Chińska podróż do przyszłości
"Nie podróżuj daleko, dopóki twoi rodzice żyją" - mówił Konfucjusz. Dziś chyba już nikt nie pamięta tych mądrości. W Chinach każdy jest turystą. Tempo zmian powoduje, że nietrudno poczuć się obco we własnym kraju
Dobre rady: "Jeśli ktoś poprosi cię o zrobienie mu zdjęcia, uważaj. To doskonała okazja dla złodziei". Albo: "Nie przywoź ze sobą podrabianych towarów. Inspektorzy celni znajdą je, a ty zostaniesz ukarany". Takimi instrukcjami chińskie biura podróży karmią swoich klientów wybierających się do Europy. To właśnie Europa - Chińczycy postrzegają ją jako kulturalno-historyczną całość o czysto umownych granicach - jest ostatnio ulubionym celem wycieczek chińskich turystów z klasy średniej. Podróże od zawsze były właśnie jej domeną, przede wszystkim ze względu na finanse. Choć chińskie wyjazdy organizowane są po kosztach - trasy z reguły wyznacza dostępność tanich przelotów, dlatego też często mają one dość nieoczywiste kształty - to i tak ich ceny są na tyle wysokie, że stać na nie wyłącznie wybranych. Koszt objazdu po kilku krajach, z zakwaterowaniem, wyżywieniem i ubezpieczeniem ,to około 7 tys. zł. Ale to nie wszystko, bo każdy turysta obowiązkowo musi wpłacić też wysoką kaucję - około 24 tys. zł - którą odzyska dopiero po powrocie na łono ojczyzny.
Za te pieniądze dostaje się mnóstwo wrażeń i mnóstwo trudu. Chińska turystyka - o czym przekonał się Evans Osnos, chiński korespondent "The New Yorkera" i autor książki "Age of Ambition", który wybrał się na wyprawę o nazwie "Klasyczna Europa" - jest wyczerpująca i zorganizowana jak produkcja w jakiejś fabryce w Szanghaju. Przewodnik bombardował swoich podopiecznych 75-minutowymi wykładami - podobno to optymalny czas trwania takiego wykładu, przynajmniej tak ustalili francuscy naukowcy - w których przedstawiał statystyki dotyczące jakości życia w Europie. W czasie wolnym od przemów o cenach win z Bordeaux i o średnim wzroście Holendrów można było zwiedzać. Ale to też nie było łatwe, bo czas gonił. Gdy Osnos przyjechał do "mekki Chińczyków", czyli Trewiru, gdzie urodził się Karol Marks, nie miał nawet czasu, by zwiedzić dom słynnego filozofa. Jego wycieczka przyjechała do miasta półtorej godziny przed otwarciem muzeum, a przewodnikowi spieszyło się do Paryża. Skończyło się na wizycie w supermarkecie.
Ktoś mógłby zapytać, czemu właściwie warto zajmować się chińską turystyką. Odpowiedź jest dość prosta. Z jednej strony to po prostu dochodowy biznes. Eksperci przewidują, że już w niedalekiej przyszłości liczba chińskich turystów, którzy wybiorą się za granicę kraju, będzie wyższa niż 100 mln. Zresztą ten rynek jest dochodowy już dziś, jego wartość przekracza 100 mld dol. Z drugiej strony postać turysty to też idealna metafora Chińczyka z klasy średniej bądź aspirującego do niej. Turysta w końcu to ktoś, kto znalazł się w obcym miejscu i musi się w nim odnaleźć. To ktoś, kto podjął wyzwanie, wybrał przygodę i porzucił bezpieczeństwo. "Możesz być bezpieczny w domu przez tysiąc dni albo przekroczyć próg i od razu wpaść w kłopoty" - brzmi chińskie przysłowie cytowane przez Osnosa. "Nie podróżuj daleko, dopóki twoi rodzice żyją" - mówił Konfucjusz. Dziś chyba już nikt nie pamięta tych mądrości. W Chinach każdy jest turystą.
Wielka wędrówka
Szacuje się, że od czasu otwarcia Chin na kapitalizm przez Denga Xiaopinga w drogę ruszyło od 150 do 200 mln Chińczyków. To największa migracja na świecie, wielka wędrówka ludzi poszukujących lepszego życia poza tradycją, wsią i jej małymi społecznościami. W ciągu 30 lat Chińczycy wzbogacili się niewyobrażalnie szybko: średni dochód na osobę wzrósł trzydziestokrotnie, liczba kilogramów mięsa na osobę - sześciokrotnie, liczba miast z populacją większą niż 5 mln ludzi - ośmiokrotnie. Od 2011 r. w tym niegdyś wiejskim kraju większa część populacji mieszka w miastach. To niewątpliwy sukces cywilizacyjny przekłada się też na codzienność owych milionów migrantów - ich aspiracje, nadzieje, lęki i stres to też część historii chińskiej modernizacji. Wydaje się jednak, że jest to też część jakby rzadziej opowiadana. Na nagły, nieoczekiwany wzrost potęgi gospodarczej Chin często odpowiadamy strachem, mam jednak wrażenie, że właściwszą reakcją byłaby empatia. Bez zdolności współodczuwania z ludźmi, których stary świat rozpłynął się w powietrzu, nie da się bowiem zrozumieć współczesnych Chin. W Polsce powinniśmy czuć to dobrze, przecież nasza transformacja również była równocześnie awansem cywilizacyjnym i wielką traumą.
Czym są nowe Chiny? "Materializm, zrujnowane środowisko naturalne, korupcja, korki, zanieczyszczenia, hałas, prostytucja, źli kierowcy, krótkowzroczność, ambicje i chaos" - wylicza Leslie T. Chang, autorka "Factory Girls: From Village to City in a Changing China", jednej z najlepszych i najbardziej wzruszających książek o chińskiej modernizacji. To żwawy, rasowy reportaż o dwóch dziewczynach z prowincji, które porzucają rodzinne wioski i przenoszą się do przemysłowego Dongguanu, by pracować w fabrykach za marne pieniądze i w urągających godności warunkach. Tu sieci relacji międzyludzkich są tak kruche, że wystarczy zgubić telefon komórkowy, by już nigdy nie odnaleźć przyjaciółki. "Utrata kontaktu była najprostszą rzeczą pod słońcem" - pisze Chang.
Być może jest to jednak cena, którą warto zapłacić, by stać się kimś innym, by zyskać szansę na coś więcej od życia. I nie chodzi wyłącznie o sukces materialny, choć oczywiście on też ma znaczenie. Stawką jest odmienienie siebie, zrzucenie starej skóry i przyobleczenie się w nową. "Przyjaciele, jakim typem człowieka chcielibyście stać się w przyszłości? To coś, o czym warto myśleć. Czy to ważne, jakim typem człowieka jesteście obecnie? Nieważne! Naprawdę ważne jest, to kim chcielibyście stać się w przyszłości. [...] To wszystko zależy od was" - notowała w swoim dzienniku jedna z bohaterek książki Chang.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu ta paląca ambicja byłaby czymś podejrzanym. W Chinach "dzikość serca" - czyli dosłownie "ambicja" - była kiedyś przywarą, oznaką nadmiernych i nierealistycznych oczekiwań. Dziś to pożądana cecha, usankcjonowana przez tytuły setek poradników, od których uginają się półki w tamtejszych księgarniach. "Jak zostać dwudziestolatkiem o dzikim sercu?" - brzmi jeden z nich. Czy naprawdę w Chinach trzeba o to kogoś pytać?
Ucieczka od przeszłości
Jednym z pierwszych chorych na "dzikość serca" z pewnością był Lin Zhengyi, obiecujący kapitan wojsk Kuomintangu, beniaminek całego niekomunistycznego Tajwanu. Ten stypendysta prestiżowego uniwersytetu w Tajpej z perspektywami na świetlaną przyszłość zrezygnował z kariery wojskowej, aby wstąpić do armii i bronić Tajwanu przed komunistyczną inwazją. Było to tak nieoczekiwane, że sam prezydent pogratulował mu tej decyzji i oficjalnie uścisnął mu dłoń. W dodatku Zhengyi poprosił, by umieszczono go na samej linii frontu, na maleńkiej wyspie oddalonej od Chin o niecałe 2 kilometry. Jak się okazało, miał ku temu swoje powody. Dokładnie 16 maja 1979 r., pół roku po tym jak władzę w Komunistycznej Partii Chin objął Deng Xiaoping, kapitan Lin Zhengyi zdezerterował. Przepłynął do Chin wpław, pomagając sobie dwiema piłkami do koszykówki. Zostawił żonę, dwójkę dzieci, rodziców, swój honor, zszokował cały Tajwan.
Dlaczego to zrobił? Trochę z naiwności, trochę z autentycznej przenikliwości. Myślał, że czekają go bohaterska chwała, złoto i pieniądze - tak wyczytał w propagandowych ulotkach. Tu oczywiście się pomylił, bo gdy tylko dopłynął do Xiamenu, został aresztowany. Myślał też, że w Chinach będzie mógł się rozwinąć jako intelektualista, stać się kimś wpływowym. Sądził, że Chiny po otwarciu staną się zupełnie innym krajem, widział możliwość rozwoju, także swojego własnego. I tu się nie pomylił. Zaczął studiować ekonomię na Uniwersytecie Pekińskim, choć komunistyczni urzędnicy z początku obawiali się, że może być szpiegiem. Ostatecznie pozwolili mu się kształcić, bo na "wydziale ekonomicznym i tak nie zdobyłby żadnych informacji wywiadowczych" - jak opowiedział Evanowi Osnosowi. Jego kariera naukowa rozwijała się szybko i błyskotliwie. Zhengyi był stypendystą Uniwersytetu Chicagowskiego, tego samego, na którym wykładał Milton Friedman, guru monetaryzmu. Gdy powrócił ze Stanów, zaczął doradzać KPCh, ale mimo pobytu w mateczniku liberalnej ekonomii był raczej zwolennikiem ostrożnej polityki przemysłowej i orędownikiem "chińskiej drogi w gospodarce". Historia jego życia zamykała się w imieniu, które przyjął tuż po przybyciu do Chin, Justin Lin Yifu, czyli "wytrwały człowiek w długiej podróży". Jej ukoronowaniem było stanowisko głównego ekonomisty Banku Światowego, był pierwszym człowiekiem spoza Europy i Ameryki Północnej, który osiągnął tak wysoką pozycję w tej instytucji. Pomimo tych honorów w rodzimym Tajwanie wciąż jest persona non grata. Jako oskarżony o zdradę stanu nie mógł nawet przyjechać na pogrzeb ojca.
Chiny znają mnóstwo podobnych, choć nie tak dramatycznych historii. Ktoś zaczyna od pracy na taśmie w fabryce, a potem awansuje dzięki własnemu sprytowi i podrasowanemu CV. Ktoś przyjeżdża do Szanghaju, bo ktoś inny obiecał mu dobrą pracę. By jakoś się odnaleźć, ta osoba kupuje na targu podrabiane ciuchy luksusowych marek i podrabianą tożsamość. Może i żyje w ciasnej klitce na wysokim piętrze klaustrofobicznego mrówkowca, ale czerwona torba, którą nosi na ramieniu, to Louis Vuitton. Ktoś udaje rdzennego Chińczyka, choć tak naprawdę urodził się w Malezji. Ludzie żyją pożyczonym życiem w nadziei, że w końcu stanie się ono ich własnym.
Wykrzycz sobie sławę
To pragnienie przemiany siebie bardzo szybko zostało zagospodarowane przez przemysł: popularne psychologiczne poradniki, kursy dobrych manier, kursy przyuczające do zawodów, o których nie ma się zielonego pojęcia. Robotnice marzące o karierach sekretarek po godzinach uczą się podstaw savoir-vivre’u. Poznają restauracyjną europejską etykietę, którą wkuwają na blachę, tak jak Phoebe Chen, bohaterka powieści "Pięć okien z widokiem na Szanghaj" Tasha Awa: "Zupa i pieczywo, ryby, mięso, ser, deser i kawa". Równie ważne są zasady kulturalnego picia: "By zyskiwać nowych przyjaciół w Chinach, musicie nauczyć się pić, tak samo jak mężczyźni muszą nauczyć się palić. Zanim pójdziecie na koktajl, zjedzcie coś albo jeśli macie alergię na alkohol, zażyjcie leki" - wyłuszcza swoim kursantkom prowadzący Fu, opisany przez Leslie T. Chang.
Nawet nauka języka angielskiego jest częścią tego projektu transformacji samego siebie. Li Yang, najpopularniejszy chiński nauczyciel tego języka - i jak pisze Evan Osnos, "prawdopodobnie jedyny na świecie, którego kursanci płaczą z podekscytowania" - wpaja studentom nie tylko angielską składnię i słownictwo, ale też to, jak przełamać wstyd. Jak Yang, ten kiedyś nieśmiały chłopak, którego stresowało nawet odebranie telefonu, stał się językowym i lajfstajlowym guru? Podczas uczenia się do egzaminu z angielskiego zauważył, że lepiej przyswaja sobie język, gdy wykrzykuje treść podręcznika. Im głośniej i częściej krzyczał, tym lepszy był jego angielski i tym większa pewność siebie. W końcu zaczął uczyć innych, a jego metoda znana jako "angielski jako język krzyczany" albo po prostu "Crazy English" zdobyła sobie popularność, którą w Chinach cieszą się niemal wyłącznie amerykańscy koszykarze. Osnos opisuje jedną z sesji adresowaną do nieśmiałych lekarzy: "Woul! Like! To! Take! Your! Tem! Per! Ture!". Po zajęciach nauczyciela otoczył wdzięczny tłumek żądny autografów. Podobno zdarzało się też, że Li Yang dostawał listy miłosne, czasem z koronkowymi majtkami w pakiecie.
Takich nieortodoksyjnych kursów języka obcego jest oczywiście więcej, wszystkie są nieodmiennie dziwne. Jeden z nich polega na zrównaniu nauki z pracą na taśmie. Kursanci siedzą przed monitorami i na głos odczytują kolejne kolumny słów i wyrażeń. Rozumienie się nie liczy, ważna jest szybkość - znaczenie słów poznaje się dopiero potem, na kolejnym etapie kursu. Zdaje się, że każdy, kto zajmuje się nauczaniem języka w Chinach, liczy, że stanie się kolejnym Li Yangiem, popularnym wynalazcą niekonwencjonalnej metody, która jednak przynosi nadspodziewanie dobre efekty. (Przynajmniej tak się zapewnia w prospektach reklamowych). Tym bardziej że tron króla wśród nauczycieli języka angielskiego od jakiegoś czasu jest pusty, wyszło bowiem na jaw, że Li Yang bił żonę, w czym zresztą nie widział niczego zdrożnego.
Dzikie serca
Coraz częściej okazuje się, że nieposkromionych ambicji Chińczyków nie da się zaspokoić. Ścieżki awansu, które miały zależeć tylko od własnego wkładu pracy, są zablokowane, dochody - dzielone nierówno. Chińskie władze próbują to tuszować, na przykład poprzez zaprzestanie publikowania informacji o współczynniku Giniego, czyli mierze nierówności w dochodach. Trzy lata temu władze Bejingu zabroniły przedsiębiorcom używania terminu "luksusowy". Co z tego, skoro młodym aspirującym Chińczykom coraz trudniej spełnić marzenia o klasie średniej? Kupno samochodu czy mieszkania - dwóch towarów niezbędnych każdemu mężczyźnie myślącemu o założeniu rodziny - przerasta możliwości wielu młodych mieszkańców chińskich metropolii. To upokarzające, szczególnie że żyją w świecie, w którym nade wszystko ceni się majątek i sukces osobisty. "Wolałabym płakać w bmw, niż uśmiechać się na rowerze" - powiedziała kiedyś jedna z uczestniczek popularnego telewizyjnego programu randkowego. Jej opinia z pewnością nie była odosobniona.
Chińczykom "dzikości serca" wystarczy jeszcze na długo, ale coraz większej liczbie z nich trudy trzydziestoletniej podróży do nowoczesności dają się we znaki. Wróćmy jeszcze na chwilę do wycieczki po Europie, na którą wybrał się Evan Osnos. Pod koniec instrukcji dla turystów umieszczono tę być może najważniejszą: "Ten, kto poradzi sobie z trudnościami, będzie szedł dalej". A co z resztą?
Ktoś przyjeżdża do Szanghaju, bo ktoś inny obiecał mu dobrą pracę. By się odnaleźć, kupuje podrabiane ciuchy luksusowych marek i podrabianą tożsamość
@RY1@i02/2014/248/i02.2014.248.000008000.802.jpg@RY2@
AFP/East News
Jakub Bożek
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu