Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Bolszewickie zielone ludziki

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

Po nieudanej próbie wywołania w Polsce rewolucji sowieckie służby specjalne próbowały wiosną 1924 r. upozorować antypolskie powstania na Kresach Wschodnich

Być może dla Władimira Putina wzorcami godnymi naśladowania wcale nie są carowie, lecz dwóch polskich szlachciców. Po obsadzeniu w kraju większości stanowisk byłymi oficerami KGB prezydent Rosji powtarza na wschodniej Ukrainie operację niegdyś zaplanowaną pod egidą: Feliksa Dzierżyńskiego oraz Wiaczesława Mienżyńskiego.

Obaj bohaterowie ruchu komunistycznego, wywodzący się z szanowanych polskich domów, nie tylko zbudowali sowiecki aparat bezpieczeństwa. Potrafili też używać go do nowatorskich operacji poza granicami kraju. Jedną z najambitniejszych była próba zdestabilizowania II Rzeczypospolitej za pomocą zamachów terrorystycznych, oderwania od niej ziem zamieszkanych przez Białorusinów, a na koniec doprowadzenie do rozpadu całego państwa.

Czarne chmury na Wschodzie

Informacje, jakie przekazał polskiemu wywiadowi sowiecki dowódca posterunku granicznego, który zbiegł w lutym 1923 r., brzmiały niepokojąco. Opowiedział, że OGPU, policja polityczna zajmująca się także wywiadem i kontrwywiadem, zbudowało w Połocku obóz szkoleniowy dla dywersantów. Przebywało w nim ok. 400 ludzi. Nietrudno się było domyślić, iż wkrótce podejmą oni działania na terenie Rzeczypospolitej.

Tymczasem zbieranie informacji o tym, co dzieje się za wschodnią granicą, przychodziło polskiemu Oddziałowi II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego z coraz większym trudem. Kierujący sowiecką policją polityczną Feliks Dzierżyński okazał się znakomitym organizatorem. Najpierw osławiona Czeka (poprzedniczka OGPU) stłumiła wszelki opór przeciw władzy komunistów. Następnie Dzierżyński, po reformie służb specjalnych i utworzeniu OGPU, przejął nadzór nad działaniami prowadzonymi poza granicami ZSRR. Dzielnie sekundował swojemu szefowi syn osiadłego w Petersburgu polskiego szlachcica Wiaczesław Mienżyński. Wedle raportu polskiego wywiadu ów uzdolniony matematyk i miłośnik perskiej poezji: "na posiedzeniach kolegium GPU mówi mało, lecz z jego uwagami wyjątkowo i bardzo się liczą. Zwykle jego uwagi dotyczą ogólnych zagadnień polityki GPU. W bieg poszczególnych spraw zupełnie nie wtrąca się, pozostawiając pełną inicjatywę swym pracownikom".

Z tak śmiertelnie niebezpiecznymi przeciwnikami musiał się zmierzyć Oddział II Sztabu Generalnego. W tym czasie kierujący nim ppłk Ignacy Matuszewski miał już bardzo słabą pozycję. Wprawdzie odniósł wiele sukcesów podczas wojny z bolszewikami w 1920 r., lecz wszyscy wiedzieli, iż jest zaufanym człowiekiem Piłsudskiego. Dla prawicowo-ludowego rządu Wincentego Witosa stało się to nie do zniesienia. Dlatego Matuszewskiego zastąpił w połowie 1923 r. bezbarwny ppłk Michał Bajer. Notabene autor tej roszady minister spraw wojskowych gen. Stanisław Szeptycki wcześniej śmiertelnie skłócił się z Piłsudskim i wyzwał Marszałka nawet na pojedynek, co tamten ostentacyjnie zignorował.

Polityczna wojna polsko-polska rozkręcała się w najlepsze, kiedy sowieccy dywersanci przeszkoleni w obozie w Połocku oraz zakonspirowane komórki partii komunistycznej podjęły na terenie Rzeczypospolitej terrorystyczną ofensywę. W Warszawie i Krakowie późną wiosną 1923 r. przeprowadzono serię zamachów bombowych. Zginęło kilka osób, a sparaliżowany rozgrywkami personalnymi polski wywiad okazywał się bezradny. Możliwe, iż ataki bombowe stanowiły jedynie zasłonę dymną, a prawdziwym celem sowieckich agentów było zgładzenie Józefa Piłsudskiego podczas uroczystości 3 maja na placu Saskim. Andrzej Pepłoński w monografii "Wywiad Polski na ZSRR 1921-1939" twierdzi, iż z nieznanych przyczyn w ostatniej chwili akcję odwołano i przygotowane już ładunki wybuchowe nie opuściły terenu radzieckiego poselstwa w Warszawie. "Jednocześnie podjęto przygotowania do zamachu na Józefa Piłsudskiego w jego willi w Sulejówku. Do akcji tej również nie doszło" - opisuje Pepłoński.

Ale rankiem 13 października 1923 r. Warszawę obudził potężny wybuch. W powietrze wyleciał skład amunicji znajdujący się obok Pawilonu X Cytadeli. Zginęło 28 osób, ok. 160 zostało rannych. Tego samego dnia, po posiedzeniu rządu, premier Witos wydał oświadczenie. "Po próbach terroru przez rzucanie bomb w różnych miastach Polski i zamachach na urządzenia kolejowe, wybuch dzisiejszy jest nowym, jaskrawym wyrazem bezwzględnej walki z państwowością polską - walki prowadzonej od długiego czasu na różnych polach życia państwowego" - ogłosił. Rząd oficjalnie przyznawał, że trwa cicha wojna przeciw II RP.

Sprawców tragedii wkrótce ujęto. Okazali się nimi oficerowie wojska polskiego Antoni Wieczorkiewicz i Walery Bagiński. W trakcie śledztwa ustalono, iż od dawna należeli do Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Ta zaś wypełniała instrukcje przesyłane z Moskwy. Po krótkim procesie sąd skazał zdrajców na karę śmierci. Ale zaraz po wydaniu wyroku 6 grudnia 1923 r. poselstwo rosyjskie w Warszawie przekazało polskiemu MSZ ofertę wymiany skazańców na kilku Polaków uwięzionych w ZSRR. Propozycję przyjęto, lecz jeden z policjantów konwojujących Wieczorkiewicza i Bagińskiego zastrzelił ich nim przekroczyli granicę z ZSRR.

Białoruscy powstańcy

Dogorywający od długiego czasu Włodzimierz Lenin zmarł pod koniec stycznia 1924 r. O sukcesję po nim walkę toczyli Józef Stalin z Lwem Trockim. Ale czarnym koniem tej rozgrywki stawał się sławny dowódca z czasów rewolucji Michaił Frunze. To on pomagał Stalinowi odbierać kolejne ważne partyjne funkcje Trockiemu. Wedle relacji sowieckiego dyplomaty i szpiega Grigorija Biesiedowskiego, który pod koniec lat 20. zbiegł do Francji, również za sprawą Frunzego uległa zmianie taktyka w wojnie podjazdowej z Polską.

Zamachy terrorystyczne nie dawały znaczących efektów, podobnie jak próby wzniecenia rebelii wśród klasy pracującej. Nawet krwawe walki uliczne, które stoczyli krakowscy robotnicy z ułanami na początku listopada 1923 r., nie przyniosły wybuchu rewolucji. Wkrótce potem upadł słaby gabinet Witosa i ponadpartyjny rząd fachowców utworzył Władysław Grabski. Dla Frunzego był to dowód, że OGPU nie wznieci buntu wśród Polaków. Co innego na Kresach Wschodnich, gdzie dominowali Ukraińcy i Białorusini. Zwłaszcza ci ostatni mieli zadatki na powstańców.

Białoruska partia komunistyczna chwaliła się, iż posiada konspiracyjne komórki w każdej gminie. W wielu udało się założyć składy broni, a nawet zorganizować udarnaje grupy (grupy uderzeniowe). Wsparte przez dywersantów z ZSRR mogły wzniecić wojnę domową. Długa na ponad 1400 km granica z Polską okazywała się łatwa do przekroczenia. Na prawie dwóch trzecich jej długości rozciągały się lasy i bagna, a województwa wschodnie II RP należały do ziem najsłabiej zaludnionych w Europie. Do tego jeszcze miejscowości przygraniczne zamieszkiwali głównie Białorusini, Ukraińcy i Żydzi, niepoczuwający się do zbytniej lojalności wobec młodego państwa. "Działalność agentów i kurierów Czeka (od 1922 r. OGPU - przyp. aut.) ułatwiała szerząca się korupcja wśród funkcjonariuszy Policji Państwowej, pełniących wówczas służbę na granicy wschodniej" - zapisał Andrzej Pepłoński w książce "Kontrwywiad II Rzeczypospolitej".

Sprowokowanie ruchów separatystycznych wydawało się łatwą sprawą, potem z pomocą powstańcom miała przybyć Armia Czerwona. Frunze do tej koncepcji przekonał całe radzieckie kierownictwo. Dzierżyński nie protestował, bo jego OGPU już od dawna organizowało akcje sabotażowe, głównie na Polesiu. Od kwietnia 1921 r. do wiosny 1924 r. uzbrojone grupy aż 259 razy wyprawiały się z ZSRR w głąb Polski. Te okazjonalne działania miały teraz przybrać planowy charakter.

Przygotowanie do zdestabilizowania północno-wschodniej części Polski OGPU rozpoczęło od założenia w Mińsku oraz kilku innych miejscowościach nowych obozów szkoleniowych, a następnie rozpoczęto werbunek dywersantów. Przy czym wcale nie wybierano ideowców, lecz kryminalistów lub najemników. Zapewniono im przeszkolenie i broń, a także bezpieczne przejście przez granicę. Mieli napadać na polskie urzędy, posterunki policji, majątki ziemskie. Jako gratyfikację otrzymali przywilej rabowania wszelkiego, co im się spodobało.

Gorące lato 1924

Nagły wzrost liczby napadów na polskie majątki ziemskie i gospodarstwa bogatych rolników (zwanych Amerykanami) obudziły rząd Władysława Grabskiego. Premier specjalnym dekretem z 16 kwietnia 1924 r. upoważnił MSW oraz Ministerstwo Spraw Wojskowych do nadzwyczajnych kroków w celu powstrzymania akcji dywersyjnych. Odpowiedzialność za nadzór nad północno-wschodnim odcinkiem granicy przekazano inspektorowi Armii Wilno gen. Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu. Po czym przez wiele tygodni nie przekazano mu odpowiednich pełnomocnictw prawnych, by mógł podjąć jakiekolwiek operacje militarne.

Państwo zastygło w bezradności, natomiast "zielone ludzki" niewiadomego pochodzenia robiły się coraz bardziej zuchwałe. Grupy dywersantów w krótkim czasie dokonały 189 napadów na polskie placówki. Rozbito posterunki policji m.in. w Krzywiczach i Wiszniewie, gdzie zastrzelono także komendanta powiatowego, komisarza Włodzimierza Łopacińskiego. W Wiszniewie przy okazji obrabowano wszystkie sklepy, wywożąc pięć wozów z łupami.

Jednocześnie Kreml robił wszystko, by sprawić wrażenie, iż za to nie odpowiada. W Komisariacie Spraw Zagranicznych w Moskwie 31 lipca 1924 r. parafowano z polskimi przedstawicielami ostateczny protokół wytyczający przebieg granicy między Rzeczpospolitą a ZSRR. Niecały tydzień później, nocą z 3 na 4 sierpnia, oddział ok. 60 dywersantów uderzył z czterech stron na miasteczko Stołpce, leżącą zaledwie kilka kilometrów od granicy z ZSRR miejscowość, gdzie znajdowała się ważna stacja kolejowa i urzędy powiatowe. Choć terroryści prawie codziennie dokonywali w regionie jakiegoś zamachu, to miasteczko słabo przygotowano na taką ewentualność. Mimo tego policjanci obronili starostwo oraz posterunek, stracono natomiast stację kolejową i pocztę. Dywersanci zdobyli też areszt, uwalniając dwóch prominentnych działaczy Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi: Józefa Łohinowicza i Stanisława Mertensa (polska policja zatrzymała ich, gdy nielegalnie przekraczali granicę, wracając z Moskwy). Odgłosy strzelaniny zaalarmowały stacjonujący niedaleko miasteczka pluton 26 Pułku Ułanów. Ruszył on szybko z odsieczą.

"Pierwsza w centrum Stołpców miała znaleźć się - zapewne kilkuosobowa - szpica, która zaskoczyła rabujących sklepy. Ci w pierwszym momencie rozpierzchli się, ale wkraczający na rynek za czołowym ubezpieczeniem pluton został już powitany ogniem broni maszynowej" - opisuje Piotr Cichoracki w monografii "Stołpce-Łowcza-Leśna 1924". Polaków zaskoczyło to, że napastnicy dysponowali karabinami maszynowymi. Ułani wycofali się więc na obrzeże miasteczka. W tym czasie bandyci rozdzielili się na kilkunastoosobowe odziały i różnymi drogami opuścili Stołpce. Żaden z nich nie zginął. Zabili jednak siedmiu policjantów, trzech urzędników starostwa i przypadkowego woźnicę. "Przez całe dwudziestolecie nigdy w trakcie jednorazowego incydentu nie zginęło tak wielu policjantów" - odnotował Cichoracki.

Za dywersantami ruszyła obława. Pochwycono kilkunastu ludzi, ale jak się potem okazało, żaden nie brał udziału w nocnej napaści. Jedynie pod Orciuchami rozbito jedną z grup i wzięto trzy osoby do niewoli. Reszta bez problemów przedarła się przez granicę. Wedle meldunku ułani nie mogli temu zapobiec, bo "wojska bolszewickie w ilości 30 żołnierzy w tyralierze wspierały ogniem karabinowym cofającą się bandę".

Przed zupełną klęską polską stronę ocaliło to, że jeden z pojmanych "zielonych ludzików" zaczął sypać. Nazywał się Piotr Joda i przeszedł sześciomiesięczne przeszkolenie w ośrodku treningowym OGPU w Mińsku. Chętnie opowiadał o metodach walki partyzanckiej, jakich uczyli go sowieccy specjaliści, i akcjach, w których uczestniczył. Gros dywersantów było komunistami lub najemnikami pochodzenia białoruskiego, ukraińskiego, polskiego lub rosyjskiego. Grupy zbrojne oficerowie OGPU zwykle jedynie dowozili ciężarówkami na granicę i zostawali na terenie własnego kraju, rzadko bezpośrednio uczestnicząc w akcjach. Dzięki temu Związek Radziecki mógł twierdzić, iż nie ma niczego wspólnego z białoruskimi separatystami. Sąd doraźny w Nowogródku docenił szczerość Jody i jako jedynego, spośród trzech oskarżonych, nie wysłał na szubienicę.

Zawodowcy od obrony granic

"Słabość po naszej stronie w zwalczaniu zdecydowanej i planowanej przeciw Polsce akcji bolszewików, prowadzonej, tak w kraju, jak i na wschodnim pograniczu, przynieść nam może katastrofalne następstwa" - ostrzegał w liście wysłanym do premiera 5 sierpnia minister spraw wojskowych gen. Władysław Sikorski. "Pełnomocnictwa udzielone generałowi Śmigłemu-Rydzowi nie zmieniają postaci rzeczy. Generał Śmigły-Rydz jest bowiem organem wykonawczym Pana Ministra Spraw Wewnętrznych, a jego pełnomocnictwa tak słabe, że na przeniesienie jednego komisarza policji potrzeba góry pism i całych tygodni" - narzekał w kolejnym liście Sikorski, domagając się wprowadzenia stanu wyjątkowego w przygranicznych województwach.

Po napaści na Stołpce w polskiej prasie rozpoczęła się burza. Bezradność władz zaszokowała dziennikarzy, polityków i opinię publiczną. Żądano czynów. Tymczasem minister spraw zagranicznych Aleksander Skrzyński jedyne co mógł zrobić, to złożyć notę dyplomatyczną w poselstwie radzieckim w Warszawie. "Ujęci bandyci zeznali, że przygotowanie wojskowe do dokonania napadu na Stołpce otrzymali w ciągu ostatnich 6 miesięcy w Mińsku, w specjalnej organizacji przeznaczonej do prowadzenia akcji bandyckiej w Polsce. Kierownictwo powyższej organizacji, mającej charakter wojskowy, znajduje się w Mińsku przy ul. Podgórze; szkolenie bandytów odbywa się w Mińsku przy ul. Niemieckiej; podzieleni są oni na grupy, na czele których znajdują się specjalni instruktorzy wojskowi" - informował Sowietów szef polskiego MSZ. W odpowiedzi komisarz spraw zagranicznych ZSRR Gieorgij Cziczerin ogłosił, iż stosowne władze przeprowadzą wnikliwe śledztwo w tej sprawie, niemal śmiejąc się prosto w nos polskiemu rządowi.

Nie mogąc znieść tej sytuacji, prezydent Stanisław Wojciechowski zaprosił 21 sierpnia rząd do Spały na dwudniowe obrady. Zdecydowano tam, iż wbrew postulatom Sikorskiego nie zostanie wprowadzony stan wyjątkowy, cofnięto też specjalne pełnomocnictwa generałom. Walką z dywersantami miała się zająć zupełnie nowa formacja specjalna - Korpus Ochrony Pogranicza. Liczącą 24 tys. żołnierzy jednostkę tworzono w wielkim pośpiechu. Budowali ją zawodowi oficerowie i podoficerowi wojska oraz poborowi z rocznika 1902. Pora na przybycie wsparcia była już najwyższa.

Wczesnym popołudniem 24 września 1924 r. czterdziestoosobowy oddział dywersantów urządził pod Łunińcem zasadzkę na pociąg. Jechał nim do Brześcia wojewoda poleski Stanisław Downarowicz. W wydzielonym dla urzędników wagonie podróżowali też komendant wojewódzki policji Józef Mięsowicz oraz pracownik Wydziału Bezpieczeństwa Poleskiego Urzędu Wojewódzkiego Witold Sztompke. Z kolei razem z innymi pasażerami siedzieli senator PSL Wyzwolenie Bolesław Wysłouch oraz biskup miński Zygmunt Łoziński. Tuż przez godziną 14 maszynista zobaczył ludzi na torach. Zwolnił, sądząc, iż prowadzony jest remont. Nagle z trzech stron na pociąg spadł grad kul z karabinów maszynowych. "Ostrzał był tak silny, że podróżujący ukryli się przed nim w miarę możliwości, jakie dawały wagony" - opisuje Cichoracki, dodając, iż nikt nie myślał o stawieniu oporu. Licząca siedmiu funkcjonariuszy policyjna obstawa skapitulowała od razu.

Ze składu udało się uciec jednemu oficerowi wojska i policjantowi, którzy pobiegli po pomoc. Terroryści błyskawicznie opanowali pociąg, po czym przystąpili do rabowania podróżnych. W wagonie wojewody stawiać opór próbował jedynie Sztompke. Urzędnik odmówił wydania klucza do walizki z dokumentami. Wówczas otrzymał cios kolbą karabinową w głowę i padł nieprzytomny. Walizkę zarekwirowano. Po czym napastnicy kazali wojewodzie i inspektorowi się rozebrać. "Ubranie oddałem sam, unikając w ten sposób dotknięcia rąk bandyckich" - zapisał potem w sprawozdaniu Downarowicz. Inspektor Mięsowicz twierdził, iż widząc to, "rozebrał się odruchowo". Rozweseleni napastnicy pozwolili opatrzyć czterech rannych, w tym senatora Wysłoucha, i zachowywali się nawet przyjacielsko, dopóki jednego z nich nie rozpoznał pewien żydowski kupiec. Gdy tylko zwrócił się do bandyty po imieniu, ten go zastrzelił. Potem dywersanci wysadzili znajdujący się za pociągiem most, aby skład nie mógł się wycofać do odległego o 8 km Parochońska, i zniknęli w lesie.

Całą Polskę od napaści na pociąg bardziej wzburzyło rozebranie wojewody. Do tego jeszcze sowiecka propaganda twierdziła, iż białoruscy powstańcy wymierzyli mu karę chłosty. Downarowica z błotem mieszała zgodnie prasa endecka i socjalistyczna. Nagonka była tak powszechna, iż wojewoda szybko podał się do dymisji. Potem próbował bronić honoru, wyzywając na pojedynki najbardziej zjadliwych krytyków. Autorytet polskiego państwa zdawał się sięgać dna, aż wreszcie do akcji wszedł Korpus Obrony Pogranicza.

Dowodzoną przez gen. Henryka Minkiewicza-Odrowąża jednostkę podzielono na samodzielnie operujące bataliony piechoty i szwadrony kawalerii. W razie konieczności otrzymywały one szybko wsparcie artyleryjskie. KOP posiadał też własne służby wywiadowcze. Na efekty działań nie trzeba było długo czekać. W ciągu następnego roku sowieckim grupom dywersyjnym udało się przeprowadzić jedynie 67 ataków.

Polacy mieli też trochę szczęścia. Przytłaczająca większość Białorusinów, wbrew ocenom OGPU, nie paliła się do powstania. Terroryści nie otrzymywali więc wielkiego wsparcia miejscowej ludności. W Moskwie zaś nasilała się walka o władzę. Stalin wygrał z Trockim, ale jego sojusznik Michaił Frunze niespodziewanie zmarł podczas prostej operacji żołądka. Mało kto wierzył w przypadkowy zgon. Wkrótce umarł też Dzierżyński. W końcu Józef Wissarionowicz postanowił zlikwidować wszystkich dawnych współpracowników Lenina, mogących podważyć jego pozycję. Nie miał więc zupełnie głowy do zajmowania się sprawami Polski. Zniszczenie Rzeczypospolitej zostawił sobie na później.

@RY1@i02/2014/089/i02.2014.089.00000200a.802.jpg@RY2@

east news

Kierownictwo OGPU, drugi z lewej Feliks Dzierżyński

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.