raczej bałkańską, z przepiękną Konstancą. Regiony te różnią się nie tylko językiem czy zwyczajami, ale także cywilizacyjnie.

Wiem, co ma pani na myśli: zaraz usłyszę, że część węgierska to większy porządek, większy rozwój, a reszta to bieda i bałagan. Ale zostańmy przy tych dwóch miastach, żeby spróbować to zrozumieć. Oradea to miasto podgórskie, na północy, łączące Rumunię z Węgrami. Z kolei Konstanca to port na południu Europy, ze swoim kolorytem, pewną leniwością życia przynależną gorącemu klimatowi, niezliczonymi knajpkami, zabytkami. W Oradeę wiele inwestowano, jeszcze za czasów komuny - wiadomo, graniczne miasto, przez które przewiną się wszyscy turyści wjeżdżający do kraju od północy, trzeba się więc pokazać. Konstanca była na uboczu, może dlatego, że trudno się było do niej dostać, dla mieszkańca gór leżała na końcu świata - dopiero teraz zbudowano autostradę łączącą Bukareszt z tym miastem. Mnóstwo pieniędzy zainwestowano też ostatnio w port, co ma sprawić, że gospodarka ruszy i miasto nie będzie skazane tylko na usługi i na pieniądze, które zostawią w nim letni turyści.

To tak jak z naszymi nadbałtyckimi miejscowościami: dwa, trzy miesiące sezonu, a potem cisza.

U nas, gdy Bukareszt zaczyna urlopy, tłum rusza na wybrzeże i trudno znaleźć miejsce w hotelu. Ale teraz rozpoczęła się budowa turystycznej infrastruktury, będzie można przyjąć więcej osób. Mam nadzieję, że Polacy także przyjadą.

Już jeżdżą, sama znam kilka osób zauroczonych Rumunią, które nie wyobrażają sobie wakacji poza waszym krajem. I odkrywają rzeczy, które nas łączą. Na przykład to, że mieliśmy króla rodem z Rumunii. Całkiem zresztą udanego, bo np. opóźnił ekspansję rosyjską co najmniej o wiek.

To miło, że pani wie, iż Stefan Batory urodził się na terenie dzisiejszej Rumunii, a konkretnie w mieście Simleu Silvaniei w Siedmiogrodzie, który przechodził w tamtych czasach z rąk do rąk. Większość moich polskich znajomych była bowiem przekonana, że był on Węgrem. Rozmawiałem nawet z władzami miasta, żeby utworzyć taką polsko-rumuńską fundację imienia króla Batorego (nie należy mylić z istniejącym już w Warszawie think thankiem), która zajmowałaby się upowszechnianiem wiedzy o naszych narodach, wymianą kulturalną, dzieci szkolne mogłyby się nawzajem odwiedzać. Zależy mi na zbliżeniu naszych państw, ponownym, bo przecież kiedyś byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni.

A teraz już nie?

Przykro mi, bo wy trzymacie tylko z Węgrami - wiadomo, bratankowie - a z nami jakoś nie za bardzo chcecie gadać. Ta nasza wzajemna obcość zaczęła się po II wojnie światowej, bo przecież wcześniej, kiedy jeszcze graniczyliśmy ze sobą, byliśmy nawet czymś więcej niż sojusznikami. Jednak Rosji i Niemcom było to nie na rękę - związek dwóch silnych państw, sprzymierzony pas ziem od Morza Czarnego do Bałtyku - więc Stalin z Hitlerem robili wszystko, aby to zniszczyć i nas rozdzielić.

Tak, wiem. Zawiązaliśmy choćby wspólny front antysowiecki.

Dwudziestolecie międzywojenne to były najlepsze lata naszej współpracy. Nasz król jeździł często do Warszawy, marszałek Piłsudski siedział w Bukareszcie. Wie pani, ja w ogóle jestem przekonany, że powinien być ścisły sojusz krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Oddzielnie każdy z nas jest mały, razem już sprawa wygląda całkiem inaczej.

Takie próby były i wciąż są czynione, ale niewiele z tego wychodzi. To tak, jak wcześniej mówiliśmy - rozbieżne interesy sąsiadów. Rumunia w latach 30. XX w. też znalazła się w innym obozie niż Polska - przeszła na stronę Hitlera.

Ale, paradoksalnie, była jedynym państwem, które wam pomogło, kiedy Niemcy was zaatakowali. To do Rumunii - a nie do Francji ani Anglii - uciekł polski rząd, cała polityczna elita: Mościcki, Beck, Sikorski. Do nas przeszło wasze wojsko, nawet złoto ze skarbca II RP. Inni się bali, a mała Rumunia nie. Ale o tym dziś już nikt nie pamięta. 17 września, w rocznicę napaści ZSRR na Polskę, co roku się o tym mówi, wspomina. Ale już o tym, że to mój kraj otworzył przed wami drzwi - już nie. I to boli.

Może rzecz w tym, że pamięć krzywdy, jakiej doznaliśmy od Sowietów, jest silniejsza niż poczucie wdzięczności wobec Rumunii. Więc wspominamy to złe.

Chciałbym jeszcze wyjaśnić, dlaczego Rumunia znalazła się po niemieckiej stronie. Ze strachu. W 1940 r. Stalin zagroził nam: albo oddajecie ZSRR Besarabię, albo wchodzimy. Nie chcieliśmy się godzić ani na jedno, ani na drugie, więc naturalnym sojusznikiem wydawały się Niemcy. Zwłaszcza że były między nami związki kulturowe, nasz król pochodził z dynastii Hohenzollernów. Jest jeszcze jedna sprawa - w przeciwieństwie do was, Polaków, nie mamy natury bohaterów, zamiast walczyć i ginąć, wolimy się dogadać. Ale was bardzo podziwiamy za waszą odwagę.

I może ten ugodowy charakter sprawił, że za czasów komuny mieliście najbardziej opresyjny reżim w całym bloku. Kiedy Węgrzy czy Polacy się burzyli, robili powstania czy strajki, w Rumunii panował spokój.

Bo całe państwo, wszystkie jego instytucje, z wymiarem sprawiedliwości na czele, podporządkowane były komunistycznej partii i kontrolowane przez straszną policję polityczną - Securitate. Wy tego nie wiecie, ale przed epoką Nicolae Ceausescu mieliśmy od 1947 r. rządy Gheorghe Gheorghiu-Deja. Ceausescu objął stery dopiero w 1965 r. i trzymał je mocno przez 25 lat. Ćwierć wieku rządów jednego człowieka, w żadnym z państw bloku wschodniego tak nie było. Ścierały się interesy różnych grup partyjnych i frakcji, następowały zmiany rządów, a wraz z nimi popuszczanie dyscypliny i łagodzenie represji. U nas nie. Każdy, kto choćby pomyślał coś przeciwko władzy, znikał. Dobrze, jeśli w więzieniu, bo mordy polityczne były na porządku dziennym. Securitate, nasza bezpieka, zabijała opozycjonistów także za granicą. A ile się zdarzyło "nieszczęśliwych wypadków"... Ale im bardziej się straszy ludzi, tym mniej się oni boją. Im bardziej dociska do ściany, tym groźniejsi się robią, bo nie mają gdzie uciec.

Ceausescu był nie tylko tyranem, lecz także dość umiejętnie grał pomiędzy Moskwą a państwami Zachodu. Jego odmowa udziału w tłumieniu Praskiej Wiosny w 1968 r. sprawiła, że państwa demokratyczne zobaczyły w nim potencjalnego sojusznika i do Rumunii poszły miliony dolarów kredytów.

Jemu marzyła się niezależna polityka, a mógł sobie pozwolić na taki ruch, jak odmowa wysłania wojsk do Czechosłowacji, bo u nas nie stacjonowała Armia Czerwona, a Rosja była zajęta gdzie indziej. Rumunia nie była dla niej aż tak ważna. A pieniądze się przydały: dzięki nim kraj ruszył z gospodarką z kopyta, wybudowano m.in. fabrykę Dacii, zainwestowano w turystykę i przemysł, bo wcześniej Rumunia była tylko rolnicza.

A wasz satrapa pobudował sobie pałace. Ten w Bukareszcie jest wielki niemal jak piramida w Gizie.

To drugi budynek na świecie po amerykańskim Pentagonie. Miały być symbolem siły Ceausescu i potęgi Rumunii. Mnóstwo więźniów politycznych zginęło przy jego budowie. Tak samo, jak przy budowie kanału mającego połączyć Dunaj z Morzem Czarnym. Ceausescu nie był jednak jedynym w historii krwawym tyranem z wielkimi ambicjami architektonicznymi.

Kiedy przyszła demokracja, naród rumuński załatwił się z nim i jego żoną w sposób bezkompromisowy. Sąd wojskowy wydał 25 grudnia 1989 r. na oboje wyrok śmierci, który natychmiast wykonano - przez rozstrzelanie. W innych krajach, jak choćby w Polsce, podzielono się władzą z byłymi komunistycznymi kacykami. Jednak do dziś wśród Rumunów nie ma zgody co do tego, czy wyrok na Ceausescu jest powodem do wstydu, czy do dumy.

Ja patrzę na to w dwóch aspektach. Pierwszy jest pragmatyczny: gdybyśmy osadzili Ceausescu w więzieniu, nie wiadomo, jak by się nasza rumuńska rewolucja skończyła i czy nie pochłonęłaby więcej ofiar. Bo jestem przekonany, że znaleźliby się jego stronnicy, którzy chcieliby go odbić, co doprowadziłoby do wojny domowej. A tak wraz z ich śmiercią zakończyliśmy pewien etap w historii. Ale jest druga rzecz - wiele spraw zostanie niewyjaśnionych, bo te tajemnice zabrali ze sobą do grobu. Więc tylko tego mogę żałować. I tego, że poprzestano na rozstrzelaniu dyktatora i jego żony, a nie wyczyszczono do końca starego układu. Teraz, abyśmy stali się normalnym, demokratycznym krajem, muszą minąć pokolenia. Choć ten proces następuje. Dla młodzieży te komunistyczne zaszłości są niemal tak odległe, jak historia Daków. Kiedyś organizowaliśmy wystawę fotograficzną "Rumunia w czasach komuny". I pewien student powiedział mi: to nie jest mój kraj, moja Rumunia. Ja się urodziłem w 1990 r. i jestem dzieckiem McDonalda, a nie pustych sklepów, kolejek i prądu wyłączanego zaraz po wieczornych wiadomościach.

Teraz macie całkiem inne problemy. Ten, o którym najgłośniej w Europie, to Romowie. Że dużo ich, że biedni, a w dodatku dyskryminowani.

Cyganie - bo oni tak o sobie mówią, a z "Romów" się śmieją - są także w Słowacji i na Węgrzech, ale u nas ich jest najwięcej. Ilu, tego nikt nie wie, bo trudno ich policzyć, a nie mają w zwyczaju np. rejestrowania w urzędach stanu cywilnego swoich dzieci. Oficjalnie ponad 2 proc. społeczeństwa, ale na pewno więcej. Za komuny, kiedy wszyscy byli trzymani za pyski twardą ręką, Cyganie musieli się osiedlić, posyłać potomstwo do szkół, pracować. Teraz niczego nie muszą, więc nic nie robią, bo w demokratycznym państwie nie można nikogo zmuszać. A że oni wolą żyć po swojemu - wędrować, śpiewać i żebrać, niż pracować - to wszyscy mamy problem. Są biedni, bo nie mają wykształcenia, to takie błędne koło. Jednak nasi Cyganie, wraz z akcesją Rumunii do UE, stali się problemem całej Unii. Bo z biednego kraju ruszyli falą na bogaty Zachód. Przecież są Europejczykami, więc nie można im zabronić, prawda? Lubią osiedlać się w krajach Europy Południowej, bo tam ciepło. Ale nie gardzą też Francją. A gdzie przyjadą - sama pani wie - powstają całe wioski.

Boję się, że to może brzmieć nieco rasistowsko.

Dlaczego mówienie prawdy ma być lepsze niż kłamanie w imię poprawności politycznej? Ja się tylko trzymam faktów. Ci, którzy twierdzą inaczej, to hipokryci. Opowiem taką historię: tak się jakoś złożyło, że w trakcie negocjacji akcesyjnych między Rumunią a Unią pojawił się pomysł, aby Cyganów w unijnym prawodawstwie nie nazywać Cyganami, ale właśnie Romami. Bo wtedy można ich związać z Rumunią. I tak się stało. Kiedy po naszym wejściu do Wspólnoty Cyganie ruszyli zdobywać Paryż, Francuzi dostali szału. Oni mają dość kłopotów ze swoją mniejszością arabską, a tu w sercu ich stolicy zaczęły powstawać całe wioski z dykty i kartonów, poprzytulanych do sieci ciepłowniczej. A na ulice wyległy żebrzące kobiety z dziećmi. Pozbierali więc tych wszystkich Cyganów, wsadzili do samolotu i wysłali do Rumunii. Więcej ich przysłali, niż od nas wyjechało, bo wzięli wszystkich, nie tylko naszych. Ale zrobili błąd, bo każdemu deportowanemu dali kieszonkowe - 300 euro na głowę. Więc nietrudno się domyślić, że ledwie deportowani wylądowali na rumuńskiej ziemi, już zaczęli myśleć, jak wrócić do Francji. Bo może znów im pieniądze dadzą. Czytałem w internecie, że Sarkozy, bo to było jeszcze za jego prezydentury, dzwonił do naszego prezydenta, prosząc: Weźcie sobie ich. Ale mamy wspólną Unię. My mamy wasze sieci handlowe, wasze banki, to wy miejcie też naszych Cyganów.

Może dlatego teraz macie kłopot z tym, aby wejść do strefy Schengen.

Pewnie tak. Ale i dziś nic nie powstrzyma tej romskiej migracji: jeśli tylko mają paszporty, mogą jechać, gdzie chcą. Poza tym wcale bym się nie upierał, że wejście do strefy byłoby dziś korzystne dla Rumunii. Obawiam się, że całe regiony nadgraniczne zostałyby zagrożone bezrobociem, bo wiązałoby się to z likwidacją przejść i odesłaniem na emerytury służb mundurowych. Tak samo było w Polsce.

Rumunia jest teraz w ekonomicznym dole i już drugi raz musiała prosić UE o pomoc finansową. Cięcia i oszczędności, jakimi było to obwarowane, zostały przez opozycję okrzyknięte socjalnym ludobójstwem. Drastycznie podniesiono VAT, pensje w administracji spadły za to o jedną czwartą.

To się zdarzyło trzy lata temu, ale nie mieliśmy wyjścia, bo kraj znalazł się na skraju bankructwa. Jednak muszę przyznać, że stało się tak niejako na nasze własne życzenie. Wy zaraz po transformacji mieliście swojego Balcerowicza i przeprowadziliście trudne, acz niezbędne reformy. My nie. Zachłysnęliśmy się wolnością, a pieniądze zaczęliśmy przejadać. I kiedy przyszedł światowy kryzys, sytuacja zrobiła się poważna. Na to wszystko nałożyła się masowa emigracja młodych ludzi za granicę, co oznacza brak pieniędzy na emerytury. Skumulowało się kilka spraw, ale mam nadzieję, że jak już wzięliśmy się do reform, to uda się gospodarkę wyprowadzić na spokojne wody. Najważniejsze, że zmienia się mentalność ludzi. Na przykład na korupcję, z której Rumunia była znana, dziś nie ma już społecznego przyzwolenia. Podobnie jak na nepotyzm. Co nie znaczy, że ich nie ma, ale społeczeństwo zrozumiało, że jest to coś złego, co opóźnia nas w rozwoju.

Uff, poważnie się zrobiło. Porozmawiajmy więc może na lżejsze tematy. Choć nie wiem, czy do takich można zaliczyć język rumuński - przedziwny, nie do zrozumienia przez sąsiadów Słowian.

To język romański, wzięty od Rzymian, ma w sobie wiele z łaciny. Choć można w nim zaobserwować także wpływy słowiańskie, gdyż przez wieki żyjemy wśród Słowian. Przez pewien czas pisaliśmy nawet cyrylicą. Specyficzne jest też w nim to, że z obcych języków implementujemy całe słowa, zamiast szukać ich odpowiedników w naszym. Gramy w football, nie w piłkę nożną, w volleyball zamiast w siatkówkę. Wiele mamy też zapożyczeń z francuskiego, co związane jest z migracją naukową w XIX w. Jesteśmy krajem romańskim z prawosławną religią. A wy krajem słowiańskim z rzymskokatolicką. Czyż to nie paradoks?

Owszem. Ale nie mamy swojego wampira, a wy tak, czego zazdroszczę.

Vlad Palownik, zwany Drakulą, był wołoskim hospodarem żyjącym w XV w. i krwawym mordercą. Ale mordował głównie tych, którzy najeżdżali na nasze ziemie, np. Turków, żeby ich zniechęcić do takich zbrojnych eskapad. Więc w jakiś sposób się ojczyźnie przysłużył. I robi to dziś, bo wielu turystów z zagranicy przyjeżdża do Rumunii ze względu na niego.

I są rozczarowani, kiedy okazuje się, że nie żywicie się krwią, lecz mamałygą.

Nasza kuchnia jest - jak to w tej części kontynentu - bardzo eklektyczna. Na przykład jedna ze sztandarowych potraw to mititei, takie podłużne kotleciki robione z trzech rodzajów mięsa - wieprzowiny, baraniny i wołowiny, doprawione czosnkiem, papryką i kminkiem, które smaży się na grillu. Każdy kraj na Bałkanach ma swoją odmianę tego dania. Jak to na Południu, dużo jest potraw z pomidorami i papryką. Sporo chleba. Moja ulubiona potrawa to gołąbki, z tym że u nas robi się je zimą z kiszonej kapusty. Bo kisimy całe głowy, wydrążając głąb i zasypując otwór solą, a potem upychając głowy w beczce. Są jeszcze czorby, czyli gęste zupy. Nie można zapomnieć o fasoli - używamy jej nie tylko do zup, ale też w postaci pure jako dodatek do dań głównych. I ciekawostka: soja. Nauczyliśmy się ją przyrządzać i jeść za komuny, kiedy brakowało mięsa. Teraz okazuje się, że to zdrowe i w ogóle trendy. A na deser papanasi gogoszi - serowe pączki podawane z konfiturą i kwaśną śmietaną.

A wszystko popite fantastycznym winem.

Wino mamy wspaniałe, w końcu mamy tysiącletnią tradycję winiarską i naprawdę umiemy je robić. Na wsiach przy każdym gospodarstwie jest winnica. Ale nie można zapominać o śliwowicy, w zależności od regionu zwanej cujką, palinką albo rakiją. Ale wszędzie smakuje tak samo dobrze.

Gdyby miał pan w skrócie wyjaśnić, jaki jest typowy Rumun, to jakich słów by pan użył? Bo ja nie potrafię znaleźć jakiegoś prostego stereotypu.

To nie jest łatwe. Sam pochodzę z gór, z północy - zawsze byliśmy kojarzeni jako ludzie twardzi, ale weseli, skorzy do zabawy. Jednak żeby zebrać te nasze cechy narodowe w całość... Powiedziałbym tak: chłop, gospodarz, człowiek, który ciężko pracuje, nie ma wiele, ale zawsze chętnie podzieli się z innymi, bo wie, jak smakuje bieda i nieszczęście. Otwarty, życzliwy, gościnny.

Ale jak ktoś mu zagrozi, to nie zawaha się użyć pala.

No właśnie.

Rumuni, choć żyją w kraju wieloetnicznym, nauczyli się wzajemnie tolerować i szanować. Ale Cyganie to już nie nasz problem, tylko Unii Europejskiej - mówi Ignat Timar

@RY1@i02/2013/203/i02.2013.203.000001800.103.jpg@RY2@

Shutterstock

East News

Vlad Palownik, zwany Drakulą, był wołoskim hospodarem żyjącym w XV w. i krwawym mordercą. Dziś wielu turystów z zagranicy przyjeżdża do Rumunii ze względu na niego

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.