Od Żubra do Sowy
Jeszcze kilka dni temu goście ze szczytów władzy dla właścicieli restauracji byli powodem do chwały. Dziś do goszczenia polityków nikt nie chce się oficjalnie przyznawać
Politycy nie dzielą się na lewicę i prawicę, na konserwatywnych i liberalnych, na rządzących i opozycję. Dla branży gastronomicznej podział jest inny - to VIP-y, lanserzy oraz domatorzy. Wszyscy muszą gdzieś jeść i gdzieś muszą też robić politykę. Ale nie tę znaną z Sejmu. Tylko taką politykę, której kulis powstawania - jak mawiał Bismarck - lepiej nie znać, podobnie jak lepiej nie znać procesu wyrabiania kiełbasy.
VIP-y od lat spotykają się, jedzą i piją w lokalach z najwyższej półki. Takich ze specjalnymi salonikami, ze specjalną obsługą, specjalnym menu i kartą alkoholi oraz specjalną ochroną przed niepowołanymi uszami i oczami (choć to, jak się okazało, może być tylko teoria). VIP-ów nie jest wielu; to najważniejsi ministrowie i szefowie instytucji państwowych, banków, największych spółek Skarbu Państwa, partii. Regularni bywalcy takich miejsc to grupa ok. 30-40 osób.
Znacznie więcej jest lanserów, czyli prominentnych posłów, samorządowców, mniej ważnych członków rządu oraz politycznych doradców. Lanserzy lubią bywać na mieście i lubią być widocznymi, by koledzy, dziennikarze czy lobbyści ich zapamiętali. A więc wybierają miejsca modne, by pokazać, że wiedzą, gdzie wypada bywać, lub takie, w których pojawienie się znanego polityka będzie dla właścicieli lokalu niemałą nobilitacją (czytaj: jest szansa na zniżki lub wręcz jedzenie za darmo).
Domatorzy zaś to nie tyle politycy, którzy knajpianego życia nie lubią. To raczej ci, którzy z niego zrezygnowali. Tych ostatnich, jak widać po taśmach "Wprost", wcale nie jest tak wielu.
Pluskwy - najgorsza plaga
- Afera taśmowa nie powinna być zaskoczeniem. Politycy restauracyjne życie uwielbiają i nie od dziś wiadomo, że w czasie jedzenia i picia niespecjalnie się pilnują. Najbardziej wyświechtaną metodą na szybką i opłacalną robotę jest pstryknięcie fotki co bardziej gorącego polityka na lunchu, obiedzie czy kolacji z innym, najlepiej z opozycyjnego obozu - opowiada mi paparazzi, który od lat realizuje tego typu zlecenia. - Nie jest tajemnicą, że cynk o takich spotkaniach dostajemy od zaprzyjaźnionych kelnerów czy barmanów. Nie powiem, z których knajp, bo teraz mają oni jesień średniowiecza albo nawet gorzej, gdybym chciał zacytować Sienkiewicza. Wszędzie, gdzie bywali politycy, to właściciele trzepią menedżerów, a menedżerowie resztę załogi, czy i u nich jakichś podsłuchów nie było - dodaje fotograf.
Nasi rządzący do tej pory specjalnie nie zważali na to, gdzie, z kim i jakie tematy omawiają. Jarosław Gowin, jako minister sprawiedliwości, chadzał na obiady do restauracji w jednej z ambasad i przy posiłkach omawiał ze współpracownikami m.in. deregulację zawodów prawniczych. Regularnie też dziennikarze przyłapywali Radosława Sikorskiego, Elżbietę Bieńkowską czy Sławomira Nowaka na kolejnych restauracyjnych spotkaniach. - Co rusz przy okazji poważniejszych rozmów ktoś półżartem rzucał: a jakby tak nas teraz ktoś nagrał, to by dopiero było. Ale na poważnie nikt tego nie brał, bo do poważnych rozmów zawsze wybierało się restauracje, które swoim prestiżem obiecywały dyskrecję. Dlatego to, co teraz się dzieje, jest jak przewrót kopernikański - dodaje PR-owiec, od lat współpracujący z politykami.
Wszelkie plotki o ewentualnych podsłuchach w knajpach, które odwiedzali politycy, zawsze kończyły się dla lokali źle. Nieoficjalnie mówi się, że właśnie takie podejrzenie uśmierciło popularną wśród polityków PO restaurację Lemongrass, położoną obok Sejmu. Lokal należący do Andrzeja Kisielińskiego działał pięć lat, od 2006 r., i zyskał sławę ulubionej miejscówki Platformy. Tam PO świętowała w 2011 r. zwycięstwo w wyborach parlamentarnych, a w 2008 r. Janusz Palikot podobno tam rozpoczął poszukiwanie świńskiego łba, który potem zaniósł do telewizji. W Lemongrass bywali Donald Tusk, Bronisław Komorowski, Radosław Sikorski. Mimo to, kiedy rozeszły się słuchy, że nie jest tak dyskretna, jakby sobie życzyli politycy, jej popularność szybko spadła i knajpa się zwinęła.
Podobny los spotkał inną popularną kilka lat temu wśród polityków elegancką restaurację Biblioteka, położoną w budynku nowej biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego na Powiślu. Biblioteka należała do krakowskiego rodu Likusów, który specjalizuje się w oferowaniu luksusowych usług, nic więc dziwnego, że polityków do niej ciągnęło. We wrześniu 2007 r. ówczesny poseł PO Janusz Palikot zorganizował w niej imprezę, by pochwalić się niedawno urodzonym synem Franciszkiem. Na tym politycznym pępkowym bawiła się cała czołówka PO: Grzegorz Schetyna, Mirosław Drzewiecki, Paweł Graś, Bogdan Zdrojewski oraz ówczesny wicemarszałek Sejmu Bronisław Komorowski. Prym podobno wiodła prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz, która zabawiała całe towarzystwo. Jak opisywał "Super Express", zabawa skończyła się tuż przed północą, gdy pojawił się Donald Tusk. Po jego krótkiej rozmowie z Gronkiewicz-Waltz niemal wszyscy opuścili lokal. Wyglądało na to, że obawiają się, iż są podsłuchiwani albo podglądani.
Dwa miesiące później właśnie w Bibliotece odbyło się spotkanie ówczesnego wiceministra zdrowia Bolesława Piechy z PiS z przedstawicielami giganta farmaceutycznego Servier. Po tych rozmowach w niejasnych okolicznościach na liście leków refundowanych znalazła się produkowana przez ten koncern iwabradyna. To spotkanie oraz zmianę na liście leków opisał Piotr Nisztor w dawnym "Dzienniku", ten sam dziennikarz, który skontaktował redakcję "Wprost" z posiadaczem obecnych taśm. Ostatecznie prokuraturze nie udało się wówczas zebrać dowodów na korupcję i śledztwo po trzech latach umorzono. Ale Biblioteka, podobnie jak Lemongrass, już nie działa.
Bursztynowe pięterko
Od tamtej pory VIP-y zaczęły bardziej zwracać uwagę na dyskrecję miejsc, w których bywają. Stąd wzięła się renoma Amber Room. Ta restauracja w pałacyku Sobańskich, siedzibie Polskiej Rady Biznesu, stanowczo wiodła w ostatnich latach prym popularności wśród ludzi biznesu i polityki.
Powodów popularności było kilka: elegancka, w doskonałej lokalizacji (kilka minut spacerem od kancelarii premiera, ministerstw spraw zagranicznych, sprawiedliwości czy edukacji). No i przede wszystkim dyskretna - sprzed Amber Room praktycznie nie ma zdjęć paparazzich. Nic więc dziwnego, że regularnie bywali w niej Jan Kulczyk, Ryszard Krauze czy Jerzy Starak, ale też Radosław Sikorski czy Jacek Cichocki. Dodatkowym atutem lokalu jest też kulinarna sława tego miejsca. To kuchni Amber Room przez ponad sześć lat szefował Wojciech Amaro, to z tego miejsca wywodzą się inni znani warszawscy kucharze, jak Jacek Grochowina czy Dominik Moskalenko.
Drugim punktem, w którym regularnie bywała - bo dziś już nie jest to aż tak prestiżowe miejsce - czołówka polityków, choć właściwie tylko tych z PO, jest miejscówka całkiem odmienna. Niepozorna, w skromnej kamienicy, z żaluzjami w oknach, domofonem i napisem Klub Demeter. Menu nie jest tu nawet w połowie tak wysmakowane jak w Amber Room, za to tu można wybierać spośród dziesiątek gatunków whisky.
Żeby wejść, trzeba zadzwonić i się przedstawić. A wpuszczani są tylko ci, którzy mają tam wejść, czyli posiadacze kart klubowych lub zaproszeni przez nich politycy, rzadziej dziennikarze czy PR-owcy. Klub Demeter taką pozycję zdobył dzięki temu, że jego właścicielem jest Andrzej Długosz, były działacz Kongresu Liberalno-Demokratycznego, ale przede wszystkim jeden z bardziej wpływowych spin doctorów z agencji PR Cross Media. I dlatego w Platformie na tę miejscówkę mówi się "U Długosza". Swoje najlepsze czasy miała, gdy Grzegorz Schetyna był szefem MSW i drugą po Tusku osobą w Platformie. To właśnie Schetyna ze swoim dworem najczęściej widywany był w Demeter. - To może brzmieć śmiesznie, ale ktoś, kto został tam zaproszony, czuł pewnego rodzaju nobilitację. Tak naprawdę dopiero kiedy pierwszy raz tam trafiłam, poczułam się pełnoprawnym politykiem PO - opowiada nam jedna z posłanek partii. - Choć nie był to mój klimat, bo to miejsce dla fanów sportu i whisky - dodaje. Jednak po aferze hazardowej - zresztą to w Demeter Marcin Rosół, najbliższy współpracownik Mirosława Drzewieckiego w resorcie sportu, świętował udany występ przed komisją śledczą - rola tego miejsca znacznie się zmniejszyła.
Dziś największą sławą cieszy się Sowa i Przyjaciele, miejsce na politycznej mapie kulinarnej nowe, które przebojem wbiło się w polityczne podniebienia. - Knajpa Roberta Sowy jest niezła, z dobrą kuchnią, ale wcale nie ma wygodnej miejscówki. To, że zaczęli bywać w niej politycy, to zasługa Łukasza N. Bo to on, mając kontakty z politykami z czasów Lemongrass, zaczął ich tam ściągać. Za nimi przyszli biznesmeni, PR-owcy i inni, którzy zawsze kręcą się przy politykach. Nie ukrywam, że zazdrościliśmy Sowie tak obrotnego menedżera. No, ale do czasu - opowiada szef jednej z większych warszawskich restauracji.
Szarlota zamiast Hawełki
- O popularności danej knajpy wśród polityków decyduje kilka czynników: dobra karta, lokalizacja i właśnie to, że jest polecona - dodaje PR-owiec pracujący z politykami. Takie cechy mają Dyspensa na ul. Mokotowskiej, w której można spróbować jednego z najdroższych win świata (Petrus), Villa Nuova, choć jej popularność polega głównie na tym, że znajduje się w Wilanowie, czyli po drodze do Konstancina, gdzie mieszka wielu VIP-ów, oraz Dom Polski znajdujący się na Saskiej Kępie. To tam w 2012 r. na spotkanie tak spieszył się Grzegorz Schetyna, że został złapany przez policję za przekroczenie dozwolonej prędkości.
Oczywiście są też mniej i bardziej lubiane miejsca w zależności od partyjnej przynależności. Za czasów Lecha Kaczyńskiego ulubioną miejscówką PiS było U Kucharzy vis-a-vis Pałacu Prezydenckiego. Ta restauracja miała wszystko: świetne położenie, dobrą polską kuchnię, mniejsze dyskretne salki. Jej jedyną wadą była zła legenda ciągnąca się za Adamem Gesslerem (od lat niepłacony czynsz za różne lokale). Drugą ulubioną miejscówką wierchuszki PiS była Tradycja położona w pięknej przedwojennej willi Neumanów, też serwująca polską kuchnię. To tam świętowano wygraną Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich w 2005 r., tam też z udziałem Adama Bielana i Michała Kamińskiego był formowany rząd Kazimierza Marcinkiewicza i to tam PiS spotkał się po katastrofie smoleńskiej. Dziś, kiedy U Kucharzy zamknięto, a miejsce Tradycji zajęła Różana, Jarosław Kaczyński podobno najchętniej jada i spotyka się w eleganckiej La Boheme przy pl. Teatralnym.
Także politycy PSL lubią knajpy z wyższej półki, raczej drogie, nawet lekko ostentacyjne. "Fakt" przyłapał dwa lata temu Stanisława Kalembę, ówczesnego ministra rolnictwa, w towarzystwie dwojga swoich zastępców w Ale Glorii należącej do Magdy Gessler.
Jeszcze dekadę, dwie temu politycy aż tak bardzo nie różnili się pod względem tego, gdzie bywają. Bo spotykali się w knajpach, które znajdowały się blisko Sejmu, ministerstw czy siedzib partyjnych. Stąd taką popularnością cieszyły się położona w sejmowych podziemiach Hawełka, a szczególnie jej dyskretny salonik Tetmajerowski, bar za kratą w Hotelu Sejmowym czy Pod Żubrem w dawnej siedzibie SLD przy Rozbrat. W tym ostatnim największa afera wybuchła w 2003 r., gdy młodzi działacze Sojuszu pobili fotografa "Newsweeka" robiącego zdjęcie siedzącym przy stoliku byłemu szefowi NFZ Aleksandrowi Naumannowi i byłemu ministrowi zdrowia Mariuszowi Łapińskiemu.
Dziś Pod Żubrem, wraz ze sprzedażą siedziby SLD, zniknęło, zaś Hawełkę zastąpiło sieciowe Sodexo. Nawet w hotelu poselskim nie dochodzi już do tak spektakularnych wydarzeń, jak wówczas gdy posłowie PiS w dniu głosowania nad skróceniem kadencji parlamentu we wrześniu 2007 r. pili piwo i śpiewali "Glory, glory, alleluja".
Baw się i nie płać
Ostatnie lata to coraz więcej nowości na knajpianej mapie polityków, bo w Warszawie pojawia się coraz więcej modnych miejsc. Przedstawicieli wszystkich opcji można spotkać w ekskluzywnej Nolicie przy ul. Wilczej, w której butelka wina kosztuje nawet 6,8 tys. zł, w Butchery & Wine przy Żurawiej, w Rozbrat 20 czy w Thai Thai przy pl. Teatralnym. Zdarza się tam chodzić VIP-om, choć to już raczej miejscówki oblegane przez lanserów. Do niedawna, gdy ci ostatni chcieli się pokazać, spotykali się raczej w knajpach hotelowych, w Sheratonie przy pl. Trzech Krzyży, Bristolu obok Pałacu Prezydenckiego, hotelu Jan III Sobieski, który leży kilka kroków od siedziby PiS na Nowogrodzkiej, czy w Marriotcie - zarówno tym w centrum Warszawy, jak i tym tuż przy lotnisku.
Lanserzy oblegają też tradycyjnie knajpki przy placu Trzech Krzyży, czyli Szpilkę, Szparkę i Szpulkę, te przy Żurawiej - You & Me czy 6/12. Z nagrania rozmowy posła PO Pawła Grasia z Jackiem Krawcem, prezesem Orlenu, dowiadujemy się, że zainteresowanie budzi nawet opanowany przez hipsterów pl. Zbawiciela ze swoją sztandarową knajpą Charlotte. Panowie śmiali się ze Sławomira Nowaka, który właśnie tam zapraszał jednego z nich: "Co to, k..., jest Charlotte’a? Pytam kogoś potem i się okazuje, że to taki klub hipsterski dla 17-, 18-latków na pl. Zbawiciela. (...) I on się prowadzał, wiesz, po takich klubach". Tam też podobno wieczorem po głosowaniu nad wotum zaufania dla rządu Tuska bawiło się kilku polityków PO.
Ale prezes Krawiec, mówiąc "takie kluby", powinien mieć na myśli Enklawę przy słynącej z rozrywek ul. Mazowieckiej, w której jesienią ubiegłego roku tak dobrze bawił się ówczesny poseł PiS Przemysław Wipler, że nad ranem musiała się nim zająć policja.
Polityczni lanserzy są dla branży gastronomicznej cenni. Nie tylko że na jedzeniu i piciu nie oszczędzają, to jeszcze - jak to z celebrytami bywa - ich wizyta może knajpę rozsławić. Czasem taka strategia może jednak restauratorów wpędzić w problemy. Kiedy trochę ponad rok temu w Miasteczku Wilanów otwierała się nowa knajpa, to tuż przed oficjalnym debiutem zamkniętą imprezę urządziła w niej wierchuszka Ruchu Palikota. Właściciele lokalu, by zapewnić sobie ich przychylność, zaoferowali, że politycy mogą kupować wszystko bez marży, nawet alkohol. I rzeczywiście ludzie z RP imprezowali przednio, zjedli i wypili za kilkanaście tysięcy złotych. Tyle że rachunek został uregulowany dopiero w tym roku po wielu monitach i podobno nawet straszeniu sądem.
Domatorów w tym rozrywkowym towarzystwie nie ma specjalnie wielu. Część to posłowie z dalszych ław, wiceministrowie techniczni, a nie polityczni, którzy nie bywają, bo są dla biznesu, innych polityków i lobbystów po prostu za mało interesujący. Pierwszym i najważniejszym domatorem jest jednak sam premier. - Nie żeby Tusk knajpianego życia nie lubił. Przeciwnie, jeszcze w czasach kiedy PO była w opozycji, chętnie tak właśnie robił politykę - opowiada jeden z polityków Platformy. - Widywano go i w Lemongrass, i U Długosza, i w Różanej, i w Orientalnej w Sheratonie. Szczególnie gdy były mecze. Kiedy jednak został szefem rządu, to kawiarniane życie zakończył niemal z dnia na dzień i w restauracjach pojawia się tylko na oficjalnych spotkaniach - dodaje poseł.
To właśnie przynajmniej Tuskowi zagwarantowało bezpieczeństwo niepojawienia się na taśmach. I wygląda na to, że w jego ślady może pójść w najbliższym czasie nie tylko Platforma.
@RY1@i02/2014/123/i02.2014.123.00000050e.805.jpg@RY2@
Michał Kołyga
Lemongrass. Jej sława trwała tylko pięć lat
@RY1@i02/2014/123/i02.2014.123.00000050e.806.jpg@RY2@
Karol Serewis/East News
Amber Room. Wabiła dobrą kuchnią oraz gwarancją dyskrecji
@RY1@i02/2014/123/i02.2014.123.00000050e.807.jpg@RY2@
Michał Kołyga
Ale Gloria. Tylko dla wielbicieli gustu Magdy Gessler
@RY1@i02/2014/123/i02.2014.123.00000050e.808.jpg@RY2@
Karol Serewis/East News
Sowa i Przyjaciele. Politycy z pewnością będą ją omijać
Sylwia Czubkowska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu