Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Hotelowe terytoria Komanczów

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 44 minuty

Scenami, na których rozgrywają się przełomowe wydarzenia, nie są tylko prezydenckie rezydencje i place przed parlamentami. Świadkami historii są też hotele, w których dyskretnie zawiera się porozumienia, skrytobójcy próbują dopaść wrogów, przywódcy zakładają zastępczy dom. Oto apartamenty z historią

Dzwonki telefoniczne w centrali hotelu King David w Jerozolimie rozbrzmiewały niemal nieustannie. Nic dziwnego, w końcu była to siedziba brytyjskich władz mandatowych w Palestynie. Mieścił się tu nie tylko sztab sił wojskowych, lecz także centrum życia towarzyskiego i kulturalnego. Przez całą dobę próbowali się dodzwonić najróżniejsi interesanci - od lokalnych aktywistów, rodzin zakwaterowanych w hotelu, ich współpracowników, po najrozmaitszych żartownisiów i oszołomów. Jeszcze jeden, który szybko wyrzucił z siebie ostrzeżenie o bombie i szybko się rozłączył, nie zrobił na nikim wrażenia.

Ledwie kilka korytarzy dalej brytyjski dyplomata Ivan Lloyd-Phillips podejmował decyzję, która miała zaważyć o jego życiu. - Myślałem o tym, żeby zajrzeć do Boba Newtona w sekretariacie... Ale ostatecznie zdecydowałem, że najpierw napiję się ginu w barze - pisał potem do ojca. - Dostałem drinka i usiadłem przy oknie, na szczęście - otwartym. Byłem tam może pięć minut i upiłem pół drinka, gdy spod czyichś stóp dobiegł mnie najbardziej przerażający ryk (nie mam na to innego słowa), jaki słyszałem. Wszystko stało się czarne, słyszałem tylko brzęk pękającego szkła, trzask łamanych mebli, a pośród czerni w nozdrza uderzył dym i kurz - cytuje jego relację A.J. Sherman, autor książki "Mandate Days. British Lives in Palestine 1918-1948".

Cztery wypełnione żelatyną wybuchową bańki na mleko, które wybuchły w piwnicach budynku 22 lipca 1946 r., zmiotły zachodnią część południowego skrzydła budynku. W środku - i na zewnątrz zapadniętego fragmentu budynku - zginęło 91 osób. Śmierć nie wybierała: wśród ofiar byli Brytyjczycy, Żydzi, Arabowie i pięć osób innych narodowości. Zamachowcy - żydowska organizacja Irgun, na czele której stał późniejszy przywódca Izraela Menachem Begin - konsekwentnie potem powtarzali: ostrzegaliśmy. Poza hotelową centralą dzwonili też do francuskiej placówki dyplomatycznej i redakcji "Palestine Post". Choć dziennikarze wszczęli alarm i zaczęli dzwonić do Brytyjczyków, do ostatnich chwil przed wybuchem nie zarządzono ewakuacji.

"W swoim czasie atak na hotel Król Dawid był odpowiednikiem 11 września" - pisał w 60. rocznicę zamachu na łamach "Haareca" izraelski historyk Tom Segev. Symbol brytyjskiej obecności - czy też okupacji - Ziemi Świętej legł w gruzach. Bez względu na ofiary morale Brytyjczyków podupadło, nie była w stanie uratować go ani godzina policyjna, ani całkowity zakaz kontaktów z Żydami ("Żaden brytyjski żołnierz nie będzie uczestniczył w rozmowie z Żydem, a każda rozmowa w trakcie pełnienia obowiązków będzie tak krótka, jak to tylko możliwe" - pisał w rozkazie do podwładnych brytyjski dowódca w Palestynie gen. Evelyn Barker). Izrael dzieliły od niepodległości niecałe dwa lata.

Król Dawid do dziś służy podróżnikom pięciogwiazdkowymi apartamentami w centrum Jerozolimy. I do dziś wywołuje spory - choćby ze względu na tablice pamiątkowe przypominające o akcji Irgunu i jednej z ofiar: członku organizacji, który zginął w wymianie ognia. Dla Toma Segeva jest to jednak ta część dziedzictwa, od której jego państwo powinno się odciąć. "W ciągu tych sześćdziesięciu lat Izrael skrzywdził jakieś dwa miliony cywilów" - pisał w "Haarecu", wyliczając wypędzonych Palestyńczyków, wysiedlonych znad Kanału Sueskiego Egipcjan, Libańczyków, którzy uciekli z nadgranicznych wiosek. "Setki cywilów zginęły. Żal. I to wszystko w duchu hotelu »King David«. Cóż, zawsze można powiedzieć: pech" - skwitował ironicznie.

Mosad w Operze

Może to opinia przesadna, ale niewątpliwie ci, którzy toczą wojny, nie powinni tracić czujności - nawet jeśli hotel przyjmuje ich z otwartymi ramionami. "Victoria, dziewczyny i dobre jedzenie" - uśmiechał się do własnych myśli niejaki Mahdi Tarik Szakir z Bagdadu, gdy w Wiedniu wsiadał na pokład samolotu do Warszawy.

Zwalisty mężczyzna zajął w warszawskim hotelu pokój 622 i między dyskretnymi spotkaniami cieszył się życiem: blondynki, restauracje, hotelowa siłownia, drinki w barze o dźwięcznej nazwie "Opera". Tam zresztą zasiadł wieczorem następnego dnia po przylocie, 1 sierpnia 1981 r., pośród półtora setki innych gości. Zeznający potem przed milicjantami kelnerzy zapamiętali niepozornego mężczyznę, który nieco później wszedł do Opery: 165 cm wzrostu, wąsik, okulary przeciwsłoneczne (o godz. 20 było jeszcze jasno). Wolnym krokiem przemierzył salę, rozejrzał się i ruszył do wyjścia. Nagle przystanął i oddał w stronę siedzącego przy stoliku Szakira sześć strzałów. Mimo ran Arab próbował jeszcze rzucić się na napastnika - bezskutecznie, ten w zamieszaniu zniknął.

"Stan pokrzywdzonego jest ciężki" - cytują milicyjny raport Witold Gadowski i Przemysław Wojciechowski w książce "Tragarze śmierci". Ale Abu Daud - jeden z najsłynniejszych palestyńskich terrorystów lat 70., lider Czarnego Września - przeżył. Zmarł niecałe trzydzieści lat później w Damaszku.

Mosad najwyraźniej wyciągnął wnioski z udanej operacji: komando agentów, którzy cztery lata temu dopadli jednego z liderów Hamasu, Mahmuda Al-Mabhuha, w dubajskim hotelu Al Bustan Rotana, liczyło co najmniej 29 osób. Działało też dyskretniej. Al-Mabhuh zmarł - jak się wydawało z przyczyn naturalnych - we własnym pokoju (nr 230). Dopiero sekcja wykazała, że wstrzyknięto mu środek powodujący zawał serca (gazety pisały też o truciźnie lub uduszeniu poduszką).

Inna sprawa, że rządzący też nie powinni tracić czujności, sypiając pod hotelowym dachem. Przekonała się o tym Margaret Thatcher, która w październiku 1984 r. ściągnęła wraz z całym gabinetem na konwencję torysów w Brighton. Żaden z agentów sprawdzających Grand Hotel przed przyjazdem Żelaznej Damy nie sprawdził niejakiego Roya Walsha, który miesiąc wcześniej zajmował pokój 629. Tymczasem Walsh - w rzeczywistości bojownik IRA Patrick Magee - zamurował w łazience 9-kilogramową bombę, zbudowaną z części magnetowidu i wypełnioną żelatyną wybuchową. - Małą, jak na standardy Irlandczyków - oceniał potem jeden z ekspertów. Wystarczającą jednak, by na kilka minut przed trzecią w nocy zdemolować pół hotelu, zabić pięć osób i ciężko ranić kilkadziesiąt innych. Jak twierdzili policjanci, ofiar byłoby więcej, gdyby nie fakt, że był to wiktoriański budynek o grubych ścianach.

Zamach w Brighton, choć utrwalony w popkulturze, od filmowej biografii Thatcher z Meryl Streep w roli głównej po płytę punkowego zespołu Angelic Upstarts - stał się symbolem najgorętszej fazy konfliktu w Irlandii Północnej i definitywnie położył kres zamiłowaniu Brytyjczyków do urzędowania w hotelach. Z tej perspektywy letnie szczyty dyplomatyczne, jakie w czasie II wojny światowej urządzał w londyńskim Ritzu Winston Churchill (z udziałem generałów Eisenhowera i de Gaullea), mogły się wydawać nieroztropnym kuszeniem losu. Już roztropniejsi wydawali się Amerykanie: Suita Prezydencka w nowojorskim Waldorf-Astoria - hotelu, w którym nocował każdy z amerykańskich prezydentów po 1931 r. - ma kuloodporne okna. Chronią one kolekcję dekoracyjnych rzeźb orłów ufundowanych przez m.in. Lyndona B. Johnsona i Ronalda Reagana oraz fotel bujany - prezent od Johna F. Kennedyego. Departament Stanu do dziś cieszy się w tym przybytku wyjątkowymi prawami: może rezerwować pokoje poza wszelką kolejnością. A w razie potrzeby istnieje też Track 61: tory łączące podziemną stację pod hotelem z miejskim metrem (winda może zwieźć na dół nawet prezydencką limuzynę). Nic dziwnego, że agentów rządowych można tu spotkać częściej niż hotelowych boyów, a nowojorski drapacz chmur zapisał się w historii nie tyle dramatycznymi wydarzeniami, ile nowatorskim wynalazkiem: pierwszym na świecie room serviceem.

Dom rewolucji

"W samym centrum, w połowie Independence Avenue, stoi czteropiętrowy, szalowany budynek, który okalają cieniste, ażurowe balkony - New Africa Hotel" - pisał w "Hebanie" Ryszard Kapuściński. "Na jego dachu znajduje się wielki taras. Jest tam kontuar barowy i stoi kilka stolików. Oto miejsce, w którym konspiruje dziś Afryka. Tu spotykają się uciekinierzy, zbiegowie i emigranci z różnych stron kontynentu. Przy jednym stoliku zwykle siadają Mondlane z Mozambiku, Kaunda z Zambii, Mugabe z Zimbabwe. Przy innym - Karume z Zanzibaru, Chisiza z Malawi, Nujoma z Namibii". Rzeczywiście, tanzańskie Dar es-Salam lat 60. było rozsadnikiem rewolucji na całym Czarnym Lądzie.

A w sercu rewolucji niemal zawsze da się znaleźć jakiś hotel - rewolucjoniści w końcu nie mają domu. Niektórym wchodzi to niemalże w krew: ilekroć Mustafa Kemal, znany przede wszystkim jako Ataturk, przyjeżdżał do Stambułu, wybierał Pera Palace - najbardziej luksusowy przybytek osmańskiej stolicy, zlokalizowany w dawnej genueńskiej dzielnicy Pera. - Wolał mieszkać tam niż w domu matki, na ulicy Akaretler w dzielnicy Besziktasz - notuje biograf twórcy tureckiej republiki Andrew Mango. Pierwszy raz zawitał tam w 1917 r., potem stał się regularnym rezydentem apartamentu o numerze 101. Być może zresztą na własną zgubę - Pera Palace, podobnie jak inne stambulskie hotele, gdzie bywał Ojciec Wszystkich Turków, miał świetnie zaopatrzony bar. A Ataturk za kołnierz nie wylewał - zabiła go zresztą marskość wątroby.

Tymczasowość hotelowego życia nie odstręczała jednak bojowników - ani przed nim, ani po nim. Rosyjscy rewolucjoniści hurtem wylądowali w luksusowym - tak przed, jak i po rewolucji - hotelu Nacional, vis-a-vis murów Kremla. W Nacionalu obradował pierwszy rząd sformowany przez nową władzę, a zanim notable nowego reżimu znaleźli kwartiry na mieście, w poszczególnych apartamentach pomieszkiwali Trocki, Dzierżyński, a i również sam Lenin z Krupską (pokój 107). Nowa władza odwdzięczyła się za gościnę na swój sposób: gdy przeszło dekadę później piękny budynek hotelu przechodził gruntowny remont, trafiły do niego dzieła sztuki wyprowadzone z Kremla i innych carskich pałaców, dzięki czemu hotel zmienił się w muzeum.

O takim statusie nie mogą, niestety, nawet marzyć menedżerowie Grand Hotelu w Prisztinie. Gdy Kosowo - niegdyś najbiedniejsza część Jugosławii - ogarnęła wojna, w hotelu zakwaterowali się przywódcy Armii Wyzwolenia Kosowa (UCK), z Haszimem Thacim na czele. - Grand był centrum życia mediów i armii - wspominała Serif Turgut, turecka reporterka mieszkająca w ponurym przybytku. - Tu nie było zwykłych gości: tylko faceci z kamerami lub karabinami - dodawała. W wybudowanym w 1978 r. socrealistycznym w formie i treści pudle toczyły się targi: tu kupowano broń, uzgadniano mafijne interesy, przemytnicy szukali patronów wśród najważniejszych komendantów. Tu wreszcie UCK urządziła sobie, korzystając z hotelowej dyskoteki i kręgielni, zwycięskie party po wyrzuceniu Serbów z nowego parapaństwa. Dziennikarze polowali tu na Thaciego jeszcze kilka lat temu, wyczekując na niego w holu podczas wieczornych weekendowych przyjęć, których kosowski premier bynajmniej nie unikał. Jednocześnie jednak w Grandzie pojawili się też goście ze świata - i zachwyceni nie byli. "Najgorszy hotel na świecie" - skwitował Chris Patten, ostatni brytyjski gubernator Hongkongu i komisarz UE. Zachwycony nie był też dziennikarz "Sunday Timesa" Richard Green. - Po zapaleniu światła nie dostrzegłem robali, ale z pewnością zostałem przez nie obudzony, na moich plecach przybyło pręgów. Do rana czułem się tak, jakbym stoczył kilka rund z obcymi z filmu »Dystrykt 9«" - pisał.

Bitwa o hotele

Grand Hotel mógłby zresztą otwierać - lub zamykać - listę hoteli, które stały się symbolami wojen. Ledwie kilkaset kilometrów dzieli Prisztinę od Sarajewa, gdzie w samym centrum piętrzy się bryła Holiday Inn. "Franz i Barles odeszli od stołu montażowego na trzydzieści sekund przed tym, jak granat wybuchł pod oknem, pokrywając cały pokój odłamkami. Pierre ułożył, do muzyki w rytmie znanych kupletów, tekst o całym wydarzeniu. Często to śpiewali, kiedy po ciemku upijali się, podczas gdy na zewnątrz spadały bomby" - wspominał znany hiszpański pisarz Arturo Perez-Reverte okres, kiedy pracował jako korespondent wojenny w Bośni. Do dziś na jednej ze ścian tego hotelu pozostawiono - na pamiątkę czteroletniego oblężenia - przestrzeliny.

"Każda wojna wiązała się z nazwą jakiegoś hotelu. Kiedy plemię specjalnych wysłanników odkopuje topór i biegnie za zapachem prochu, wiele twarzy i nazwisk pojawia się w pamięci na wspomnienie dat i hoteli: Ledra Palace na Cyprze, Commodore i Alexandre w Bejrucie, Intercontinentale w Managui, Bukareszcie i Ammanie, Hilton w Kuwejcie, Chari w Ndżamenie, Camino Real w Salwadorze, Continental w Sajgonie, Sheraton w Buenos Aires, Mansour i Rahcid w Bagdadzie, Explanade w Zagrzebiu. Hotele mieszczą w sobie osobliwy i malowniczy świat: ekipy telewizyjne pojawiające się i wyjeżdżające, kable plączące się w hallach i na schodach, baterie ładujące się we wszystkich możliwych gniazdkach, anteny telefoniczne i sprzęt nadawczy w każdym miejscu, bar narażony na systematyczną grabież, wyłączenia prądu, świeczki w pokojach, kelnerzy, żołnierze, stręczyciele, dziwki, przemytnicy, taksówkarze, szpiedzy, donosiciele, policjanci, tłumacze, dolary, czarny rynek..." - pisał Perez-Reverte na kartach książki "Terytorium Komanczów".

Ba, w ciągnącym się na kilka stron panegiryku hiszpański mistrz nie wspomina, że niektóre z tych przybytków odgrywały większą rolę niż tylko dawanie dziennikarzom dachu nad głową. Przykładem mogłaby być choćby Bitwa o Hotele, pierwsza faza wojny domowej w Libanie. Kilkudziesięciopiętrowe wieżowce - przed wybuchem walk serce Bejrutu, gdzie bawiono się i ubijano interesy, decydowano o obsadzie najważniejszych stanowisk i strefach wpływów - wraz z pierwszymi strzałami stały się strategicznymi punktami na mapie miasta. Z górnych pięter chrześcijańskie falangi albo palestyńscy fedaini i ich lokalni muzułmańscy sojusznicy mogli ostrzeliwać dowolne dzielnice miasta. Dlatego też przez pół roku obie strony starały się, bez względu na cenę, opanować kluczowe budynki. Milczący pomnik tej bitwy - zrujnowany bejrucki Holiday Inn - do dziś straszy wypaloną, przestrzeloną fasadą. Odnowiono za to sąsiedni hotel Phoenicia, u którego stóp stoi dziś pomnik byłego premiera Rafika Haririego - w tym samym miejscu, dziewięć lat temu, zginął w zamachu bombowym.

Hotele jednak, bywa, potrafią trwać wiecznie. No, prawie. Najstarszy działający hotel świata - tradycyjny japoński ryokan pod nazwą Hoshi, w prefekturze Ishikawa - jest już kierowany przez 46. pokolenie menedżerów z tej samej rodziny. Za cztery lata będzie obchodzić 1300-lecie istnienia. Być może w tej branży małe rodzinne przedsiębiorstwa są bardziej perspektywiczne.

@RY1@i02/2014/083/i02.2014.083.000006800.804.jpg@RY2@

AP

Hotel w Brighton. Niewiele brakowało, by IRA udało się tu zabić Margaret Thatcher

@RY1@i02/2014/083/i02.2014.083.000006800.805.jpg@RY2@

FABIO PALLI/EMBLEMA/REPORTER

"Najgorszy hotel na świecie". Grand Hotel w Prisztinie był siedzibą UCK

@RY1@i02/2014/083/i02.2014.083.000006800.806.jpg@RY2@

FOX PHOTOS/GETTY IMAGES

Bomba podłożona przez żydowskich zamachowców z Irgunu zabiła w jerozolimskim hotelu King David 91 osób

Mariusz Janik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.