Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Już nie ma kogo ratować

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Słychać było strzały, krzyki, jeszcze było widać pielęgniarki próbujące ocalić siebie i chorych, czołgających się rannych

Idę niemalże z zamkniętymi oczami, nie chcę na nic patrzeć. (...) Staram się wyłączyć wzrok i słuch. Nic nie widzieć, nic nie słyszeć... Towarzyszący podoficer podchodzi do grupy esesmanów. (...) Nie mamy odwagi podnieść oczu, gdy zwraca się do nas ze słowami: - Tam już nie ma po co iść.

Nie żyją! (...)

Wierzyłyśmy, że ci, którzy są w szpitalu, są bezpieczni, natomiast trzeba ratować tych, którzy jeszcze pozostali w piwnicach, często bez żadnej opieki. Nie mamy siły iść, nogi są jak z waty".

Barbara Piotrowska-Gancarczyk, sanitariuszka batalionu "Wigry".

W dniu wybuchu Powstania Warszawskiego w rejonie Starego Miasta działały dwa szpitale - Maltański, przy Senatorskiej 42, i św. Jana Bożego, przy ul. Bonifraterskiej róg Konwiktorskiej. Od 5 sierpnia komendantem szpitala Maltańskiego był płk dr Leon Strahl, ps. Feliks, szef sanitariatu Komendy Głównej AK. Leczono w nim również rannych Niemców, co uratowało życie ponad 200 pacjentom, kiedy 7 sierpnia do szpitala wkroczyły oddziały niemieckie, a potem 14 sierpnia został opanowany przez oddziały dowodzone przez zwyrodnialca Oskara Dirlewangera, który wsławił się mordami cywilów na Woli. Strahl przekonał hitlerowskiego dowódcę, żeby zgodził się na ewakuację pacjentów. I o dziwo - otrzymał zgodę. Był to jedyny taki przypadek w czasie Powstania. Na Starym Mieście zorganizowano również sieć szpitali polowych, jednym z nich był Centralny Powstańczy Szpital nr 1 przy ul. Długiej 7, który był przygotowany na przyjęcie ok. 600 rannych. Zaczął działać 12 sierpnia w Pałacu Raczyńskich, budynku przedwojennego Ministerstwa Sprawiedliwości.

Barbara Piotrowska, ps. Pająk, 1 sierpnia 1944 r. o godz. 17.00 miała stawić się w punkcie koncentracji przy ul. Kilińskiego 1, w mieszkaniu prof. Stanisława Hempla. Spotkała tam kilka dziewcząt, reszta jej koleżanek miała punkt koncentracji na ul. Jezuickiej 2, obok Kanonii, w mieszkaniu emerytowanego dyplomaty. Gospodarz nie miał pojęcia, do czego wykorzystano jego mieszkanie, ponieważ był głuchy; to jego gosposia była zaangażowana w konspirację. Tak rozpoczął się powstańczy miesiąc Basi... Miesiąc, który wyrył niezatarte piętno na życiu 21-letniej dziewczyny.

W oddziale znalazła się także inna sanitariuszka - Janina Gruszczyńska, ps. Janka (obecnie Jasiak). Dziewczęta poznały się w konspiracji na początku 1942 r., w czasie szkoleń sanitarnych były w jednej piątce (zajęcia były prowadzone w 5-osobowych grupach), przyjaźniły się całą okupację, razem poszły do Powstania, razem ratowały rannych. Po wyjściu z Warszawy trafiły do obozu przejściowego w Pruszkowie, później do obozu pracy we Wrocławiu. Stamtąd we dwie uciekły i po tułaczce wróciły do Warszawy i pracowały w Biurze Odbudowy Stolicy.

Pielęgniarki i sanitariuszki szkolone były od początku okupacji na specjalnych kursach prowadzonych przez młodych lekarzy lub studentów kończących wydział lekarski. Zajęcia odbywały się w mieszkaniach, dziewczęta uczono pierwszej pomocy, wykonywania zastrzyków, bandażowania. Niektóre ze słuchaczek przechodziły praktyki w szpitalach. Po wybuchu Powstania kierowane były do szpitali albo punktów sanitarnych, a sanitariuszki do oddziałów powstańczych.

8 sierpnia Basia została przydzielona do drugiego plutonu Kompanii Szturmowej, dowodzonego przez Jerzego Kowalczyka, ps. Andrzej. Początkowo zadaniem oddziału liczącego 33 żołnierzy była ochrona Kwatery Głównej gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego. Cały sierpień drugi pluton walczył na Starówce, pod koniec miesiąca, kiedy Powstanie w tej części miasta dogorywało, liczył zaledwie kilka osób.

W pierwszych dniach walk Stare Miasto było jeszcze w miarę spokojne, nastroje wśród powstańców były niemal beztroskie. Barbara Piotrowska-Gancarczyk wspomina, jak ksiądz Tomasz Rostworowski, kapelan KG AK, wieczorem przy ognisku siadał do pianina i razem z młodzieżą śpiewał żołnierskie i harcerskie piosenki. Jednak już 12 sierpnia rozpoczęły się naloty, bo Niemcy dowiedzieli się, że mieści się tu Komenda Główna. Coraz więcej było pożegnań na zawsze. - Na Długiej spotkałam znajomą z Saskiej Kępy, Zosię Martens. Podążała za oddziałem. Nie było czasu, żeby zamienić ze sobą kilka słów. Witamy się i żegnamy uśmiechem. Do głowy mi nie przyszło, że to będzie ostatni uśmiech Zosi, jaki zachowam w pamięci. Nie przeczuwałam, że zginie tuż po naszym spotkaniu - wspomina Barbara Piotrowska-Gancarczyk.

Kolejne opowieści stają się coraz bardziej dramatyczne. 13 sierpnia, niedziela. Piękna pogoda.Pojawia się informacja, że na placu Zamkowym zdobyto czołg (był to ciężki transporter ładunków wybuchowych - aut.). Pojazd jedzie staromiejskimi uliczkami, powiewa nad nim biało-czerwona flaga, ludzie wiwatują. Zatrzymał się na ul. Kilińskiego. Tłum gęstnieje, każdy chce zobaczyć zdobycz z bliska. Basia z koleżankami przyglądają się wszystkiemu z balkonu kwatery przy Kilińskiego 1.

- Nagle, w ułamku sekundy padam na ziemię, ogłuszona, brak mi tchu. Zatracam poczucie czasu. Rozdzierające, rozpaczliwe krzyki przechodzą w zwierzęcy ryk, ten skowyt i jęki ludzi przywracają mi świadomość. Klękam. Ręce i nogi mam całe we krwi, spódnica porwana. Rozbite szkło na podłodze, sprzętach. Na sznurkach w pokoju, na których suszyłyśmy bieliznę, wiszą strzępki ludzkich ciał. Potykam się o kadłub człowieka bez głowy i kończyn wyrzucony tutaj siłą wybuchu. Wycofuję się do pokoju sanitariuszek. Te, które ocalały, robią opatrunki, przyłączam się do nich. (...) Widzę przez okno, jak na podwórku kopią wspólne mogiły. Szczątki ludzkie znosi się tutaj w kubłach - opowiada. Zginęło ponad 300 osób, kilkaset zostało rannych, największe straty poniosły bataliony "Gustaw" i "Wigry".

Z każdym dniem w szpitalu na Długiej przybywa rannych. Do pomocy angażuje się sanitariuszki, które przychodzą prosto z dyżurów na barykadach. Tylko nieliczni ranni leżą na zsuniętych łóżkach, reszta pomiędzy łóżkami, a czasem pod nimi, na materacach, noszach, kocach. Nie ma światła. Mały ogarek świecy zapalany jest w wyjątkowych sytuacjach. Trzeba ostrożnie się poruszać, żeby nie nadepnąć na rannych. W sali kilkudziesięciu ciężko rannych, gorączka zwiększa pragnienie, a do podziału niecała szklanka czarnej kawy, którą sanitariuszki najbardziej spragnionym rozdzielają po małej łyżeczce. Noce są względnie spokojne - nie ma nalotów, strzelania i walki. Ciszę przerywają jęki ciężko rannych i krzyki umierających.

Od 20 sierpnia trwa silne ostrzeliwanie oraz bombardowanie rejonu dawnego ministerstwa. Budynek wielokrotnie płonie. Nieliczny personel przenosi dziesiątki rannych. Dla młodych, drobnych sanitariuszek to nadludzki wysiłek. - Droga jest uciążliwa, zawalona gruzem i niebezpieczna, bo walą jak diabli. Za każdym trafieniem pocisku tynk i gruz sypią się na głowę. Szyby dawno wyleciały, więc przynajmniej nie grozi pokaleczenie szkłem. Od pocisków zapalających co rusz w innym miejscu wybuchają pożary. Musimy pokonać szpitalne schody, duże podwórko, kręte przejścia, jeszcze przeskoczyć na drugą stronę ulicy Podwale. Wystarczy przenieść jedną osobę, żeby serce ze zmęczenia skakało do gardła. A trzeba obrócić wiele razy - wspomina Barbara Piotrowska-Gancarczyk.

Kiedy w ostatnich dniach sierpnia zapadła decyzja o ewakuacji kanałami, na wyjście ze Starówki mogli liczyć tylko najlżej ranni. Ci niemogący iść o własnych siłach musieli zostać. W szpitaliku przy Kilińskiego pod numerem 1 zostało pięciu chłopców z batalionu "Wigry". Sanitariuszki Barbara Piotrowska (Gancarczyk) i Janina Gruszczyńska (Jasiak) poprosiły dowódcę o zgodę na pozostanie z rannymi. Nie dostały jej. Wtedy wbrew rozkazowi odłączyły się od grupy i wróciły do powstańców.

Obie dziewczyny najpierw przeniosły kolegów z Kilińskiego do szpitala na Długą. Było tam już kilkaset osób, ludność cywilna, kobiety, dzieci i starcy, trudno było sobie wyobrazić, że coś im grozi. Personel medyczny wyszedł kanałami, zostało tylko kilku lekarzy, pielęgniarki i sanitariuszki. Basia i Janka przekonane, że zostawiają kolegów w bezpiecznym miejscu, wróciły, by szukać innych rannych w piwnicach budynków, wiedząc, że te wkrótce zostaną spalone przez Niemców.

Od ojca Rostworowskiego dowiedziały się, że płonie budynek przy Kilińskiego 3, a w piwnicy są żołnierze "Gustawa". Bez zastanowienia pobiegły ich ratować. Byli tam już Niemcy. Kazali dziewczynom się wynosić, mówiąc, że w piwnicach kryją się bandyci, którzy zostaną rozstrzelani. Janka, doskonale znająca niemiecki, nie ustępowała, zaczęła się wykłócać. Wreszcie Niemiec powiedział: - Dzielne dziewczyny jesteście, możecie ich zabrać.

Biegając po piwnicach, Basia i Janka znalazły kilkunastu ciężko rannych powstańców. Budynek płonął. Wynosiły ich i układały w bramie przy Kilińskiego 1. Były przekonane, że najgorsze za nimi, bo do szpitala na Długiej było niedaleko. Na szczęście dla cudem ocalonych żołnierzy do szpitala nie dotarli. Bo tam hitlerowcy właśnie bestialsko zamordowali kilkaset osób - rannych powstańców, cywilów, lekarzy i pielęgniarki. Tylko nielicznym pozwolono opuścić szpital.

Nie sposób opisać tego, czego jeszcze świadkami były Basia i Janka. Słychać było strzały, krzyki, jeszcze było widać pielęgniarki próbujące ratować siebie i chorych, czołgających się rannych, ojciec Tomasz znakiem krzyża czynionym w powietrzu udzielał rozgrzeszenia umierającym. Został z żołnierzami do końca, tak jak obiecywał im wtedy, gdy śpiewał z nimi powstańcze piosenki, odprawiał msze i na barykadach wynosił rannych spod kul.

2 września 1944 r. Basia i Janka, pod rękę z księdzem Rostworowskim, wyszły ze szpitala przy Długiej 7, zapłakane, na wpół przytomne z bólu, rozpaczy i bezsilności.

@RY1@i02/2014/148/i02.2014.148.050000100.802.jpg@RY2@

ARCHIWUM LECHA CHAREWICZA/FOTONOVA/EAST NEWS

Sanitariuszka w pierwszych dniach Powstania

Małgorzata Czerwińska-Buczek

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.