Teleportacja
Chcesz się liczyć na rynku, być szanowany przez konkurentów, podziwiany przez klientów, osiągać sukcesy? Bezwzględnie musisz mieć wizytówkę swojej firmy - coś, co przyćmi wszystkie dotychczasowe produkty, jakie zeszły z taśm fabryk. Rzecz oryginalną, dopracowaną, obmyśloną w najmniejszych szczegółach, obrazującą twoje możliwości. Oraz tak absurdalnie drogą, aby nikt o zdrowych zmysłach nie zechciał jej kupić.
Liczący się producenci telewizorów specjalizują się w modelach za 2-3 tys. zł, ale każdy z nich ma model kosztujący co najmniej 30 tys. zł o przekątnej ekranu równej piłkarskiemu boisku. Czy to ma sens? - Żadnego. Ale my, inżynierowie, musimy pokazać, na co nas stać, a klienci, że ich stać na nas - usłyszałem kiedyś od przedstawiciela pewnej firmy produkującej aparaty fotograficzne. Prezentował mi model za 50 tys. zł, ale uważam, że uwieczniona nim krowa była tylko nieznacznie ładniejsza od tej, którą uchwyciłem na zdjęciu za pomocą swojego smartfona kupionego za złotówkę. Zatem z pewnością nie warto wydawać 49 999 zł tylko po to, aby łaciatej nie wyszły czerwone oczy.
Zasada "produktowej wizytówki" dotyczy wszystkich rzeczy bez wyjątku - komputerów, lodówek, telefonów, sprzętu sportowego, a nawet bielizny, płytek do łazienki oraz farb pokojowych. To nie żart! Nie dalej jak tydzień temu dowiedziałem się, że ciecz do kolorowania ścian i sufitów może kosztować 300 zł za litr! Co czyni ją tak drogą i wyjątkową? Sprzedawca twierdził, że jest "innowacyjna", bo ma teflon czy coś tam, doskonale kryje i fantastycznie się rozprowadza. Świetnie. To teraz czekamy na innowacyjne chusteczki higieniczne - mają wysmarkiwać nosy osiem razy skuteczniej niż dotychczasowe oraz być obszywane nićmi utkanymi przez pająki z Madagaskaru.
Jedyne wady superfarby oraz superchusteczek, jakie przychodzą mi do głowy, są takie, że trudno się nimi pochwalić. Gdy zaprosicie do swojego świeżo wyremontowanego domu gości i oznajmicie im, że samo pomalowanie salonu kosztowało was tyle, co samochód, uznają was za idiotów, odmówią pozostania na kolacji, nie spuszczą po sobie wody w toalecie, a później wykasują wasz numer ze swojej książki telefonicznej. Identyczne w skutkach byłoby pochwalenie się, że do wytarcia nosa używacie kawałka papieru wartego tak dużo, że taniej i rozsądniej wychodzi wysmarkanie się bezpośrednio w stuzłotowy banknot.
Są jednak rzeczy wizytówki, którymi nie trzeba się słownie przechwalać, bo kłują w oczy bardziej niż pomarańczowa farba w salonie. Co więcej, jako ich posiadacze nie zostaniecie uznani za gburów, kretynów czy złodziei, lecz za ludzi sukcesu, którym doskonale powodzi się w pracy, w łóżku, w kuchni, a nawet pod prysznicem. Należy do nich między innymi nowe BMW 650i Gran Coupe. To flagowe, popisowe dzieło inżynierów z Monachium i jednocześnie samochód, który robi kolosalne wrażenie. Czym? Hm... wszystkim. Tym, jak wygląda, jak jeździ, jaki komfort gwarantuje, jak jest wykonane, jak się prowadzi. Jestem pewien, że za pomocą tego modelu BMW postanowiło opuścić tradycyjną klasę premium i wjechać na terytorium zarezerwowane do tej pory dla bentleya. A przy okazji rozjechało porsche panamerę.
Rzecz jasna samochód, którego rzeczywista cena bez trudu może przekroczyć 600 tys. zł i który dysponuje zastępem 450 koni, musi dobrze jeździć, obezwładniająco szybko przyspieszać i ogólnie budzić respekt. Ale w przypadku 650i największym zaskoczeniem jest sposób, w jaki się to odbywa. Nie ma tu wyjącego silnika, szarpiącej skrzyni, brutalności znanej ze sportowych aut. Cała moc jest przenoszona na asfalt z taką elegancją, z takim spokojem i z takim wyrafinowaniem, że w zasadzie jedynym środkiem transportu mogącym konkurować z BMW jest teleport.
Szczerze mówiąc, na początku byłem trochę zaskoczony tą "grzecznością" 650i. I wtedy zacząłem szukać jakiegoś magicznego przycisku, który uwolniłby prawdziwą duszę BMW. Znalazłem go koło hamulca ręcznego. Utwardził zawieszenie, zmienił pracę skrzyni biegów, wspomagania kierownicy i reakcję silnika na dodanie gazu. W takich warunkach przyspieszenie zdarło mi skórę z twarzy, a trakcja okazała się tak fenomenalna, że na zakrętach czułem, jak nerki przywierają mi raz do jednego, raz do drugiego boku.
Jakieś wady? Owszem. Na przykład rozmiar wtryskiwaczy - mają średnicę rurociągu jamalskiego. Podczas dynamicznej jazdy przepływa przez nie średnio 17-18 litrów benzyny, a gdy uprawiacie ekodriving - 12-13 litrów. Ale ekonomiczna jazda "szóstką"? Równie dobrze pilotom myśliwców można by nakazać latanie 50 km/h. Czy bym je kupił? Nie. Wolałbym tańszy mniej więcej o połowę model 5 GT, bo wygodniej się do niego wsiada i ma więcej miejsca. To znak, że się starzeję.
@RY1@i02/2013/067/i02.2013.067.00000130a.803.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/067/i02.2013.067.00000130a.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk, zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Łukasz Bąk
zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu