Panowie, zapnijcie rozporki
Tygodnik "Polityka" opublikował interesujący wywiad ze znanym ornitologiem prof. Zbigniewem Izdebskim. Ornitolog zajmuje się wnikliwym obserwowaniem i badaniem ptaków i to właśnie one są głównymi bohaterami owego wywiadu. To ptaki - nomen omen - członków PO, PiS, SLD. A nie, przepraszam bardzo, nie członków, tylko wyborców. Czyli członków wyborców. No więc z badań ornitologicznych wyszło, że zwolennicy SLD dysponują króciutkimi pomarszczonymi frankfurterkami, podczas gdy miłośnicy PiS noszą w spodniach imponujące PiStolety kalibru 18,35 cm (przy tej okazji zrozumiałem również, skąd wzięło się określenie "PiSiory" i dlaczego w logotypie tej partii wylądował orzeł). Wyznawcy PO ze swoimi 17,4 cm mieszczą się pośrodku stawki.
Śmiem twierdzić, że owo badanie ułatwiło mnóstwo rzeczy. Głównie z punktu widzenia kobiet. Teraz, gdy niewiasta będzie żywo zainteresowana jakimś przedstawicielem płci brzydkiej, nie będzie musiała przez cały wieczór wpatrywać się w jego krocze. Wystarczy, że zapyta go wprost: "A na kogo głosowałeś w ostatnich wyborach?". Z jednej strony wyjdzie na inteligentną i zatroskaną o sytuację polityczną kraju, z drugiej - szybko dowie się, czy przy nazwisku jegomościa postawić zielonego akceptującego ptaszka, czy może pełen dezaprobaty czerwony krzyżyk. Ja np. w takich sytuacjach będę odpowiadał, że zawsze optowałem za koalicją PO-PiS-SLD, co z wynikiem 51,96 cm pozwoli mi zostać liderem rankingu i być świadkiem licznych omdleń.
A tak poważnie, to jestem zdumiony tym, że niektórzy faceci przykładają sobie TAM linijkę. OK, może się to zdarzyć w przedszkolu, w podstawówce i po mocnym pijaku na korytarzu akademika podczas pierwszego roku studiów. Ale żeby dorośli faceci? I jeszcze zapamiętać rozmiar co do milimetra? Na litość Boską, przecież to nie kod PIN do karty płatniczej! Dlatego jestem więcej niż pewien, że z takimi gośćmi coś jest nie w porządku. Chodzą z miarką w gaciach, bo mają coś do ukrycia, czegoś się wstydzą albo boją. To trochę tak, jakby alpinista przed rozpoczęciem wspinaczki mierzył centymetr po centymetrze całą linę, obawiając się, że może jej nie starczyć, przez co nie osiągnie szczytu i koledzy będą się z niego śmiali.
Faceci, którzy znają dokładny rozmiar swojej kuśki, to po prostu mięczaki - i w przenośni, i pewnie dosłownie też. Ale jednocześnie chciałbym w tym miejscu obalić pewien stereotyp - że takie mięczaki leczą swoje kompleksy przy użyciu jakiegoś sportowego samochodu. Szczególnie często taki zarzut pojawia się w przypadku porsche - rzekomo jest ono protezą, viagrą i feromonem w jednym. Ale to wszystko bzdury wyssane z palca. Gdy parę tygodni temu prowadziłem 550-konne 911 turbo S cabrio, nie czułem się jak właściciel haremu, a nawet nie zauważyłem blondynki, która przechodząc na pasach, obśliniła mi pół maski. Skupiony byłem na zupełnie czym innym - na dbaniu o to, by turbo S nie urwało mi głowy. Chcę przez to powiedzieć, że prowadząc takie auto, macie w poważaniu cały świat. Nie obchodzi was nic innego jak tylko frajda, której wam dostarcza. Po raz kolejny przekonałem się o tym w ubiegłym tygodniu, gdy wplątałem się w kilkudniowy romans z boxsterem - najtańszym porsche.
Przyznam szczerze, że dotychczas uważałem ten model za nieporozumienie, które nadszarpnęło reputację niemieckiej marki. Widziałem w nim idealny pojazd dla zniewieściałych fryzjerów, mleczarzy dorobkiewiczów i hodowców pietruszki. Czyli dla ludzi, którzy zawsze marzyli o porsche, ale nie było ich na nie stać. Boxster to zmienił. A to trochę tak, jakby Armani stworzył kolekcję ciuchów specjalnie z myślą o mieszkańcach slumsów Bogoty.
Powiedzieć, że teraz biję się w piersi, to zdecydowanie za mało. W zasadzie powinien dokonać publicznego samobiczowania. Bo boxster w wersji GTS, którą miałem okazję jeździć, okazał się najlepszym porsche, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia. Więcej: okazał się jednym z najlepszych aut, z jakimi kiedykolwiek obcowałem. Z wielu powodów. Przede wszystkim jest znacznie mniej pretensjonalny niż 911 - nie ma w sobie tego nadęcia co ono. Jestem pewien, że w związku z tym nie wyglądałem w nim na bogatego dupka, a nawet jeżeli, to mam to w... sami wiecie gdzie. I wy też będziecie mieli. Bo gdy tylko przekręcicie kluczyk, zrozumiecie, o czym mówię - od tej chwili nie będzie liczyło się nic, tylko wy i maszyna. Boxster GTS brzmi lepiej niż jakiekolwiek 911 i - poza przyspieszeniem - lepiej niż ono jeździ. Bo jest lepiej wyważony, bardziej kompaktowy i cholernie zwinny. Ma 330 koni, które dźwigają na swoich barkach zaledwie 1370 kg. Efekt: całość cholernie łatwo jest wyprowadzić z równowagi, a następnie do tej równowagi przywrócić. Jest jak pyskaty gówniarz, który lata z procą po osiedlu, strzelając do gołębi, ale wystarczy dać mu pstryczek w ucho, by przywołać go do porządku. Przejechałem tym samochodem prawie 500 km i z każdym pokonanym zakrętem, wciśnięciem gazu, warknięciem silnika i strzałem z wydechu zakochiwałem się w nim bardziej. Dawno, naprawdę bardzo dawno nie czułem do żadnego auta takiej mięty jak do GTS-a. Jestem nim zachwycony bardziej niż wyborcy PiS swoimi siusiakami.
@RY1@i02/2014/217/i02.2014.217.00000130a.803.jpg@RY2@
Porsche boxster GTS
@RY1@i02/2014/217/i02.2014.217.00000130a.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu