Diabeł poszedł spać
Rocznie przejeżdżam samochodami 40-50 tys. km, w związku z czym słowo "urlop" w moim przypadku oznacza także wolne od siedzenia za kierownicą. Ale nie w tym roku. Rodzina już w kwietniu zdecydowała, że zawiozę ją do Toskanii. 1,5 tys. km w jedną stronę. Uradowany niczym pacjent, który zorientował się, że amputowano mu nie tę nogę co trzeba, zacząłem poszukiwania właściwego samochodu na wyprawę. Jako pierwsze do głowy przyszło mi szybkie bmw, ale w jego przypadku byłbym spłukany, jeszcze zanim dojechałbym do Słowacji. No i Włosi wołaliby na mnie: "dupek z Polski". Audi? Obawiam się, że w jego przypadku wszystkie systemy bezpieczeństwa przejęłyby kontrolę nad autem już na wysokości Rawy Mazowieckiej, w związku z czym dojechałbym do San Godenzo w dniu, w którym powinienem je opuszczać. Odpadały też wszystkie SUV-y (bo za nimi nie przepadam), a także auta japońskie (bo czułbym się w nich jak 80-latek) i - paradoksalnie - włoskie (bo nimi dojechałbym do celu tydzień później na lawecie). Po długich rozważaniach na placu boju pozostały volvo oraz jakiś francuski van. Francuski, bo to oni go wymyślili i nie wyobrażam sobie, bym mógł sięgnąć np. po niemiecki. To tak, jakby mając do wyboru makaron włoski i norweski, wybrać ten drugi. To po prostu bez sensu.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.