Sposób na brodę
Jazda pod prąd mazdą 3
Wybory do europarlamentu, walki na wschodzie Ukrainy, powódź w Bośni i Hercegowinie, tani węgiel z Afryki wykańczający nasze kopalnie - wszystko to nieważne, nieistotne, niewarte zainteresowania. Cała Polska od dwóch tygodni żyje Konczitą Kiełbaską, która wygrała Eurowizję. Kobietą, która goli sobie pachy, nogi i bikini, a nie goli sobie gęby. W jej zaroście palce maczają już wszyscy: politycy, ekonomiści, księża, dziennikarze, lekarze, artyści, sportowcy i hodowcy kóz. Jedni przy tej okazji odmieniają przez wszystkie przypadki słowo "skandal", inni - "tolerancja". I nikt z nich nie ma racji. Bo broda Konczity nie ma nic wspólnego z tolerancją, skandalem, seksualnością, prawami człowieka ani z wolnością wyboru. To nawet nie jest spór o to, co jest lepsze: kiełbaska czy muszelka. To jest po prostu anomalia przyrodnicza - jeden nietypowy przypadek przypadający na miliony normalnych. Jak czterolistna koniczyna, biały lew, syjamskie bliźnięta, opady śniegu na pustyni Gobi albo Korwin-Mikke.
Kiedyś w zoo w duńskim Djursland na świat przyszedł kangur albinos. Był brzydki, ale szybko zyskał sobie ogromną sympatię. Tłumy z całej Europy waliły do Djursland, żeby go zobaczyć i zrobić sobie z nim zdjęcie. Dokładnie tak samo jest z Panią Kiełbaską - wygrała Eurowizję, bo jest przyrodniczym ewenementem. Nie sądzę jednak, żeby udało się jej - czego boją się przeciwnicy filozofii gender - wypromować masową modę na noszenie brody do sukienki i wąsów do bikini. Spróbuję to ująć jeszcze inaczej: fakt, że uważam Tyriona Lannistera z "Gry o tron" za najciekawszą postać w całej serialowej kinematografii świata, nie oznacza wcale, że chciałbym być karłem. A to, że lubię Amsterdam, nie znaczy, że mam zadatki na kokainowego dilera. Rozumiecie, co mam na myśli? Fakt, że Kiełbaska wygrała muzyczny konkurs, nie oznacza, że chłopy w całej Europie za chwilę wskoczą w kiecki i rajtuzy modelujące sylwetkę. Nie mamy się czego obawiać, a cała ta brodata dyskusja nie ma najmniejszego sensu. I dowodzi jedynie tego, że wielu naszych polityków to idioci, którzy nie mają nic do powiedzenia w naprawdę ważnych kwestiach: edukacji, gospodarki czy bezpieczeństwa, za to świetnie znają się na męskim zaroście i muzyce.
Natomiast jeżeli Pani Kiełbasce naprawdę zależy na wylansowaniu nowej mody, powinna zacząć od Japonii. Tam jej broda może zyskać nawet status narodowego fetyszu. Nie żartuję. Ostatnie globalne badania dowodzą, że w Kraju Kwitnącej Wiśni za każdym rogiem czai się zboczeniec. Tylko tam kupicie dakimakurę - poduszkę o kobiecych kształtach. Tylko tam, wydając kilka jenów, otrzymacie profesjonalne tamakeri, czyli porządnego podniecającego kopniaka między nogi. I tylko tam używane damskie figi kosztują więcej niż nowe (teraz już rozumiem, dlaczego przed jednym z lumpeksów na Woli w dniu dostawy towaru pojawia się całe kierownictwo polskich oddziałów Hondy, Sony i Hitachi). Innymi słowy, Japończycy to straszne świntuchy. Jestem pewien, że u nich Konczita rozwinęłaby skrzydła.
Skoro jesteśmy przy japońskich fetyszystach, śmiało możemy poruszyć temat mazdy. Ostatnio miałem okazję pojeździć jej najnowszym kompaktem - "trójką". I odniosłem wrażenie, że została stworzona właśnie przez jakiegoś fetyszystę. Po pierwsze niebywale dopieścił wszystkie najdrobniejsze elementy jej karoserii i wnętrza, przez co cały samochód wygląda naprawdę olśniewająco. I jest doskonale wykonany. Szczerze mówiąc, pod względem materiałów użytych do wykończenia wnętrza, jakości ich montażu oraz ogólnej atmosfery za kierownicą, Mazda 3 ociera się o Audi A3 czy BMW 1, czyli modele z segmentu premium. Podobnie jest w kwestii jazdy. Dawno nie prowadziłem auta kosztującego mniej niż 100 tys. zł, wprawiającego w tak dobry nastrój. Nie potrafię dokładnie tego wytłumaczyć, ale siadając za kierownicą "trójki", po prostu dostawałem banana na twarzy. A nie powinno tak być, zważywszy że silnik, jaki miała pod maską, to 165-konny wolnossący benzyniak, którego w niedalekiej przeszłości skrytykowałem tak bardzo, że Magda z Mazdy chciała mi zafundować tamakeri. Ale to było przy okazji większego, cięższego i stworzonego do innych celów modelu 6. Tymczasem w trójce ten motor okazał się fantastyczny - spokojny i ekonomiczny przy spokojnej jeździe (mniej niż 8 l w mieście), spontaniczny i rasowo brzmiący przy ostrzejszym traktowaniu (tylko ciut powyżej 8 sekund do setki). A subiektywnie nawet wydał mi się cichszy niż w "szóstce".
Więcej zalet? Proszę bardzo - mazda 3 ma zaskakująco przestronne wnętrze, sporo nowatorskich systemów bezpieczeństwa, jest bardzo intuicyjna w obsłudze i przykuwa uwagę. Najfajniejsze jednak jest w niej to, że - w przeciwieństwie do większości nowoczesnych kompaktów - ma w sobie to coś. Pierwiastek, którego nie jestem w stanie wskazać palcem, a który odpowiada za to, że jako całość bardzo mi się podoba. Tak bardzo, że w ogromnym napięciu czekam na jej usportowioną wersję MPS, która będzie miała w okolicach 300 koni. Mam nadzieję, że będzie jak tamakeri - usiądę za jej kierownicą, wcisnę gaz i stracę przytomność. A następnie odpadnie mi broda.
@RY1@i02/2014/099/i02.2014.099.00000170a.803.jpg@RY2@
Mazda 3
@RY1@i02/2014/099/i02.2014.099.00000170a.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu