Krótka historia obojętności
Jeśli jesteś matką Polką, nie możesz liczyć na to, że ktoś się za tobą ujmie. Gdybyś wyszła za Araba, wszyscy by wiedzieli, żeś choć głupia (kto się wiąże z obcą kulturą), masz przechlapane i trzeba ci pomóc. Ale jeśli twoim mężem jest Francuz, przedstawiciel Wyższej Cywilizacji, nie masz racji na wejściu. - Mogę jej nie mieć, ale chcę odzyskać dzieci. I wiarę w to, że jako matka Polka mam prawa. I moje państwo stanie w mojej obronie - mówi Katarzyna Martin
Szanowna Pani, dziękuję serdecznie za opis sprawy. Mam kilka informacji. Niestety nie widzę wielkiej szansy, aby organizacje partnerskie obserwowały sprawę we Francji. Nie mamy niestety w Paryżu żadnej zaprzyjaźnionej organizacji, która mogłaby pomóc (...)" - Adam Bodnar, Helsińska Fundacja Praw Człowieka
Kiedy pytam Katarzynę Martin, kiedy ostatnio widziała dzieci, ta elegancka, dobrze ułożona, wykształcona kobieta zamienia się w małą dziewczynkę. Łzy zmazują perfekcyjny makijaż. Nos robi się czerwony, a drobne dłonie drżą. - W listopadzie 2012 roku - wydusza. Od tamtego dnia nie rozmawiała z nimi przez telefon ani na Skypie, nie wymieniła nawet e-maili ani SMS-ów. Tak jakby były od niej odległe o lata świetlne, a nie o 1513 km, które dzielą Warszawę od Tulonu. Katarzyna płacze. Jak dzieciak smarka w chusteczkę. Bo nic nie wskazuje na to, żeby doszło do cudownego zwrotu akcji. - Nie mam pieniędzy, nie mam adwokata, pochodzę z dziwnego kraju na wschodzie Europy - wylicza. I dodaje, że już sama nie wie, kto albo co mogłoby ją uratować.
Krótka historia niespełnionych ambicji
Najkrócej jak się da: Katarzyna Ewa Martin - Polka wyszła za Francuza. Urodziło im się jedno dziecko w Warszawie, mąż dostał robotę w Czechach, wyjechali razem i tam zamieszkali. Tam urodziło im się jeszcze dwoje dzieci. Zaraz po urodzeniu trzeciego dziecka KEM zorientowała się, że mąż ją zdradza, sprawa się rypła, mąż wniósł sprawę o rozwód. Dobrze zarabiał, a w końcowej fazie związku wyjechał z Czech do Maroko, gdzie z kumplami dorwali się do królewskiej kasy i robili interes życia" ( z listu, który sprawił, że zajęłam się tą sprawą).
drobna, zgrabna, blondynka, ambitna ponad miarę. Studiuje stosunki międzynarodowe na UW, szlifuje język francuski (bo po angielsku mówią już wszyscy), ucząc się, pracuje w PwC, potem przeskakuje do Societe Generale. Zdaje sobie sprawę, że międzynarodowe korporacje mogą ją ustawić zawodowo na całe życie. Ciężko pracuje, ale też się bawi, wokół są ludzie z całego świata. Wszyscy młodzi, gotowi drzeć pazurami robotę. Ale i kochać, z całych sił.
Arno - czyli Arnaud Martin - pojawia się na jej widnokręgu w 1998 r. Jego francuska ojczyzna ma taki zwyczaj, że zamiast pakować obiecujących, inteligentnych facetów w kamasze, wysyła ich na dwa lata do krajów tzw. niebezpiecznych. A te kryteria zdaniem francuskich biurokratów spełniała wówczas Polska. Mają się otrzaskać w nowym terenie, popracować we francuskich firmach - po kilku miesiącach w jednej przenosi się ich gdzieś indziej.
I właśnie podczas pobytu w Polsce Francuz Arno odbywający staż w Vision Express oraz otwarta na Europę studentka Katarzyna padli sobie w ramiona. Starsza o dwa lata Polka przypadła mu do gustu. Może dlatego i ona tak się zaangażowała, że miał depresję, źle czuł się w obcym kraju, który wydawał mu się brzydki, zimny i wrogi? Może włączył się jej tryb: opiekunka? - Po prostu zakochaliśmy się w sobie - mówi dziś. W zasadzie cudem ta młodzieńcza miłość się nie wypaliła, bo Arna z Warszawy szybko zaczęli przenosić: Szwajcaria, Bruksela. Latali do siebie na weekendy, kradli chwile. - On chciał się żenić, ja inwestować w karierę. Skończyć studia. Mój trzymiesięczny pobyt w Brukseli, gdzie przyjechałam do niego na próbę, był porażką: nie miałam co tam robić. Ale poznałam jego rodzinę, ma przesympatyczną matkę. A Arno nalegał na sformalizowanie związku - opowiada.
Nie chciała wyjechać do niego do Szwajcarii, miała w kraju dobrą pracę w kancelarii prawnej, świetnie zarabiała, wciąż się uczyła. To on rzucił pracę i przyjechał do Warszawy. W 2002 r. powiedzieli sobie "tak". Zamieszkali razem, urodziła się Laura. Sielankę zakłóca to, że Arno nie może znaleźć pracy. Katarzyna zarabia na utrzymanie rodziny, młodym pomagają jej rodzice, u których mieszkają. On czuje się źle, niedowartościowany jako mężczyzna. Kiedy dostaje propozycję od kolegi, który zakłada firmę w Czechach, oboje z Katarzyną są wniebowzięci. - Mój mąż z chłopca bez pracy stał się dyrektorem z fantastycznymi zarobkami, pakietem socjalnym i służbowym mieszkaniem w Pradze - wspomina kobieta. Przeprowadzili się tam w styczniu 2003 r. Tym razem ona była w obcym środowisku: dookoła Czesi i Francuzi. W styczniu 2004 r. rodzi się Maxim. Laura ma wówczas niecałe 1,5 roku. Kamil przychodzi na świat w lutym 2006 r.
Krótka historia wygasłej miłości
W trakcie sprawy rozwodowej KEM zorientowała się, że jest inwigilowana i że zagraża jej niebezpieczeństwo. Kiedy zażądała, by mąż przeprowadził ją do Polski, ten przy pomocy swojej czeskiej adwokatki porwał dzieci, wywiózł je do Francji. Na drugi dzień pani mecenas załatwiła w miejscowym sądzie przyznanie mężowi tymczasowej opieki nad dziećmi, chcąc w ten sposób zalegalizować ich uprowadzenie. Dzieci wkrótce potem trafiły z ojcem do Maroko na duplikatach paszportów z pomocą konsulatu francuskiego w Czechach (mimo że KEM uprzedziła, że ma paszporty i jeśli mąż zgłosi, iż zaginęły, to próbuje je wyłudzić). Adwokatka męża, będąca już jego kochanką, dopiero teraz mogła na nim wymóc wspólne zamieszkanie w Maroko. Wykorzystując pretekst pomocy w opiece nad powierzonymi mu nagle małoletnimi, dołączyła do niego. (Z fragmentów listu, który sprawił, że zaangażowałam się w tę sprawę).
- Jak żyjemy w Pradze? W moim rozumieniu szczęśliwie. Planowaliśmy co najmniej trójkę dzieci, bo każde z nas pochodziło z wielodzietnej rodziny, więc taki był nasz plan na związek. A jeszcze mieliśmy tę przewagę, że nasza sytuacja bytowa była co najmniej dobra i wydawałoby się superstabilna - wspomina Katarzyna. Wprawdzie trochę doskwierało jej to, że od kilku lat nie może się ruszyć z domu, bo wciąż jakiś niemowlak jej wisi przy cycku, że musi zarzucić swoje zawodowe ambicje, że ludzie dookoła niej mówią innymi językami, mają inne zwyczaje i śmieją się z innych rzeczy, ale w gruncie rzeczy była szczęśliwa. Kocha dzieci. Włączył się jej tryb: matka - porody, połogi, karmienie. Dobrze, że miała opiekunkę do dzieci. Arno był zapracowany, ona to rozumiała. Gotowała, sprzątała, czekała, żeby wpadł na lunch, choć wpadał jak po ogień. A kiedy wracał wieczorem, walił się do łóżka jak kłoda.
- Ale przyszedł dzień, kiedy Kamila odstawiłam wreszcie od piersi, dwójka starszych poszła do przedszkola, a w moim organizmie hormony zaczęły inaczej działać - pamięta Katarzyna. Uznała, że musi odzyskać siebie. Z trybu: matka zaczęła przechodzić na tryb: kobieta. Fryzjer, dieta, dbanie o siebie. Świeczki do kolacji. Powiedziała pewnego wieczora: "Chcę się w tobie drugi raz zakochać". A on ją odepchnął. Było jej przykro, ale nigdy sobie tego nie wyjaśnili. Zwłaszcza że Arna coraz częściej wieczorami bolała głowa. I coraz częściej wyjeżdżał na delegacje. Kiedy zaczęła się jej świecić czerwona lampka? Kobiety są niepoprawnie głupie. Zwłaszcza zakochane. Przyjmują na wiarę, że parapet został cały utaplany stearyną dlatego, że mąż czytał sobie poezję w blasku świec, podczas kiedy ona z dziećmi była u jego rodziców we Francji. Coraz częściej ich tam wysyłał. Albo że fotografie rodzinne w sypialni frontem do ściany poodwracała niemądra pomoc domowa. A to, że mąż zasłania monitor komputera, kiedy ona wchodzi do pokoju, to dlatego że ma na nim ważne służbowe sprawy. - Chcę mieć z Kasią czwórkę dzieci - mówił Arno na towarzyskich spotkaniach, a znajomi patrzyli z niedowierzaniem.
Kamil miał rok, kiedy Arno, dociśnięty do ściany, przyznał: "To prawda, prowadzę podwójne życie. Jest inna kobieta, chcę z nią być". Tą kobietą okazała się Czeszka, recepcjonistka w jego firmie. Kasi życie wywróciło się do góry nogami. Arna także, bo koledzy w pracy zaczęli się z niego śmiać. Wzięli jej stronę. On stracił prestiż i grunt pod nogami. Bywał agresywny. Zaczął się ping-pong. Kłótnie i godzenie. Potem tylko kłótnie. W lutym 2007 r. wyprowadził się, powiedział jej: "Nie będę ani z tobą, ani z nią". Już do domu nie wrócił. Dostał pracę w Maroku jako dyrektor finansowy firmy, która budowała pole golfowe na gruntach otrzymanych od króla. Wielka szansa i wielka kasa. Nie mógł tego zaprzepaścić.
Katarzyna wstydzi się opowiadać o szczegółach tamtych chwil. O tym, jak ktoś kradł co rusz tablice rejestracyjne z jej samochodu - dla cudzoziemca to wielki kłopot. O tym, że pewnej nocy auto stoczyło się ze stromej uliczki, gdzie zaparkowała, wyrżnęło maską w mur kamienicy ("Może zapomniałam zaciągnąć ręczny?", choć z nagrań monitoringu wynika, że ruszył dopiero po kilkunastu godzinach od zaparkowania). O ludziach, którzy chodzili za nią, bałaganie w domu, który powstał, kiedy wyszła z dziećmi na spacer... - Miałam wrażenie, że oszalałam, że owładnęła mną jakaś paranoja - wspomina. Inna sprawa, że już wcześniej Arno nad nią "pracował". Wmawiał, że ma nie po kolei w głowie, próbował zdyskredytować w oczach znajomych.
Krótka historia bycia Polką w Czechach
Jana Plaňavová-Latanowicz, doktor nauk prawnych, absolwentka Uniwersytetu Karola w Pradze, na UW zajmuje się europejskim prawem gospodarczym, europejskim prawem prywatnym oraz międzynarodowym arbitrażem handlowym. A także zastosowaniem prawa unijnego w międzynarodowym arbitrażu handlowym oraz formami wykorzystania arbitrażu do rozstrzygania sporów w prawie unijnym. W sprawie Katarzyny Martin pisze do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka:
Szanowna Pani Prezes, poniżej przesyłam podstawowe elementy stanu faktycznego w sprawie, o której rozmawiałam dzisiaj telefonicznie. Sprawa dotyczy naszej byłej studentki i ma charakter międzynarodowy (polsko-czesko-francuski). Na skutek bezprecedensowego postanowienia sądu czeskiego pozbawiono obywatelkę Polski p. Katarzynę Martin opieki nad trójką jej dzieci i faktycznie uniemożliwiono jej kontakt z nimi".
Jest 13 kwiecień 2007 r., kiedy Arno składa pozew o rozwód w sądzie w Pradze. I wyjeżdża do Afryki. Katarzyna zostaje w obcym mieście, w obcym kraju, z trójką małych dzieci. I w zasadzie te dzieci oraz mieszkanie, za które wciąż płaci była już firma męża, to wszystko co jej zostało. No i jeszcze kilku francuskich przyjaciół. Pomagają, jak umieją. - Mąż zablokował konta bankowe, zabrał auto, które dostał od firmy ze względu na liczną rodzinę, zlikwidował ubezpieczenia na mnie i na dzieci. Nie mieliśmy nawet prawa do opieki zdrowotnej. Oznajmił, że będzie łożył na rodzinę 20 tys. koron czeskich, to dziś jakieś 3 tys. zł. Za opiekunkę płaciliśmy wcześniej 16 tys. koron. Więc opiekunka musiała odejść - wspomina Katarzyna. Żeby było jasne: Arno zarabiał ponad 8 tys. euro, czyli ponad 32 tys. zł.
Jak żyli? W braku poczucia bezpieczeństwa. I w długach. Za szkołę młodszego syna mąż zostawił dług w wysokości 40 tys. koron. I żądał, aby szkołę dla starszej córki przy ambasadzie francuskiej (rodzaj wczesnodziecięcej edukacji, u nas przedszkole, wszystkie dzieci Francuzów tam chodziły) zamienić na szkółkę czeską. Katarzyna dług miała też u lekarza, który opiekował się dziećmi. Jako że z mężem nie mogli się dogadać (zresztą kontakt był ograniczony), wystąpiła w maju do sądu o alimenty. - A konkretnie wnioskowałam nie o określoną kwotę, ale złożyłam wniosek, żeby mąż dodatkowo opłacał opiekunkę do dzieci - tłumaczy. Prawdę mówiąc, nie dawała sobie sama rady. Jeszcze jak wszystko było w porządku, ogarniała: Kamil w wózku, dwójka za lub na ręce, i biegała: szkoła, sklepy, spacery. Ale już kiedy najmłodszy się rozchorował, to starsze nie szły do szkoły - nie miał ich kto odprowadzić, przecież nie zostawi malucha samego w domu.
Sąd przysłał do niej opiekunkę społeczną na wywiad środowiskowy. Poszło kiepsko. Pani, w wieku 22 lat, była negatywnie nastawiona. Pytała: czemu wysyła dzieci do zagranicznej szkoły, kiedy może do państwowego przedszkola? Po co zagraniczny lekarz, nie można leczyć dzieci w publicznej placówce zdrowia? - Moje dzieci są polsko- i francuskojęzyczne, od zawsze uczęszczały do szkółki przy ambasadzie francuskiej. Miałyby teraz pójść w obce środowisko, gdzie nikt nie mówi w ich języku? Lekarz był czeski, ale mówiący po francusku, znał każde z mojej trójki od urodzenia. Ale pani z opieki społecznej wydawało się to zbytkiem - opowiada Katarzyna. I dodaje, że w pewien sposób rozumie dzisiaj tę kobietę: pracowała z biednymi, patologicznymi rodzinami i żądania znerwicowanej Polki wydawały jej się przesadzone. - Tyle że ja walczyłam o to, aby dzieci, które przed chwilą straciły ojca, nie straciły wszystkiego. Poczucia stabilizacji, bezpieczeństwa. Żeby miały choć część tych rzeczy i osób, do których były przyzwyczajone - tłumaczy. Czeski sąd miał na ten temat inne zdanie.
Krótka historia zdesperowanej matki
Jana Plaňavová-Latanowicz pisze do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka:
Czeski sąd w formie środka tymczasowego odebrał zamieszkującej tam wówczas matce p. Katarzynie Martin (obywatelce Polski) trójkę nieletnich dzieci i powierzył je do opieki ojca (obywatela Francji), który kilka dni przed wydaniem orzeczenia wywiózł je bez zgody matki do Francji i później do Maroko, gdzie obecnie pracuje. Według relacji matki decyzja sądu czeskiego zapadła bez rozprawy na podstawie pisemnego raportu kuratora kolizyjnego opracowanego bez uwzględnienia wyjaśnień składanych przez matkę (ta nie włada językiem czeskim, a kurator nie znała innego języka). Na postanowienie sądu czeskiego matka złożyła zażalenie i sąd czeski w drugiej instancji potwierdził postanowienie sądu pierwszej instancji co do przekazania opieki nad dziećmi ojcu i dodatkowo uchylił części regulujące zasady kontaktu matki z dziećmi".
Jest styczeń 2008 r., kiedy Katarzyna Martin trafia do szpitala, a dzieci do zaprzyjaźnionych rodzin. Dziś wie, że powodem było psychiczne i fizyczne wyczerpanie, bo wówczas była wrakiem człowieka, który nie był w stanie zwlec się z łóżka. Kroplówki, antybiotyk, punkcja kręgosłupa, a terminy w praskim sądzie lecą. Arno straszy, że odbierze jej dzieci, bo ona nie jest w stanie się nimi zająć. Katarzyna chce wrócić do Polski, ale wynajęta adwokat odradza: wyrok zapadnie w Pradze w trybie zaocznym, nie będzie miała nic do powiedzenia. W dodatku jej rodzice są ciężko chorzy. Więc siedzi w mieszkaniu i pisze nieporadną czeszczyzną pisma do sądu. Ale jeszcze zanim je wyśle, już dostaje odpowiedzi. - Ja wtedy naprawdę miałam wrażenie, że zwariowałam - przyznaje. Prosi o pomoc prywatnego detektywa Karola Zelenkę, żeby jego firma sprawdziła, czy nie ma w jej mieszkaniu podsłuchów. Ten się niby wzbrania, ale okazuje się, że wie o niej sporo. Krótko po rozmowie ktoś się włamuje do jej domu, patroszy kable w ścianach, wezwana na miejsce policja wszczyna śledztwo, prokuratura umarza je z powodu niewykrycia sprawcy...
- Tak jak wcześniej bałam się wyjechać, żeby nic się nie wydarzyło za moimi plecami, tak po tych wydarzeniach marzyłam o jednym: wziąć dzieci i wrócić do Polski. Ale to nie była łatwa sprawa. Potrzebowałam pomocy, potrzebowałam pieniędzy. Kiedy mąż po 7 miesiącach niewidzenia się z dziećmi przyjechał do Pragi, miałam plan: zmuszę go, żeby nas przeprowadził do Warszawy - opowiada. Arno wziął dzieci (szczęśliwe, że mają wreszcie tatę) na weekend do wynajmowanego od dawna, jak się okazało, mieszkania, a ona zamówiła firmę przewozową. Kalkulowała: będzie chciał wracać na ten superkontrakt do Maroka, więc może zgodzi się wreszcie rozsądnie porozmawiać, zgodzi się, żeby ona z dziećmi stąd wyjechała. Jednak nie chciał. Ale się zaparła: jeśli tak, to i ty nigdzie nie pojedziesz, masz obowiązek opiekować się rodziną. - Zapłacisz mi za to - wysłał SMS-a, którego zachowała do dzisiaj.
Przepychanka trwała kilka tygodni. - Chciałam, żeby się poczuł odpowiedzialny za dzieci - wspomina. Potrzebowała jego współpracy, ustalenia, jak dalej będą żyli, jak będą wyglądały kontakty z dziećmi, ich przyszłość. Brała go na przetrzymanie. Kursowała: dom, mieszkanie Arna, szkoła, woziła dzieciakom posiłki. Już nie miała nadziei, że się z mężem zejdą, ale wierzyła, że się dogadają. - To był 3 października 2008 r., kiedy podjechałam pod mieszkanie Arna z obiadem dla dzieci. Cisza, pusto, nikogo nie ma - wspomina Katarzyna. Tknięta przeczuciem zadzwoniła do Francji, do teściów. Odebrała matka męża. - Daj mi, proszę, Laurę do telefonu - rzuciła w ciemno. Za chwilę, stojąc w Pradze, słuchała głosu swojej najstarszej córki. - Jesteśmy u dziadków, mamuś, jechaliśmy w nocy samochodem.
Trzy dni później, pocztą, dostała zaoczną decyzję praskiego sądu, który ceduje opiekę nad dziećmi na ojca, a jej nakazuje wydać mu dokumenty podróżne małoletnich. Ona może je widywać w każdy drugi weekend w miesiącu w Maroku między godz. 9 a 17. Ale jemu te paszporty już nie były potrzebne, bo konsulat francuski w Pradze wyrobił ich duplikaty. - Ja rozumiem, że konsulaty pomagają swoim obywatelom, nawet na granicy prawa - wzdycha. I pokazuje kolejną teczkę z dokumentami, które opowiadają o przepychankach z francuskimi urzędnikami. Mówiąc w wielkim skrócie: wyrażają ubolewanie i piszą, że już nic nie da się zrobić. Katarzyna na każde spotkanie przychodzi z walizeczką na kółkach wypchaną dokumentami. Walizka jest niemal jej wielkości.
Krótka historia bezradności Polki w Paryżu
Jana Plaňavová-Latanowicz:
Rozmawiałam z p. Katarzyną Martin (z domu Zając). W wyniku tego spotkania siedzę o tej późnej porze i sprawa do mnie nieustannie wraca. Z taką dozą oportunizmu, jaką wykazały się czeskie sądy w dwóch instancjach, nie spotkałam się przez całą swoją dotychczasową karierę. Pani podnosiła, że p. Katarzyna nie jest w stanie Pani podać wyniku postępowania przed czeskim sądem. Na jej obronę powiem tyle, że ja zrozumiałam wyrok sądu drugoinstancyjnego dopiero po godzinie uważnej lektury w ciszy domowej, i to wszystko w moim języku ojczystym. Wynik jest taki, że w postępowaniu o wydanie zarządzenia tymczasowego sąd potwierdził prawomocne zarządzenie sądu pierwszej instancji, iż została odebrana matce trójka nieletnich dzieci. Jednocześnie uchylił część wyroku sądu pierwszej instancji, w którym uregulowano formy kontaktu matki z dziećmi. Czyli dzieci zostały oddane do opieki ojca i sąd odmówił uregulowania zasad kontaktu z nimi".
Katarzyna jedzie do Francji za dziećmi. Ojca z nimi nie ma, jest w Maroku. Teściowie nie chcą się zgodzić na to, żeby z nimi się spotkała. Wzywają policję. Katarzyna w kajdankach ląduje na prefekturze w celi, pobita, sponiewierana. Wraca do Polski. Potem okazuje się, że dzieci z Francji zniknęły. Mąż wywiózł je do Afryki - jest już styczeń 2009 r. Pikanterii tej historii dodaje fakt, że razem z nim w Maroku wylądowała czeska pani adwokat Lucie Nesporova, którą na początku ich małżeńskich waśni Arno zaangażował jako pełnomocnika do przeprowadzenia rozwodu. Do dziś są parą. Mecenaska angażuje się w spór jako osoba prywatnie zainteresowana. Jednak żadnej z kolejnych instytucji prawnych, przed którymi toczy się postępowanie, to nie przeszkadza. - Traktuje mnie jako nie żonę klienta, ale rywalkę - mówi Katarzyna.
Jedzie do Maroka, żeby wyśledzić, gdzie są jej dzieci. Nie znajduje, ale gromadzi fakty, zbiera pieniądze. W 2010 r. uzbrojona w wiedzę znów robi wyprawę do Marrakeszu. Lucie Nesporovej nie ma w domu, pojechała do Pragi na swoją sprawę rozwodową. Katarzyna przekonuje męża i spędza dwa cudowne dni z dzieciakami w wynajętym hotelowym pokoju. Ale adwokatka wraca i zdecydowanie ucina kontakt Katarzyny z mężem i z dziećmi. Każe się wynosić. Potem już nikt nie odbiera od niej telefonów.
- Ja wiem, jak niewiarygodnie ta moja opowieść brzmi - zastrzega Katarzyna Martin. I dodaje, że nic nie może na to poradzić. Że życie jest bardziej pokręcone niż wszystkie filmowe produkcje klasy C razem wzięte.
Sprawa o ustalenie kontaktów z dziećmi zostaje przeniesiona z Pragi do Paryża. Męża Katarzyny przed sądem reprezentuje sława tamtejszej palestry Veronique Chauveau. Francuska mecenas wcześniej spotyka się z Katarzyną w Polsce - 24 kwietnia 2009 r., na międzynarodowej konferencji dotyczącej problemów prawnych związków transgranicznych. Martin prosi ją o pomoc, daje komplet dokumentów. Po dwóch tygodniach okazuje się, że adwokatka już reprezentuje jej męża - złożyła podpis na dokumentach przesłanych do paryskiego sądu 13 maja 2009 r. A Katarzyna nie ma pieniędzy na pomoc prawną - francuscy adwokaci, kiedy dowiadują się, kto będzie ich przeciwnikiem, żądają dziesiątków tysięcy euro honorariów. Katarzyna spotyka się z adwokatem z biura Chauveau ponownie na sali sądowej w Paryżu. Nie ma szans w tym starciu - bez pełnomocnika, nawet tłumacza. Przedstawicielka konsulatu polskiego w Paryżu zostaje wyproszona przez francuską sędzię z sali.
Rozprawa, która się toczy, miała być w sprawie ustalenia jej kontaktów z dziećmi. Jednak słuchając jej przebiegu (Katarzyna potajemnie nagrywa ją na komórkę), można odnieść wrażenie, że to ona jest tutaj główną oskarżoną. - Choć i w Polsce zdarza się, że sędziowie odnoszą się do stron procesu w trakcie rozpraw w sposób bardzo oschły i surowy, to z czymś takim, jak to, u nas się nie spotkałem - komentuje nagranie mec. Marcin Młyńczak z kancelarii Lengiewicz Wrońska Berezowska i Wspólnicy Kancelaria Prawnicza s.c. w Warszawie. Sędzia, która śmieje się w głos z Katarzyny, kiedy wobec drugiej strony zachowuje się z szacunkiem. Rzuca niemerytoryczne uwagi. Pozwala sobie na stwierdzenia (po uwadze, że Katarzyna nie ma adwokata), że jest w Paryżu jakaś mecenas polskiego pochodzenia, ale co z niej za adwokatka (śmiech).
Taki fragment: Katarzyna prosi sąd, żeby korzystając z tego, że jest we Francji, mogła się spotkać z dziećmi. - A gdzie się chce pani z nimi spotkać? - pyta sędzia. - Zatrzymałam się w Boulonge, u przyjaciół - odpowiada. - Ale dzieci są w Tulonie - mówi sędzia. - Pojadę za nimi wszędzie - niemal płacze Katarzyna. Odpowiedzią jest śmiech.
Sprawa została zamknięta. Decyzją sądu dzieci zostają przy ojcu. Ona ma prawo widywać się z nimi raz na miesiąc przez 3 godziny w warunkach kontrolowanych. - Jest duży stół, po jednej stronie ja, po drugiej dzieci. Nie można się przytulić, wszystkiemu przygląda się i kontroluje urzędnik - opowiada Katarzyna. Ostatnie takie spotkanie odbyło się w listopadzie 2012 r. Patrzyli na siebie z dziećmi jak więźniowie skazani na dożywocie.
Jeszcze krótsza historia szukania sprawiedliwości w ETPC
Szanowna Pani, niniejszym informuję panią, że Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekający jednoosobowo (sędzia J. Sikuta przy pomocy sprawozdawcy, na podstawie art. 24 ust. 2 Konwencji) zadecydował na posiedzeniu w dn. 4 października 2012 r. o uznaniu powyższej skargi za niedopuszczalną. Decyzja ta jest ostateczna i nie podlega zaskarżeniu ani do Trybunału, z Wielką Izbą włącznie, ani do jakiejkolwiek innej instytucji (...). Łączę wyrazy szacunku, z upoważnienia Trybunału E. Hubalkova".
- Jak dostałam ten wyrok, to oniemiałam. Nie mogłam zrozumieć, że Trybunał zamknął nam usta - opowiada mec. Emilia Naumann, która pisała Katarzynie tę skargę. I nie ukrywa, że jest zdziwiona, iż została ona tak szybko rozpatrzona. - Brakowało mi wskazania przyczyny, dlaczego Trybunał odrzucił naszą skargę. Jest wiele przesłanek formalnych, które należy spełnić przy jej wnoszeniu, ale jestem przekonana, że wszystkie zostały dotrzymane. Pisałam inne skargi w imieniu klientów i zawsze miałam do czynienia z merytorycznymi rozstrzygnięciami ze strony Trybunału - mówi wzburzona, choć minęło już od tamtej chwili trochę czasu. - Dla Katarzyny Martin była to ostatnia deska ratunku - dodaje.
Pojawiły się informacje, że mecenas Lucie Nesporova, która występuje jako pełnomocnik Arnauda Martina, jest znajomą sędziego Sikuty z Uniwersytetu Karola w Pradze. To jest normalne, że w sprawach przed Trybunałem - jeśli pozwane jest dane państwo - sędzia rozstrzygający pochodzi z tego samego kraju. Jak mówi inna prawniczka, z którą rozmawiam o tej sprawie, ludzie obracający się w danym środowisku zwykle się znają. Ale trudno robić z tego merytoryczny zarzut, choć niesmak pozostaje.
Krótka historia ciągu dalszego, którego końca nie widać
Katarzyna Ewa Martin czeka na przywrócenie terminu, żeby złożyć zażalenie na działanie sądu w Paryżu. Ustabilizowała sytuację w Polsce: ma firmę, dużo zleceń, znalazła partnera, któremu urodziła córkę. Ale nie rezygnuje z walki o dzieci. - Bo to by było tak, jakbym zrezygnowała z siebie - tłumaczy. I już szkicuje mi na kartce papieru ustawienia łóżek w ich warszawskim mieszkaniu, kiedy Laura, Maxim i Kamil znów będą z nią.
Chciałam umieścić w tym tekście także stanowisko jej męża Arnauda Martina. Odpisał, że musiałby najpierw przeczytać, co na jego temat powiedziała Katarzyna. Nie mogłam się na to zgodzić. Tak samo, jak na przesunięcie tekstu w nieokreśloną przyszłość, czego także zażądał. Napisał także, iż nie życzy sobie, aby w tekście znalazły się niepochlebne opinie pod adresem jego nowej partnerki życiowej. Nie miałam takiego zamiaru. Ale jako pointę tego tekstu przytoczę wpis, jaki Lucie Nesporova zrobiła 28 września 2012 r.na Facebooku. Pisze m.in. (tłumaczenie moje): "Ostatnia noc była naprawdę zabawna, całą się prześmialiśmy. Ta Polka złożyła nam niespodziewaną wizytę i oświadczyła, że nie akceptuje decyzji sądu. I jako matka ma prawo, aby zobaczyć dzieci. Jak można być tak ograniczoną?".
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.00000040a.810.jpg@RY2@
Współpraca Natalia Nalazek, Natalia Ryńska
Mira Suchodolska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu