Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Informatyczne podróże kulinarne

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Kac moralny

San Francisco i okolice to region, w którym nawet doświadczonemu kulinarnemu turyście z przewodnikiem Michelina pod pachą nie uda się trafić tam, gdzie jedzenie jest naprawdę boskie. W miejscach tych nie można bowiem zrobić rezerwacji, nie ma ich na liście lokali gastronomicznych, nie mają gwiazdek na Yelpie. To stołówki pracownicze w firmach branży IT takich jak Facebook, Dropbox, Google czy Twitter.

Pierwszy idealny lunch w San Francisco zjadłam w Dropboxie, wprowadzona przez pracującą tam koleżankę. Stołówki nie trzeba było szukać, bo cały Dropbox jest w istocie stołówką. Odbiega ona jednak od platońskiej normy stołówki, czyli bytu pachnącego kapustą i opasanego ceratą. To raczej ogromny Starbucks, z głębokimi fotelami, kanapami, wysokim barem tu i ówdzie, dębowymi stołami, nad którymi zwieszają się mosiężne lampy. Biurka owszem, są, ale stłoczone w kątach ogromnego openspaceu, którego sercem jest właśnie stołówka. Co do jedzenia, to nie mam słów, co jest nieco niefortunne, zważywszy na istotę medium, w którym się wypowiadam. Z sześciu propozycji (wegańska, mięsna, włoska, orientalna i coś tam jeszcze) wybrałam zestaw: kaczka nadziewana jabłkami na szparagach i zupa szafranowa. Potem wróciłam po miskę owoców, co było pewnym ryzykiem, bo nie znałam nazw połowy z nich. Do picia wzięłam ociosanego kokosa z rurką i koktajl z mango, granatu i spiruliny (moja koleżanka poszła po lokalne wino do lady z alkoholem; zza szybki można było sobie też wyciągnąć wszystkie piwa świata). Dropbox niedawno podkupił kucharza z Googlea (wojny podjazdowe o szefów kuchni są w branży na porządku dziennym) i od tego czasu, jak mówili mi podnieceni pracownicy, menu nie powtórzyło się ani razu. Na koniec miałam okazję sprawdzić umiejętności dwóch nowych specjalistów od deserów (dziwaczna beza o niebiańskim smaku z nadzieniem z zielonej herbaty). Szefowa działu client operations, niejaka Olga, oznajmiła mi językiem bardzo formalnym, pochłaniając rzeczoną bezę: "Od czasu zatrudnienia specjalistów deserowych musiałam zreorganizować swoje codzienne menu, tak aby znaleźć racjonalny sposób na spożycie dodatkowego dania". Ja. Też. Bym. Chciała. Musieć. Zreorganizować.

Na następny lunch pojechałam pociągiem, do PaloAlto, do siedziby Facebooka. Tu sprawa ze znalezieniem stołówki była nieco bardziej skomplikowana. FB mieści się na ogromnym kampusie i mój kulinarny Cyceron Wojtek musiał zajrzeć do specjalnej aplikacji. "Jak pójdziemy tędy, to będzie dzisiaj meksykańskie, a jak tędy, to steki. Tutaj jest cukiernia, też darmowa. Możemy też iść na kanapki". Wybraliśmy meksykańskie, które smakowało fantastycznie, mimo że musieliśmy patrzeć na wielki telebim z napisem "You can do it" i słuchać, nie wiedzieć czemu, Bon Joviego na pełny regulator (podobno szef kuchni tak lubi i nie należy go drażnić, bo sobie pójdzie gdzie indziej). Potem udaliśmy się do jednej z tysiąca stacji z orzeszkami, żelkami, owocami w czekoladzie i całym mnóstwem malutkich przedmiocików z różowym lukrem, gdzie obudziło się we mnie zapomniane już dziecko komunizmu i napełniło sobie dobrami dwie torebki. A co.

Na ostatni stołówkowy posiłek, tym razem śniadanie, zaprosił mnie niejaki Gabor, analityk danych z Twittera. Pobraliśmy widelce z pojemników z napisem #forks, talerze oznaczone #plates i ruszyliśmy w gąszcz jaj na twardo, na miękko, sadzonych, wstrząśniętych i mieszanych, w labirynt kiełbasek, parówek, bekonów i wędlin sojowych, w świat past jajecznych, orientalnych, sezamowych i humusopodobnych, w królestwo pieczonych na miejscu bułeczek, chlebów, naleśników i croissantów, na które nakładaliśmy dżemy, czekolady i owoce. I żeby było śmieszniej, spożyliśmy te cuda w jednej z chat z drewnianych bali, które przywieziono do Twittera specjalnie z lasów Kanady, żeby stołówka wyglądała fajnie.

Jaki z tego morał, oprócz tego, że się człowiek najadł? Morał to może nie, ale na pewno pytania. Czy bizantyjski przepych, głównie kulinarny, zwraca się firmom w postaci energii wkładanej w pracę przez zatrudnionych? Być może przychodzą wcześniej, żeby zjeść śniadanie, i nie wychodzą na miasto na lunch? A jeśli się nie zwraca, to czy pomaga w przyciągnięciu największych talentów jako karta przetargowa w walce o potencjalnych geniuszy? A może sęk w tym, że wystarczy ludzi dobrze nakarmić, żeby nie walczyli o podwyżkę? No bo przecież nie może być tak, że bez powodu traktuje się pracowników jak ludzi, prawda?

@RY1@i02/2014/089/i02.2014.089.000002500.802.jpg@RY2@

WOJTEK GÓRSKI

Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Karolina Lewestam

etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.