Wołowina bez tłuszczu
Volvo V40 D2
Zdarzyło się tak, musiałem zajechać na jedną ze stołecznych stacji Orlenu. Zmusiły mnie do tego świecąca się kontrolka rezerwy paliwa w volvo V40 oraz komputer pokładowy twierdzący, że aktualny zasięg na tym, co zostało mi w baku, wynosi minus 243 kilometry. Zalałem zbiornik ropą i udałem się uregulować rachunek. Oczywiście, jak zawsze o godz. 8.59 rano, bardzo mi się spieszyło. Możecie zatem wyobrazić sobie moją wściekłość, gdy po przekroczeniu progu rozsuwanych drzwi znalazłem się w Tesco. Poważnie. To, co zobaczyłem, nie miało nic wspólnego z punktem poboru opłat za zatankowane paliwo. I nie chodzi o to, że na półkach stały napoje energetyczne, a pani przy kasie każdemu proponowała gorącego psa i zimną kawę. To znamy z innych stacji. Orlen poszedł krok dalej i wprowadził do asortymentu świeże owoce, warzywa, wypiekane na miejscu bułki oraz - uwaga, uwaga! - mięso i wędliny sprzedawane luzem. To nie żart. Nie dalej niż siedem metrów od dystrybutora, który przed chwilą obsikał mi spodnie resztkami paliwa, spokojnie leżały sobie kurze udka, karkówka i sucha krakowska. A człowiek za ladą wyglądający tak, jakby przed chwilą własnymi rękoma udusił i poćwiartował na zapleczu świnię, zaproponował mi mielone z Vervą. Zrozumiałem to jako sugestię, że nieźle mnie po nich przegoni.
Innymi słowy Orlen to już nie stacja paliw z małym sklepikiem. To hipermarket, w którym paliwo sprzedaje się tylko przy okazji. Jeszcze jeden mały kroczek i 50 litrów bezołowiówki kupimy tam wyłącznie w butelkach ustawionych na dolnej półce między wodą mineralną a sześciopakiem Harnasia.
Jak się domyślacie, taka "zmiana jakości" ma poważne konsekwencje dla wszystkich, którzy urodzili się w średniowieczu i na stacji chcą sprawnie zatankować auto i szybko za to zapłacić. Staje się to po prostu niemożliwe. Przez moment, gdy stałem w liczącej 15 osób kolejce do kas, przeszła mi przez głowę myśl, że może zaryzykować i po prostu wsiąść do auta i odjechać, nie płacąc. Możliwe, że pracownicy zajęci ćwiartowaniem kurczaków, krojeniem mazdamera i ważący włoszczyznę nawet nie zauważyliby gościa w granatowym volvo, który zwinął im 250 zł w płynie. Myślę również, że Orlen powinien nieco zmodyfikować swoje motto "Napędzamy przyszłość". W tej chwili bardziej adekwatne jest "Napędza nas mięso".
Czekam również na moment, w którym inne stacje przystąpią do rywalizacji w tej konkurencji. Bo - i chyba wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę - pozostaje to wyłącznie kwestią czasu. BP proponuję poszerzenie asortymentu o kolekcję sukien balowych i smokingów - na pewno mnóstwo ludzi będzie pracowało 31 grudnia, więc spiesząc się na wieczorny bal, będą mogli szybciutko wystroić się pod dystrybutorem. Statoil powinien zainwestować w regały z zabawkami, żeby moje dzieci miały co robić, kiedy ja będę stał trzy godziny w kolejce, żeby zapłacić za paliwo. A Shell może rozważyć stoisko z owocami morza oraz akcesoriami plażowymi, co przecież doskonale będzie się komponowało z jego nazwą i logo. Idąc tym tropem, Lotos może otworzyć kwiaciarnię i dorzucić do tego kącik z akcesoriami erotycznymi. A Łukoil? Tu można by wprowadzić działy z bronią - od łuków począwszy, a na wyrzutniach rakiet skończywszy. Wtedy towarzysz Putin zyskałby koronny argument w dyskusji z Zachodem: "Przecież takie mundury i kałasznikowy można kupić na każdym Łukoilu".
Gdy nadejdą takie czasy, poważnie rozważę kupno jakiegoś cholernie ekonomicznego samochodu, dzięki któremu pod dystrybutor będę podjeżdżał tak rzadko, jak to tylko możliwe. Volvo V40 z silnikiem D2 wydaje mi się idealnym kandydatem. Co prawda Szwedzi pieprzą (nazywajmy rzeczy po imieniu) bzdury, twierdząc, że w mieście to auto (z automatyczną skrzynią) spala 4,4 l ropy, a na trasie raptem 3,4. Niemniej moja średnia na poziomie 6 l z dynamicznej jazdy autostradą i po stolicy wydaje mi się naprawdę imponująca. Obchodząc się z gazem delikatnie jak z noworodkiem, udało mi się zejść do 5,3 l. Ale wykręcić jeszcze niższego wyniku nie próbujcie. Chyba że chcecie zginąć od ciosów zadanych kluczem do kół przez jednego z gości jadących za wami.
Realnie na jednym 52-litrowym baku V40 przejedzie 850-900 kilometrów. Jeżeli nie jesteście kurierami ani nie rozwozicie pizzy, to będziecie je tankowali raz na 3-4 tygodnie. Czyż to nie wspaniała wiadomość? Niemniej jest kilka rzeczy, które sprawią, że wasze podniecenie nieco osłabnie. Pierwsza to dźwięki, jakie wydaje z siebie niewielki silnik diesla - przy wyższych obrotach 116 koni wyje tak, jakby właśnie były przerabiane żywcem na koninę. Zaś sześciobiegowy automat jest - mówiąc dyplomatycznie - szybki inaczej. Wciskacie gaz do oporu, a on zadaje wam pytanie: "Czy mam zredukować? A o ile biegów? Jeden czy dwa? To może o trzy? Chyba jednak zostanę na tym aktualnym".
Jeżeli chodzi o całą resztę, to V40 szalenie mi się podoba: ma bardzo przyjemne zawieszenie, dobrze się prowadzi, uwielbiam ascetyczność i jednocześnie elegancję jego wnętrza oraz to, że jest uporządkowany jak Ikea - tylko idiota mógłby się w nim pogubić. Niemniej dla siebie wybrałbym wersję D4 - ze znacznie lepszym, dużo cichszym 190-konnym dieslem sprzężonym z nowym ośmiobiegowym automatem. To taka lepiej przyprawiona wołowina. Dla niej mógłbym nawet częściej zaglądać do hipermarketów, gdzie sprzedają paliwo.
@RY1@i02/2014/246/i02.2014.246.000002600.803.jpg@RY2@
Volvo V40 D2
@RY1@i02/2014/246/i02.2014.246.000002600.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu