Orlando Magic
Kompletnie nie rozumiem fascynacji piłką nożną. Moim zdaniem to sport uprawiany przez zniewieściałych mięczaków, którzy nie pojawią się na boisku, jeżeli wcześniej nie odwiedzą trzech miejsc: fryzjera, manikiurzystki i studia wizażu. Kiedy wyjeżdżają na zgrupowanie, 95 proc. czasu spędzają w jacuzzi, basenie i na depilowaniu miejsc intymnych. Po paru dniach takiego nieludzkiego wysiłku wsiadają do swoich sportowych bmw, audi oraz mercedesów i wracają do domów, gdzie już czekają na nich zamówione modelki.
Na boisku jest jeszcze gorzej - przez półtorej godziny 22 spoconych lalusiów biega po skoszonym trawniku za nadmuchanym kawałkiem skóry. Kopią się po kostkach, szarpią za koszulki, ciągną za włosy i wkładają palce do oczu. A gdy któryś upadnie, od razu łapie się za krocze i zaczyna płakać. Wtedy jedna połowa jego kolegów biegnie na skargę do sędziego, a druga połowa - do szatni poprawić fryzury. Na miłość boską, przecież nawet przeciętna kobieta na bieżni ma więcej testosteronu niż wy, panowie! Szczerze mówiąc, dziwię się, że Adidas czy Nike chcą jeszcze z wami współpracować. Znacznie lepiej wyglądalibyście na boisku w obcisłych spodenkach Dolce & Gabbana i zamszowych butach od Ralpha Laurena.
Wydaje mi się jednak, że wiem, jak zamienić naszych piłkarzy w prawdziwych twardzieli. Zanim wybiegną na trawę, przynajmniej przez kilka miesięcy powinni pograć w NBA, NHL albo NFL. Dla niewtajemniczonych są to amerykańskie ligi koszykówki, hokeja i futbolu amerykańskiego. We wszystkich nich grają ludzie, którzy płakali w życiu tylko raz - na oddziale położniczym, gdy przyszli na świat. To prawdziwi faceci - silni, odważni, pewni siebie. Może czasami brakuje im piątej klepki, ale - przyznajcie sami - czy zdrowy rozsądek, pacyfizm i kultura osobista są tym, czego oczekujecie, siadając na trybunach bądź przed telewizorem? Tak myślałem...
No więc teraz przedstawię wam koszykarza w wydaniu na kołach. Nazywa się Chevrolet Orlando i pochodzi z Korei, choć korzenie ma amerykańskie. Albo odwrotnie. Sam już nie wiem, więc spróbujcie pojąć to sami - parę lat temu Chevrolet kupił koreańskie Daewoo i właśnie w tamtejszej fabryce powstaje Orlando. Jest zatem amerykańskim koreańczykiem czy koreańskim amerykaninem?
Jestem za to pewien, że auto zbudowano z myślą o Amerykanach. Dowodzi tego choćby jego maksymalna ładowność przekraczająca 630 kg. Oznacza to, że Orlando może podróżować nawet dwójka dorosłych obywateli Stanów Zjednoczonych, i to bez obaw, że samochód pęknie na pół na najbliższym skrzyżowaniu. A jeżeli ważą znacznie mniej niż przeciętna dla USA, to Chevrolet zmieści ich nawet siedmioro, bo w podłodze bagażnika ma schowane dodatkowe dwa fotele. Gdy ich nie potrzebujecie, do bagażnika wejdzie prawie 460 litrów pakunków, co jest zadowalającym rezultatem. Nikt nie będzie również narzekał na ilość miejsca na przednich fotelach czy tylnej kanapie. To zasługa stylistów Chevroleta, którzy projektowaniu Orlando poświęcili dokładnie dziesięć sekund: na kartce papieru naszkicowali prostopadłościan, a następnie dorysowali do niego koła, światła, szyby, klamki i lusterka. Nie ma co się oszukiwać - Orlando nie grzeszy urodą, ale pod względem przestronności i praktyczności nie można mu niczego zarzucić. W dodatku sprawia wrażenia zbudowanego solidnie i porządnie jak Shaquille O’Neal*. Może elementy jego wnętrza nie zostały wyprodukowane z materiałów pierwszego sortu, ale nic nie skrzypi, nie odpada i nie drażni.
Jeżeli chodzi o silnik, skrzynię biegów i zawieszenie - wszystko to pochodzi z niemieckiego Opla. A to daje nie tylko gwarancję trwałości, lecz również sprawności. Motor o pojemności 1,4 litra na pierwszy rzut oka może wydawać się za mały do sporego, siedmioosobowego auta, ale dzięki turbosprężarce generuje przyzwoite 140 koni mechanicznych. Rozpędzają one auto do setki w niecałe 12 sekund, co rezultatem wybitnym nie jest, ale przynajmniej nie uaktywni choroby lokomocyjnej u waszych dzieci, co z kolei znacząco oszczędzi wam wydatków na czyszczenie tapicerki.
A skoro przy wydatkach jesteśmy. Orlando ze 140-konnym benzyniakiem, siedmioma fotelami, sześcioma poduszkami powietrznymi, systemem stabilizacji toru jazdy, klimatyzacją automatyczną, elektrycznym tym, automatycznym tamtym, a nawet z nawigacją i kamerą cofania kosztuje 76 tys. I to nie euro, tylko złotych. 76 tys. zł za wielkie auto z wielkim wyposażeniem i o wielkich możliwościach. To naprawdę wielka okazja. Nie znajdziecie na rynku drugiego samochodu o takiej relacji ceny do jakości. Jest ona odwrotnie proporcjonalna do tej reprezentowanej przez naszych piłkarzy.
* Słynny zawodnik ligi NBA, grał między innymi w Orlando Magic, należy do niego m.in. rekord wszech czasów w liczbie wsadów do kosza.
@RY1@i02/2013/028/i02.2013.028.00000170b.803.jpg@RY2@
materiały prasowe
@RY1@i02/2013/028/i02.2013.028.00000170b.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk, zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Łukasz Bąk
zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu