Ojciec Niemiec, a syn Hiszpan urodzony w Czechach
jazda pod prąd seatem toledo 1.2 TSI
Nie rozumiem, dlaczego ludzie uważają mnie za eksperta od samochodów. Nie znoszę tego określenia. Bo bez względu na to, którą branżę reprezentuje, ekspert zawsze ma do powiedzenia więcej, niż chcielibyście od niego usłyszeć. Używa przy tym wyłącznie zdań wielokrotnie złożonych, a 70 proc. słów, które wydobywają się z jego ust, nigdy w życiu nie słyszeliście, więc ich nie rozumiecie. Więc prosicie go o wyjaśnienie. Ale w ten sposób tylko bardziej zaciskacie lingwistyczną pętlę na swojej szyi, bo do wytłumaczenia jednego słowa, którego nie rozumiecie, ekspert użyje dwudziestu innych, spośród których siedem będzie po łacinie, pięć po grecku i trzy po hebrajsku.
Najgorsze jest jednak to, że ekspertom nie można ufać. Bo zazwyczaj nigdy w życiu nie robili tego, o czym tak chętnie opowiadają i na czym rzekomo się znają. Czy przychodzi wam do głowy jakiś politolog, który choć na tydzień zdecydował się stanąć po drugiej stronie mocy? A psycholog, który chodzi do kumpla po fachu na seanse (bo przecież każdy dzisiaj potrzebuje psychologa i to żaden wstyd)? Seksuolog, o którym dziewczyny pisałyby w sieci, że jest fantastyczny w łóżku? Albo ekspert od dróg, mostów, kolei i samolotów, który w swoim życiu położył choćby pięć metrów torów, wylał taczkę asfaltu albo siedział za sterami boeinga? No właśnie, mnie też nie. Dlatego jeżeli szukacie eksperta od motoryzacji, to poproście o opinię Zbyszka Hołdysa. Ja się do tego nie nadaję. Nie jestem wystarczająco kompetentny. Nie mam pojęcia, czym jest kolektor dolotowy, dlaczego zawieszenie wielowahaczowe jest lepsze od belki skrętnej (a może nie jest?) oraz na jakiej zasadzie działa katalizator. I szczerze mówiąc, zupełnie mnie to wszystko nie interesuje. W aucie potrafię zmienić koło, uzupełnić paliwo i płyn do spryskiwaczy, ale gdyby ktoś poprosił mnie o sprawdzenie układu kierowniczego, pewnie nie wiedziałbym nawet, z której strony auta mam w ogóle zacząć go szukać. Taki ze mnie ekspert.
Nie znaczy to jednak, że nie jestem w stanie odpowiedzieć zainteresowanym na pytanie: "Jakie auto najlepiej kupić?". Problem w tym, że doradzam im zwykle samochód, który akurat ja bym kupił, a nie oni. Więc efekt jest taki, że go nie kupują. I wcale im się nie dziwię, bo w dzisiejszych czasach osobiste przekonania i sympatie do poszczególnych marek i modeli odgrywają znacznie większą rolę niż cechy takie jak praktyczność, komfort, osiągi czy wykonanie. Gdyby tak było, nikt nigdy nie kupiłby nissana note’a, a po ulicach jeździłyby same skody.
A skoro jesteśmy przy skodzie, to chciałem przedstawić wam jej najnowszy model: Toledo - budżetowego liftbacka (dla tych, którzy nie wiedzą: jest to połączenie sedana z hatchbackiem. A tych, którzy nie wiedzą, czym jest hatchback, odsyłam do Hołdysa). Ups... Przepraszam, to nie skoda tylko seat. A pomyłka wzięła się stąd, że jeżdżąc toledo, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jeżdżę czeską marką. Przysięgam, że parę osób zapytało mnie, czym teraz jeżdżę i za każdym razem odpowiadałem, że skodą. Ale nie popełniłem wielkiej gafy, biorąc pod uwagę to, że toledo jest produkowane w Mlada Boleslav, które bynajmniej nie znajduje się pod Barceloną. I zjeżdża z tych samych taśm co seat - tfu - co skoda rapid. I de facto jest rapidem, tyle że nieco bardziej eleganckim. Pozwólcie, że ujmę to w ten sposób: rapid to prosty tani młotek do wbijania gwoździ z drewnianym trzonkiem i solidną stalową główką. Toledo to dokładnie ten sam młotek, tyle że z trzonkiem owiniętym gumą. Trochę lepiej wygląda, ale działa dokładnie tak samo. A za gumę trzeba dopłacić dosłownie grosze. Czy warto? Jak najbardziej. Bo wyznać otwarcie w towarzystwie, że jeździ się rapidem, to jak oświadczyć: "Mam półpaśca i nie stać mnie było na octavię". Przyznacie sami, że seat toledo brzmi nieporównywalnie lepiej. W dodatku jak na auto, którego ceny zaczynają się od niecałych 50 tys. zł, bardzo dobrze jeździ. To oczywiście zasługa volkswagena, z którego przeszczepiono tu mnóstwo narządów. W efekcie są i stabilność, i komfort, i cisza, i oczekiwana solidność wykonania etc. Efekt całkowity psują materiały użyte do wykończenia wnętrza - wyłącznie plastik twardy, bardzo twardy, cholernie twardy oraz twardy tak, że uderzając niechcący łokciem w boczek drzwi, usłyszycie, jak pęka wam kość.
Silnik? Z czystym sumieniem mogę polecić wam 105-konne TSI o poj. zaledwie 1.2 litra. Lekkie, wystarczająco dynamiczne i bardzo ekonomiczne - na jednym 55-litrowym baku przejechałem prawie 800 km, co pozwala mi myśleć o sobie jako o ekspercie od ecodrivingu.
Zapytajcie mnie, czy kupiłbym sobie seata toledo, a odpowiem szczerze, że nigdy w życiu. Poproście, bym doradził wam jakieś auto, a nawet się o nim nie zająknę. Ale jeżeli zrobicie to w ten sposób: "Szukam dużego, rodzinnego auta za rozsądne pieniądze. Czy toledo będzie dobrym wyborem?" to odpowiem z czystym sumieniem: bardzo dobrym. Jej największą przewagą nad skodą jest fakt, że nie jest skodą. Tylko musicie porządnie wbić to sobie do głowy. Mnie przez tydzień się to nie udało. Może dlatego, że nie jestem ekspertem.
@RY1@i02/2014/182/i02.2014.182.000002000.803.jpg@RY2@
Seat Toledo 1.2 TSI
@RY1@i02/2014/182/i02.2014.182.000002000.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu