Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Ka-rpe diem

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

jazda pod prąd fordem ka

Jeżeli czytacie te słowa, to znaczy, że - wbrew temu, co wielu "życzliwych" mi wróżyło - nie ścięto mi głowy za zeszłotygodniowy tekst. Za to usłyszałem po nim wiele cennych rad. Na przykład żebym - dla własnego bezpieczeństwa - przesiadł się do komunikacji publicznej. Problem w tym, że jej nie znoszę. Z kilku powodów. Pierwszy z nich to babcie - pod klatką mogą stać pół dnia, pełniąc funkcję monitoringu osiedlowego, ale w autobusie nie utrzymają się na własnych nogach nawet 10 sekund. Ja dodatkowo mam to szczęście, że nawet kiedy autobus jest pusty, tuż nade mną zawsze zawiśnie jakaś pani i będzie obijała mi twarz reklamówką z włoszczyzną dopóty, dopóki nie wstanę. Bo w całym stuosobowym tramwaju zająłem akurat jej miejsce. To przy oknie, najbliżej drzwi, przodem do kierunku jazdy, po nienasłonecznionej stronie i z dala od wylotu klimatyzacji, przez którą łzawią jej oczy i bolą korzonki.

Gorsze od babć są już tylko babcie, które nauczyły się obsługiwać komórki i mają darmowe rozmowy z koleżankami. Kiedyś w ciągu zaledwie 20 minut jazdy autobusem dowiedziałem się, że po skończeniu 60. roku życia będę miał jaskrę, żylaki, problemy z nietrzymaniem moczu, hemoroidy. Moje dzieci będą pracowały w Irlandii przy utylizacji azbestu, a wnuki zaciągną na moje nazwisko pożyczki i kupią sobie za nie ajpody, ajfony i kokainę, w związku z czym jakiś Żyd o nazwisku Wiwus Profident-Łonga będzie zgarniał połowę mojej emerytury. Na wakacje będę jeździł do Lichenia, a na ferie do Łagiewnik. Wśród urlopowych pamiątek, jakie wypełnią moje mieszkanie, będą m.in. respirator w kształcie piety, patelnia lecząca dolegliwości w krzyżu, koc z lamy w kolorach flagi Watykanu oraz skarpety utkane z rzęs osła. Po wysłuchaniu tych wszystkich telefonicznych żali postanowiłem, że na 60. urodziny zafunduję sobie eutanazję. A do tego czasu będę unikał komunikacji miejskiej tak bardzo, jak duża część jej pasażerów unika wody z mydłem.

W związku z powyższym zamiast w autobusach i tramwajach ostatnie dni spędziłem w najtańszym nowym samochodzie, jakim jeździłem w całej swojej karierze. Przedstawiam wam forda ka, który kosztuje 30 700 zł. I to w wersji z radiem i klimatyzacją. Jak wyczytałem w specyfikacji, na wyposażeniu standardowym ma on również ABS, wspomaganie kierownicy, komputer pokładowy, a nawet lakierowane zderzaki, wycieraczkę tylnej szyby, 14-calowe felgi stalowe oraz coś, co w katalogu nazwano "opóźnionym ruchem piór zbierającym strużki wody". Nie wiem, co to, ale musi mieć coś wspólnego z ornitologią albo ginekologią. Tak czy siak, ka ma wszystko, czego potrzeba człowiekowi do komfortowego przemieszczania się z punktu A do punktu B. Pod warunkiem, że te punkty leżą blisko siebie. Bardzo blisko. Najlepiej, jeżeli znajdują się na tym samym parkingu, abyście mogli po prostu przepchnąć auto między nimi.

Na tle wszystkiego, czym jeździłem do tej pory, ka prezentuje się jak psia buda na tle Luwru - po prostu biednie. Całe jego wnętrze wykonano z tego samego plastiku co najtańsze jednorazowe maszynki do golenia. Fotel kierowcy jest tak wąski, że po podróży miałem autentyczny problem z usunięciem go z mojego tyłka. A silnik - pomimo że jego moc oznaczono bardzo atrakcyjną liczbą 69 - okazał się równie podniecający jak użądlenie osy w genitalia. Żeby zmierzyć czas, w jakim auto rozpędza się do setki, nie będziecie potrzebowali stopera, tylko kalendarza. Płyty tektoniczne poruszają się żwawiej niż ka. A przestronność? Ujmę to tak - nie oczekujcie jej od auta, które bez trudu zaparkujecie w poprzek swojego garażu. Krótki rozstaw osi ma jeszcze inną wadę - po nierównych drogach ka nie jeździ, tylko skacze z miejsca na miejsce. Zamknijcie się w wielkiej kauczukowej piłce i niech ktoś zrzuci was ze schodów, a zrozumiecie, co mam na myśli.

Jednak mimo tych wszystkich wad najmniejszy ford jest fantastycznym samochodem. Za każdym razem wsiadałem do niego z szerokim uśmiechem na ustach. Bo przy całej swojej prostocie sprawia zaskakująco dużo radości. Spontanicznie reaguje na ruchy kierownicą, zadziornie brzmi, a podczas szybkiego pokonywania zakrętów potrafi unieść tylne koło (choć nadal pozostaje zaskakująco stabilny). Porównałbym go do zachrypniętego ratlerka, który na spacerze podbiega do każdego możliwego krzaka i podnosi tylną nogę tylko po to, aby dwiema skromnymi kropelkami zaznaczyć swoją obecność na świecie. Ale kiedy trzeba, swoim ujadaniem potrafi odstraszyć znacznie większych od siebie. Nie sztuką jest wielkim, mocnym autem rozpędzić się do 140 km/h. Spróbujcie zrobić to w ka, a zrozumiecie, co miał na myśli Horacy, mówiąc: "Chwytaj dzień".

@RY1@i02/2014/172/i02.2014.172.00000170a.803.jpg@RY2@

materiały prasowe

Ford ka

@RY1@i02/2014/172/i02.2014.172.00000170a.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

Łukasz Bąk

szef sekretariatu redakcji

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.