Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Rzeczpospolita imprezowa

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 74 minuty

To, że nie mówi się: "bawić się jak Polak", jest niedopatrzeniem. Bo niewiele narodów potrafiło fundować sobie rozrywki aż do zupełnego zatracenia

Od kilku lat Polacy okazują się jedną z najbardziej zagonionych nacji w UE. W tym roku przepracują tygodniowo o 2 godziny więcej niż statystyczny obywatel Wspólnoty. Na rozrywki często więc nie mają już ani czasu, ani siły. Odcinają się tak od dawnej spuścizny przodków, którzy potrafili się bawić przy każdej okazji i do upadłego.

Przekonał się o tym na własnej skórze dyplomata w służbie króla Ludwika XIV o nazwisku Payen. Do Gdańska przybył drogą morską wiosną 1660 r., aby śledzić przebieg polsko-szwedzkich rokowań pokojowych. Jednak poza obowiązkami służbowymi potrafił znaleźć czas na przyjemniejsze zajęcia.

"Do jednej z piwnic, gdzie sprzedają wino hiszpańskie, zaszedłem razu pewnego z moim przyjacielem, szlachcicem niemieckim" - zanotował któregoś dnia w dzienniku podróży. "Kiedy już dobrze popiliśmy i właśnie mieliśmy wychodzić, zobaczyliśmy wchodzącego człowieka około sześciu stóp wzrostu, o wygolonej twarzy i głowie, ogorzałym obliczu i czole tak pomarszczonym, że pod zmarszczkami znikały niekiedy oczy. Był to polski szlachcic w otoczeniu 15 pachołków" - opisywał.

Nowy gość zapragnął bliższej komitywy z cudzoziemcami i, choć francuski dyplomata słabo władał łaciną, dość szybko nawiązała się nić porozumienia. Polski szlachcic oświadczył obcokrajowcom, że "czuje się niezdrów i od dwu tygodni jest w poszukiwaniu po mieście tak zacnej kompanii, by się naocznie przekonać, czy nie bardziej zbawienna okaże się raczej hulanka niż przestrzeganie diety". Po tej deklaracji wspólnie zgodzili się sprawdzić ową hipotezę. "Wychyliwszy już z piętnaście czy szesnaście wielkich kielichów, mój niemiecki towarzysz, który nie mógł już nic więcej przełknąć, zażądał fajki i tytoniu" - wspominał dyplomata. Na widok rzadko spotykanego w Polsce urządzenia także szlachcic zapragnął zakosztować tytoniowego dymu i "nie pytając nikogo, jak należy się nią (fajką - aut.) posługiwać, chwycił ją w dłonie zapaloną, wsadził ujście cybucha aż po gardziel, wciągnął w brzuch pełny haust dymu tytoniowego, usilnie bacząc, by nic nie wydostało się na zewnątrz". O ile morze wypitego wina nie zmogło szlachcica, potężna dawka dymu dała piorunujący efekt. "Nagle jednym ruchem porwał się od stołu, pochwycił lichtarze z zapalonymi świecami, uderzył jednak głową o mur, runął na wznak. Jeden z jego pachołków podbiegł mu z pomocą, lecz szlachcic schwycił biednego chłopca za kark i poczęstował go gradem szturchańców. Toczył pianę jak byk i sądzono, że wściekłość przyprawi go chyba o śmierć" - opisywał gość z Francji. "Tymczasem gwałtowne ruchy, które wyczyniał waląc głową o ścianę i usiłując ukręcić kark swemu pachołkowi, parskanie pianą, bieganie i wreszcie szalone ryki uśmierzyły działanie tytoniu. Nadeszły lekkie wymioty - szlachcic stał się dostępniejszy, my zaś pełni najlepszych nadziei" - uzupełnił z pewną ulgą, choć i tak obaj obcokrajowcy spróbowali szybko zapłacić rachunek, by się ulotnić.

Ale nowo poznany kompan na to nie pozwolił. Zaprzestał mordowania pachołka, by oświadczyć: "że aby pokonać Polaka, innych trzeba mocy niż wino i tytoń". A chcąc to udowodnić, zamówił wódkę oraz piwo do popicia. Payen z przyjacielem usiłowali się wymigać, prawiąc współbiesiadnikowi komplementy i twierdząc, że muszą już iść. "Nasz szlachcic wziął nasze komplementy dosłownie" - dziwił się Francuz. Co więcej, chcąc okazać wdzięczność, postanowił ożenić dyplomatę z jedną ze swoich córek. Ten zupełnie zastraszony zgodził się na zaoczne zaręczyny. Co zdaniem Polaka natychmiast należało opić.

Korzystając z zamieszania, Niemiec się ulotnił, a uszczęśliwiony szlachcic zdjął ubranie, aby oddać francuskiemu zięciowi nie tylko córkę, ale nawet ostatnią koszulę i ukochaną karabelę. Przyodziany już w kontusz Payen musiał ucałować szablę, ponieważ ta "nieraz jeden obroniła tron królewski, przyprawiała o drżenie potęgę otomańską, że wreszcie cała Polska jej zawdzięcza swą wolność". Po tej ceremonii szlachcic na chwilę stracił orientację, a niedoszły zięć, przerażony polskimi rozrywkami, dał w końcu dyla.

"Czmychnąłem z miejsca. Nawet nie spostrzegłszy, że wraz z sobą unoszę szlachecki strój wraz z szablą, pognałem do mojej oberży" - zapamiętał. Tam Payen od razu padł na łóżko i na dwanaście godzin stracił przytomność.

Na początek corrida z żubrami

Każdy szanujący się Polak za punkt honoru stawiał sobie obowiązek udowodnienia innym, iż potrafi się dobrze bawić. Zwłaszcza jeśli świadkami jego talentów do oddawania się rozrywkom mogli być obcokrajowcy.

Autor "Dziejów obyczajów w dawnej Polsce" Jan Stanisław Bystroń przytacza przykład fetowania na polecenie króla Władysława IV przybycia do Polski jego nowej żony. Monarcha pod koniec 1645 r. poślubił per procura księżniczkę mantuańską Ludwikę Marię Gonzagę, a dopiero potem przypłynęła ona statkiem z Francji. W Gdańsku czekało na nią niezwykłe powitanie. Przed wjazdem do centrum miasta zbudowano dwa wielkie łuki triumfalne, a cały gród wspaniale udekorowano. Zaraz potem zaczęła się uczta. "Wszystkie stoły były wspaniale zastawione, zatrzymam się jednak tylko przy stole królowej. Ustawiono tam dla dekoracji trzy piramidy z cukru, pomalowane i obsypane pozłótką; piramida znajdująca się na najniższym końcu stołu odznaczała się dużą wysokością. Wszystkie ozdobione były wieloma postaciami historycznymi, jak również pomieszanymi z sobą orłami białymi i czarnymi, to jest herbami Polski i Mantui oraz wieloma różnymi napisami" - przedstawiał w pamiętniku towarzyszący królowej francuski historyk Jean de Laboureur. Wieczorem goście z Francji zobaczyli, że pod oknami pałacu, w którym zamieszkała Ludwika Maria, wzniesiono gmach w kształcie fortecy, wokół niego zaś biegały żywe lwy, tygrysy oraz psy. "Pośrodku był wizerunek samej królowej, otaczały ją nimfy, syreny, delfiny; paliły się przez 2 godziny ognie sztuczne różnego rodzaju. Królowa zaś oglądała widowisko z okien pałacu" - opisuje Łukasz Gołębiowski w monografii "Gry i zabawy różnych stanów".

Następnego ranka obudził ją pokaz taneczny "na specjalnie w tym celu ułożonej podłodze z drewna" - zapamiętał Laboureur. Wśród występujących "wzbudzał szczególne zainteresowanie zespół około pięćdziesięciu Murzynów, którzy tańczyli zbici w tak zwartą gromadę, że dwóch spośród nich wyskoczywszy im na głowy tam wykonywali dosyć długo swój taniec, przedstawiając coś w rodzaju pojedynku, po czym nagle zniknęli z oczu i wmieszali się w tłum, który skłębił się, ciągle jednak jak uprzednio falując w rytm bębnów i piszczałek" - zapamiętał francuski historyk.

Huczne powitania organizowano w Polsce nie tylko dla królowych. Także mniej znamienitych gości starano się czymś olśnić. Czasami przykładano się do tego ze zdecydowanie zbyt wielkim zaangażowaniem. Kiedy w 1676 r. książę Michał Jerzy Czartoryski wraz z orszakiem przejeżdżał przez Łuków, miejscowi Żydzi postanowili na jego cześć urządzić efektowny pokaz fajerwerków. Po odpaleniu spadły one na dzielnicę żydowską, która doszczętnie spłonęła.

To i podobne doświadczenia wskazywały, że bezpieczniej jest się bawić na świeżym powietrzu poza murami miasta. Wymyślne rozrywki organizowane w leśnych zastępach bardzo odpowiadały Polakom. Doświadczył tego nuncjusz papieski Fulwiusz Ruggieri, kiedy w 1565 r. zaproszono go do wspólnego polowania na żubra. Gdy wielkie zwierzę wytropiono w puszczy: "chłopi ścinają drzewa dokoła i robią z nich zasiek, wewnątrz którego żubr zostaje zamknięty, po czym wznoszą loże dla króla, pań i przedniejszych panów" - opisywał. Zabawa zaczynała się, gdy nagonka zapędziła zwierzę tuż pod samą lożę, a ukryci za drzewami myśliwi próbowali je dźgnąć pikami. "Żubr tknięty żelazem uderza rogami w drzewo, za którym stoi myśliwy, ten mu brzuch kordelasem przeszywa, podczas gdy z drugiej strony psy go szarpią i kaleczą, aż póki go nie obalą na ziemię" - przedstawiał mniej interesujący przebieg zdarzeń nuncjusz, przechodząc od razu do tego bardziej zabawnego. "Jeżeli myśliwy chybi lub zakłuty będzie przez żubra, drugi, najbliższy, pokazuje mu sukno czerwone, na widok którego zwierz, nie cierpiący tego koloru, wpada w największą wściekłość, rzuca się na tego drugiego, który chroni się za drzewo i znów podobna pierwszej walka, aż włóczniami i pociskami przeszyty padnie na ziemię" - relacjonował przebieg corridy z żubrami biskup Ruggieri.

Choć należy nadmienić, że i bardziej klasyczna odmiana tej hiszpańskiej rozrywki nie była Polakom obca. W kronice miasta Dynowa opisano, jak kasztelan przemyski Stanisław Jan Wapowski w 1603 r., z okazji urodzin córki, zorganizował na miejskim rynku pokaz walki z bykami. "Bawoła na poły szalonego, na to umyślnie przygotowanego, w miasteczku Dynowie, w rynek ciasny wpuścił" - odnotował kronikarz. Skończyło się tym, że tłum weselników ukrytych za barykadą z drewnianych stołów strzelał do rozszalałego zwierzęcia, z czego się tylko dało. Wedle kroniki podczas kanonady śmiertelnie postrzelono imć Mikołaja Pawłowskiego. Jak weselna zabawa zakończyła się dla byka, przemilczano.

Pieczone jeże do obiadu

Scenariusze zabaw z udziałem zwierząt doskonalono przez stulecia. Karol Radziwiłł, przezywany z powodu nieustannie powtarzanego zwrotu "Panie Kochanku", aby olśnić króla Augusta III, przygotował dla niego w 1761 r. niecodzienny spektakl. Polecił pod Ujazdowem zasadzić las z okazałych drzew i zbudować drewniany amfiteatr. Na ogrodzony płotem teren wypuszczono przywiezione z Litwy zwierzęta. "Za danym z rogów i trąb myśliwskich znakiem, puszczono 8 łosiów, 3 niedźwiedzie, 25 wilków, 23 dzików" - wyliczał Łukasz Gołębiowski. Naganiacze razem z psami popędzili to różnorodne stado wprost na amfiteatr, gdzie honorowe miejsce zajmował tłusty i niezbyt rozgarnięty August III. "Król sam 3 dziki ubił, królewicz kilkanaście sztuk zwierza, niedźwiedzia jednego wziął na oszczep" - dodaje autor "Grier i zabawy różnych stanów".

Tak udany początek dnia na świeżym powietrzu skutecznie wzmagał apetyt. Francuski inżynier i kartograf Guillaume de Beauplan, gdy w 1630 r. przybył do Polski, od razu zauważył, jak miejscowa ludność uwielbia biesiadowanie, "które odbiega od stosowanych przez nas norm" - podkreślał. "Tutaj, w Polsce, i magnaci, i szaraczkowie współzawodniczą między sobą na tym punkcie wedle sił i mogę wszystkich zgodnie z prawdą zapewnić, że nawet ich zwykłe posiłki tak są wystawne i przeładowane jadłem, że znacznie przewyższają nasze bankiety" - twierdził francuski kartograf. Szacując, iż jedna uczta oficjeli państwowych mogła kosztować nawet 60 tys. liwrów. Cudzoziemcowi wydawało się to zupełnie niezrozumiałą rozrzutnością. W tym czasie francuska marynarka zapłaciła za zbudowany w amsterdamskiej stoczni galeon uzbrojony w 50 dział jedyne 39 tys. liwrów. Wychodziło więc na to, że Polacy potrafili w jeden wieczór przejeść nowoczesny, silnie uzbrojony okręt wojenny.

"Tu bowiem - w przeciwieństwie do innych krajów, gdzie zużywa się olbrzymie sumy na przyprawy w rodzaju piżma, ambry, pereł i tym podobne - podaje się na stół dania proste i w dodatku kiepsko przyprawione, ale za to w potwornych ilościach" - uściślał de Beauplan. W uczcie, na jaką w Warszawie został zaproszony, uczestniczyło ledwie 80 wysoko postawionych gości. Ilość serwowanego na przeróżne sposoby mięsa: cielęcego, wieprzowego, baraniego była jednak ogromna. "Wchodzą tutaj nadto pieczone kapłony, kury, kurczęta, gęsi, kaczki, zające, jelenie, sarny, dziki itd., łącznie z inną dziczyzną, jak bażanty, skowronki, przepiórki i inne małe ptactwo" - wyliczał Francuz. Na tym lista potraw wcale tego wieczoru się nie kończyła. Nienasycony biesiadnik mógł skosztować ponadto dużo różnego pieczywa i wymyślnych sałatek. "Dochodzą do tego jeszcze przystawki z różnymi frykasami, jak przetarty groch z kawałkiem słoniny, z którego biesiadnicy odcinają dowolne porcje; słoninę pociętą na drobne kosteczki mieszają z grochem i spożywają przy pomocy łyżek" - dodawał. Ze wszystkich niezwykłych dań oraz deserów kartografowi najbardziej do gustu przypadły ryby, jak sam podkreślał tak znakomicie przyprawione, że w tej sztuce Polacy "przewyższyli wszystkie inne narody".

Wbrew opinii de Beauplana znane są liczne dowody na to, że nie tylko ryby potrafiono w Rzeczpospolitej przyrządzać w wyszukany sposób. Wspomniany już "Panie Kochanku" Karol Radziwiłł specjalizował się nie tylko w uśmiercaniu zwierząt w efektowny sposób. Również organizowane przez niego uczty wspominano przez lata. Na bankiet urządzony w 1784 r. dla króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, na zamku w Nieświeżu wydał astronomiczną wówczas kwotę 2 mln zł polskich. Henryk Rzewuski w "Pamiątkach JPana Seweryna Soplicy" opublikował listę dań wówczas podanych, wyliczając m.in.: łapy niedźwiedzie w wiśniowym soku, ogony bobrowe z kawiorem, chrapy łosie z figatelami (mielonym mięsem wołowym z przyprawami), głowy odyńców w korzennym sosie duszone oraz ... pieczone jeże.

Piwo zamiast sakramentów

Obfity i niekoniecznie lekkostrawny posiłek należało czymś popić. "Taka wielka jest tu nienawiść do wody, że nie podają nawet żadnych polewek ani zup" - narzekał po weselnym obiedzie w 1635 r. Karol Ogier. Nie tylko to zaskoczyło w Polsce sekretarza francuskiego ambasadora. Gdy tylko zabawa nabrała rozmachu "tak ci łacno usłyszeć twego sąsiada przy stole, jakby was przedzielała rzeka, choć tam nijakiej nie masz między wami wody, tylko strugi czystego wina i piwa w wodospadach się spiętrzają" - wspominał dyplomata.

Podobne obserwacje poczynił wenecki poseł Hieronim Lippomano, który zapisał, iż Polacy podobnie jak "inne północne narody - przebierają miarę w napoju, choć to mają na swoje usprawiedliwienie, że ostry klimat zmusza ich do zagrzewania się mocnymi trunkami, do których tak są z dawna przywykli, że cudzoziemców wstrzymujących się od kieliszka mają za niegrzecznych i nieobyczajnych". Odmowa wspólnego picia mogła przynieść tragiczne następstwa. "Nie raz przychodzi stąd do bijatyki i zdarza się, że się porywają do szabel na tego, który by nie odpowiedział kieliszkiem na uczynione sobie wezwanie" - ostrzegał Lippomano. Być może czynił to na wyrost, ponieważ dla wielu uczestników bankietu krwawa bijatyka stawała się jednym z ulubionych elementów wspólnej zabawy. Fryzyjczyk Ulryk von Werdum, gdy w 1670 r. przyjechał do Rzeczpospolitej, by na zlecenie króla Francji Ludwika XIV przygotować spisek przeciw królowi Michałowi Korybutowi Wiśniowieckiemu, okazał się bystrzejszym obserwatorem. "Po hojnej napitce przychodzi u nich często do bójki, przy czym szabla musi walnie błyskać. Szablą tą tną i rąbią się wzajemnie po pięściach, twarzy i gdzie tylko mogą, a uchodzi u nich za rzecz zaszczytną być naznaczonym tu i tam, zwłaszcza zaś na twarzy, pięknymi bliznami i szramami" - wspominał lokalne obyczaje w swej relacji z podróży.

Zasieczenie szablami jakiegoś uczestnika biesiady niewątpliwie ją uatrakcyjniało. Choć nie był to jedyny możliwy sposób zakończenia życia podczas staropolskiej zabawy. W "Opisie obyczajów" Jędrzej Kitowicz wspomina o krajczym wielkim koronnym Adamie Małachowskim, czterokrotnym marszałku Sejmu w latach 1758-1762. "Miał (Małachowski - aut.) u siebie w Bąkowej Górze kielich wielki półgarcowy (ok. 2 litrów) (...). Używał podczas tego kielicha do bankietów i wotów wielkich, ordynaryjnie zaś trzymał go od przywitania każdego, kto pierwszy raz był u niego w Bąkowej Górze" - relacjonuje autor "Opisu obyczajów". Kielich podawano gościowi na powitanie i jeśli ofiara nie potrafiła wypić go do dna duszkiem, piła następną kolejkę. Tak do skutku, aż: "wielu albowiem ludzi zalanych winem poumierało, niektórzy nawet w jego domu, zasnąwszy raz na zawsze snem śmiertelnym" - odnotował Kitowicz.

Pomimo niebezpieczeństw, jakie czyhały na uczestników polskich uczt, wielu obcokrajowców po powrocie do ojczyzny wspominało je z rozrzewnieniem, szczególny nacisk kładąc na trunki, którymi mieli okazję się raczyć. W swych pamiętnikach sekretarz królowej Marysieńki Sobieskiej Chevalier de Beaujeu (pracował po godzinach jako agent króla Jana III Sobieskiego pod swym rodowym nazwiskiem Dalerac) zamieścił opowieść o jednym z papieskich nuncjuszy, który po latach spędzonych w Rzeczpospolitej musiał wrócić do Italii. "Kardynał ten tak upodobał sobie piwo z Warki, że umierając wołał o ten napój, jakby mógł odzyskać zdrowie za jego pomocą. Pragnąc usilnie tego piwa powtarzał nieustannie: »piwa z Warki..., piwa z Warki...«. Obecni myśleli, że kardynał wzywa przy agonii jakiejś nieznanej świętej z obcego kraju, i odmawiając litanię do świętych, dorzucili do niej Świętą Piwę z Warki" - twierdził Chevalier de Beaujeu.

Zabawa na otrzeźwienie

Po wyczerpującym pijaństwie warto było się przewietrzyć. Klimat sprawiał, że idealnie do tego nadawał się kulig. Z sań lub ewentualnie powozów tworzono długą kawalkadę. Często jadący nią uczestnicy kuligu przebierali się za "Żydów, Cyganów, chłopów, dziadów, wiejskie baby i dziewki: »udając ich mowę i ruchy«" - opisywał Jędrzej Kitowicz. W osobnych saniach jechali muzykanci dający koncert, a po bokach galopowała na koniach służba z pochodniami w dłoniach. Rozrywkowa kolumna jeździła od dworu do dworu, wymuszając poczęstunek lub anektując największą salę, żeby o poranku zacząć nowy bankiet. Najlepiej na koszt gospodarza.

Pod koniec życia król Jan III Sobieski zademonstrował poddanym, jak powinien wyglądać prawdziwy kulig. W nocy 20 stycznia 1695 r. spod pałacu Daniłłowiczów w Warszawie ruszyła długa kolumna 107 sań, na czele której gnało konno z pochodniami 24 Tatarów. Za nimi jechały sanie wiozące Żydów grających na cymbałach, potem Kozaków z lutniami i Tatarów z piszczałkami. "Kończyły zaś kawalkadę sanie w kształcie Pegaza uformowane, z których młodzieńce śród gawiedzi ciskali nadrukowanych kart z poezyjami Ustrzyckiego i Chrościńskiego" - zapisał Ludwik Clermont, sekretarz królowej Marii Sobieskiej. Król tamtej nocy odwiedził, żeby ograbić z jedzenia oraz napojów, pałace: Sapiehów, Radziwiłłów i Potockich. Potem bawiono się niemal do wschodu słońca w Wilanowie. Na koniec wszyscy bardzo zadowoleni wrócili do Warszawy.

Niestety potem Polacy bawili się jeszcze huczniej, a ościenne nacje wolały ciężko pracować, budując nowoczesne mocarstwa.

Jakie było wystawne menu? Łapy niedźwiedzie w wiśniowym soku, ogony bobrowe z kawiorem, chrapy łosie, głowy odyńców duszone w korzennym sosie oraz pieczone jeże

@RY1@i02/2014/153/i02.2014.153.000001800.101.gif@RY2@

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.