Na efekt wow musisz poczekać
W sklepach obuwniczych pojawił się nowy model marki Converse - Well Worn. Normalnie ta informacja zainteresowałaby mnie na równi z doniesieniami o wprowadzeniu na rynek rewolucyjnego modelu piekarnika. Ale tym razem jest inaczej, ponieważ z materiału prasowego dowiedziałem się, że "inspiracją nowej linii conversów były... same conversy - tylko te znoszone, wytarte i lekko przybrudzone". To oznacza, że well worny wyglądają, jakbyście chodzili w nich bez przerwy od czasów Pierwszej Komunii Świętej, przy czym zapłacić za nie musicie kilkukrotnie więcej niż za nowe trampki. Autentycznie ciekawi mnie, czy te tenisówki mają jeszcze zapach chińskiej gumy, czy już - dla podniesienia ich wartości - skarpet hipstera.
Nie wiem, kto z Converse’a wpadł na ten genialny pomysł, ale śmiem podejrzewać, że jest bezdomny. Twierdzi bowiem, że "znoszone trampki lepiej prezentują się na nogach niż te błyszczące, pachnące nowością". Oczywiście! Zniszczone i podarte dżinsy też prezentują się lepiej niż nowe. A jeszcze lepiej, jeżeli wytarzacie się w nich w gnojowicy, a następnie zachlapiecie je celowo farbami - wtedy nikt nie nazwie was brudasami, tylko artystami.
Chcecie być oryginalni? Noście majtki, które wyglądają, jakbyście nie zdejmowali ich od czasów matury. Krawaty? Proszę bardzo, ale pamiętajcie, że im więcej na nich plam po majonezie, tym lepiej. Podczas deszczu musicie spacerować w takich płaszczach i kaloszach, żeby wszyscy myśleli, że zamierzacie łowić ryby na środku Marszałkowskiej. Słyszałem, że Dolce & Gabbana opracowuje perfumy o zapachu kurzu i błota, Casio lada chwila wypuści na rynek zegarek z kukułką, a Samsung i Sony zrywają z płaskimi jak kartka papieru telewizorami - ich najnowszych oldskulowych modeli nie powiesicie na ścianie. Będą tak duże i ciężkie, że w miejscu, gdzie zechcecie je postawić, będzie musieli uprzednio wzmocnić strop. A wszystko po to, abyście w oczach znajomych wyglądali na modnych.
Ciekaw jestem, który producent samochodów jako pierwszy zdecyduje się uszczęśliwić hipsterów. Auto, jakie zaprojektuje, obowiązkowo powinno mieć gaźnik zamiast wtryskiwaczy, autentyczną rdzę na nadkolach, podartą tapicerkę na fotelach, ślady mchu w bagażniku, a także zapach naftaliny we wnętrzu. Do takiego obrazka świetnie pasuje - ze względu na nazwę - marka Oldsmobile (dobry moment na jej reaktywowanie!), zaś najmniej - japoński Lexus. Jemu przyświeca zupełnie inny cel - projektuje auta tak, aby nawet po wielu latach użytkowania wyglądały na świeże i pachnące. Klasa S Mercedesa, BMW serii 7 czy Audi A8 wyprodukowane w 2006 r. wyglądają już zwykle na nadszarpnięte zębem czasu, tymczasem Lexus LS z tego okresu prezentuje się, jakby wczoraj zjechał z taśmy produkcyjnej.
Jeżeli teraz kupicie nową generację tego modelu, nawet za pięć lat nie będzie widać po niej śladów zużycia. Dlatego że własnoręcznie zrobili ją Japończycy, co widać w każdym zakamarku auta. Gdzie nie zajrzycie - czy do wnętrza, czy pod maskę, czy do schowka na rękawiczki - odniesiecie wrażenie, że LS-a nie składali zwykli mechanicy, tylko zegarmistrzowie. Oni też prawdopodobnie opracowali układ napędowy i zawieszenie. W wersji hybrydowej oznaczonej symbolem 600h macie do dyspozycji osiem cylindrów wspomaganych przez silnik elektryczny - łącznie produkują 445 koni. Sama ich liczba nie jest jednak tak imponująca, jak sposób, w jaki zabierają was w podróż. Wciskacie pedał gazu w podłogę, nic nie słyszycie, nic nie czujecie, nic się nie dzieje, a okazuje się, że po 6 sekundach jedziecie już setką. W zasadzie znam tylko jeden środek transportu, który tak wspaniale, bezkompromisowo łączy komfort z szybkością - pierwsza klasa w Lufthansie. Choć w niej jest znacznie głośniej niż w LS-ie.
Obawiam się jednak, że pomimo tych oczywistych zalet LS-owi trudno będzie godnie stawić czoła niemieckim konkurentom. Przynajmniej w Polsce, gdzie tego typu samochody często kupuje się po to, aby wywołać u innych efekt wow. Tymczasem LS takiego efektu nie daje. Możecie pomalować go na różowo, a i tak nikt nie zwróci na niego uwagi. Nie rzuca na kolana ani stylistyka nadwozia, ani wnętrza, a już na pewno nie widać po nim pół miliona złotych, jakie trzeba zapłacić za wersję 600h. Żeby naprawdę docenić to auto, trzeba się nim przejechać. Po paru kilometrach na autostradzie będziecie wiedzieli, że jest klasą samą dla siebie. A gdy się zestarzeje, będziecie mogli sprzedać go jako nowy i nikt się nawet nie pokapuje. Zupełnie jak conversy - dziś możecie sprzedać swoje stare, znoszone trampki w cenie nowych.
@RY1@i02/2013/095/i02.2013.095.00000190a.805.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/095/i02.2013.095.00000190a.806.jpg@RY2@
Łukasz Bąk zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Łukasz Bąk
zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu