Wyspy kapitalizmu
Trafne porzekadło mówiło, że PRL jest ideowo jak rzodkiewka: czerwony na wierzchu i cały biały w środku. Do tego jeszcze gnieździł się w nim robak przedsiębiorczości, z którym nie radziły sobie kolejne rządzące ekipy
Raport angielskiego think tanku Centre for Entrepreneur Research jednoznacznie dowodzi, że Polak potrafi. Na terenie Wielkiej Brytanii do marca 2014 r. powstało już prawie 22 tys. polskich firm. Zakładali je emigranci z kraju nad Wisłą lub nadal mieszkający w granicach Rzeczypospolitej przedsiębiorcy. Skuszeni prostszymi na Wyspach przepisami, wyższą kwotą wolną od podatku dochodowego i niższą składką na ubezpieczenia społeczne. Spośród 155 zagranicznych nacji ujętych w raporcie więcej firm od Polaków prowadzą jedynie: Irlandczycy, Hindusi, Niemcy, Amerykanie oraz Chińczycy. Nasi rodacy znaleźli się więc w ścisłej czołówce najbardziej obrotnych narodów świata. Dla zachodnich badaczy takie odkrycie nadal stanowi spore zaskoczenie. Pewnie byłoby inaczej, gdyby wiedzieli, jak naprawdę wyglądała codzienność socjalistycznej Polski Ludowej.
Trend od morza
"Sklepikarz z Wybrzeża, jeśli nie ma własnego samochodu (a są jeszcze tacy), bierze po prostu taksę i jedzie do Lublina, Rzeszowa czy Zamościa, gdzie pastę Kiwi, której na Wybrzeżu całe tony można kupić po 16 zł za pudełko, w Lublinie kupi od niego sklep państwowy po 24" - donosił czytelnikom we wrześniu 1957 r. tygodnik "Kierunki". W tym czasie podaż zagranicznych towarów na Wybrzeżu była tak duża, że sprzedawano je znacznie taniej niż w jakimkolwiek innym miejscu w Polsce. W końcu sami handlowcy zaczynali szukać klientów. Winę za ten stan rzeczy ponosił fakt, że w Trójmieście i Szczecinie ok. 50 proc. sklepów miało swoich właścicieli. W innych miejscach Polski prywatne placówki zostały w większości zlikwidowane podczas "bitwy o handel", jaką dziesięć lat wcześniej stoczył z nimi nadzorujący likwidację indywidualnej przedsiębiorczości Hilary Minc. Ale na Wybrzeżu sprawy potoczyły się trochę inaczej. Przenoszące się tam z głębi kraju osoby były przeważnie młode, dobrze wykształcone, zaś codzienność komunistycznego państwa nadal nie zabiła w nich zmysłu przedsiębiorczości. Student Politechniki Gdańskiej Krzysztof Gajewski we wspomnieniach zamieszczonych w książce "Prywaciarze 1945-1989", opisał, jak założył w połowie lat 50. pogotowie radiowe. Zatrudnił na czarno trzech kolegów ze studiów i na zmianę jeździł do klientów naprawiać radia. W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy zarobił na czysto ponad 24 tys. zł. W tym czasie średnia pensja w kraju wynosiła około tysiąca. Zyskiem musiał dzielić się z urzędnikami. Zwykle w sposób nieformalny. Za samo założenie telefonu - koniecznego w firmie do kontaktu z klientami, a będącego wówczas rzadkim luksusem - zapłacił pracownikom telekomunikacji prawie 10 tys. zł łapówki.
To, że interesy w portowych miastach kręciły się coraz lepiej, było w dużej mierze zasługą marynarzy. Żeby nie opłacało się im uciekać z PRL, gdy statki zawijały do zagranicznych portów, oferowano im godziwe pensje. Dokładano do nich tzw. dodatek dewizowy w dolarach. Marynarze mogli więc oficjalnie kupować wiele atrakcyjnych towarów na Zachodzie i przewozić je legalnie do ojczyzny. Ochoczo z tego korzystali, przy okazji przemycając dodatkowo ogromne ilości dóbr. Następowało przy tym wręcz cudowne pomnożenie ich dochodów. Wedle wyliczeń "Tygodnika Morskiego" w 1965 r. marynarze ze Szczecina oficjalnie dostali jako dodatek do pensji ok. 11 mln zł dewizowych. Po czym dostarczyli z zagranicy do miasta towary warte 140 mln zł. Dodatkowe fundusze na działalność importową zapewnili im prywatni handlowcy, intensywnie poszukujący towarów do swoich sklepów.
"Prawdziwy boom na przewóz nie tylko towarów, ale i ludzi zaczął się na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych" - opisuje w monografii "Tylnymi drzwiami. »Czarny rynek« w Polsce 1944-1989" prof. Jerzy Kochanowski. "Uruchomienie nowych, stałych połączeń promowych z państwami skandynawskimi miało istotne znaczenie dla rozwoju zjawisk czarnorynkowych, w których aktywny udział brali nie tylko Polacy, ale również Niemcy, Duńczycy, Szwedzi czy Finowie" - dodaje. Bogacono się nie tylko dzięki przemytowi. Znakomitą okazję do zdobycia majątku dawały wielkie portowe magazyny. Jedynie w Gdyni pod koniec lat 50. odnotowywano 10 tys. przypadków rabunków rocznie. Dzięki temu na czarny rynek trafiały m.in. tekstylia, cytrusy, mięso, skóry, części samochodowe, maszyny, tworzywa sztuczne etc. Kradli głównie dokerzy, zazdroszczący finansowego powodzenia marynarzom.
Władza, bezradna wobec samorzutnie prywatyzującego się Wybrzeża, także miała w tym procesie swój udział, starając się naśladować kapitalistów. Tuż po wojnie, żeby zapewnić zaopatrzenie statkom pływającym po Bałtyku, założono spółkę Baltona. Potem minister żeglugi Adam Rapacki przekształcił ją w Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego, sprowadzające atrakcyjne towary. Sprzedawano je marynarzom za dolary, by nie wydawali twardej waluty w innych krajach. Pod koniec lat 50. funkcjonowała w portowych miastach już cała sieć punktów handlowych Baltony. Rządzący nie przewidzieli tylko tego, iż z ekskluzywnych sklepów korzystać będą również zwykli obywatele, nielegalnie kupujący dolary od cinkciarzy. Chcąc ukrócić ten proceder, Ministerstwo Handlu Zagranicznego zaczęło emitować specjalne papiery płatnicze, nominowane w dolarach, zaprojektowane przez utalentowaną plastyczkę Barbarę Kowalską. Bonów, z narysowanym na rewersie marynarzem z fajką w zębach, można było używać jedynie podczas zakupów w Baltonie. Ale próby wypłacania w nich dodatków dewizowych wilkom morskim napotkały zdecydowany opór. Bony przegrały także starcie z twardą walutą na czarnym rynku. A zapotrzebowanie na nią stale rosło. Portowe miasta działały jak odkurzacze, zasysające dolary z całej Polski, ponieważ okazywały się one niezbędne do zakupu towarów za granicą. Gdańska Komenda Wojewódzka MO oceniała w 1971 r., że na terenie Trójmiasta działało ok. 500 cinkciarzy. Wedle sporządzonego wówczas przez milicję raportu tworzyli oni grupy posiadające "swoich agentów w całej Polsce - w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, na Śląsku, na Podkarpaciu. Tam skupuje się dolary i dostarcza na Wybrzeże". Ogromna ilość obcych walut w obrocie i turyści z Zachodu, wszystko to sprzyjało rozkwitowi prostytucji. Tylko w Trójmieście na początku lat 70. milicja zarejestrowała 1220 kobiet lekkich obyczajów, zajętych działalnością jak najbardziej wolnorynkową.
Biznes pod samiuśkie Tatry
W tym samym czasie na drugim końcu PRL prywatyzowało się Podhale. Tam także impuls do zmian dawał zagraniczny kapitał. Na początku XX w. do USA emigrowało prawie 50 tys. górali. Utrzymali oni kontakt z pozostałymi w ojczyźnie krewnymi, przesyłali im paczki i pieniądze. Dzięki przesyłkom zza oceanu górskie miejscowości stały się polskimi stolicami odzieżowymi. Pod koniec lat 50. anonimowy uciekinier z PRL na antenie Radia Wolna Europa opowiadał słuchaczom: "Najkorzystniej można kupić używane rzeczy w Nowym Targu i tam nawet niehandlarze jeżdżą, jeśli chcą taniej kupić używane ubrania czy płaszcze. »Szanujące się« rodziny warszawskie, to znaczy zgodnie z modą noszące garderobę zagraniczną, lub zdrowo układając budżety domowe, zakupują raz czy dwa razy na rok garderobę w Nowym Sączu, Zakopanem, łącząc wyjazdy z urlopami".
Krewni z USA pomagali także załatwić amerykańskie wizy. I choć władze PRL bardzo niechętnie pozwalały obywatelom na podróże do krajów kapitalistycznych, to jednak każdego roku kilku tysiącom mieszkańców Podhala udawało się wyjechać na zarobek do Stanów Zjednoczonych. Po powrocie od razu brali się do zmieniania otaczającej ich rzeczywistości.
W okolicach Zakopanego rozwinął się prawdziwy przemysł kożuszniczy. Kuśnierze zarabiali krocie, stając się prawdziwą elitą finansową wśród górali. Każdy starał się mieć jeden oficjalny warsztat oraz kilka ukrytych w innych domach, żeby nie kusić państwa możliwością jego opodatkowania lub zagarnięcia.
Śliczne zakopiańskie kożuszki prawdziwą furorę zaczęły robić po 1968 r. Na zorganizowaną wówczas zimową olimpiadę w Grenoble pojechali ubrani w nie polscy sportowcy. Ale wrócili już bez wierzchnich okryć, sprzedając je co do jednego Francuzom po 200 dol. za sztukę. Wybuchła afera, o której rozpisywała się reżimowa prasa. Tygodnik "Kierunki" grzmiał nawet, że: "nieistotna jest tutaj wysokość sumy zaangażowanej w takich transakcjach. Tego rodzaju postępowanie, na podstawie art. 49 § 1 ustawy karnej skarbowej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 5 i grzywnie w wysokości do miliona złotych". Ostatecznie władze wybaczyły olimpijczykom i skandal wyciszono. Jego trwałym efektem było to, że w Polsce wszyscy zapragnęli góralskich kożuszków. Podhalańskie warsztaty, aby realizować zamówienia, musiały sprowadzać owce nawet z północnych rejonów Polski.
Oprócz kuśnierzy znakomicie radzili sobie także rzemieślnicy produkujący pamiątki dla turystów. Biznes ten, funkcjonujący przeważnie w ukryciu, rozwinął się na olbrzymią skalę. Wedle oceny prof. Jerzego Kochanowskiego zakonspirowane warsztaty "miały dochody może nawet dziesięciokrotnie wyższe niż zysk działających na początku lat siedemdziesiątych ok. 700 zarejestrowanych prywatnych przedsiębiorstw (37 mln zł)".
Przybywającym na odpoczynek w góry turystom państwo nie potrafiło zapewnić nie tylko pamiątek, ale też odpowiedniej liczby hoteli, restauracji i oczekiwanych atrakcji. Wszystko to brali na siebie górale, przy okazji wyciągając na potęgę dutki z kieszeni ok. 2,5 mln osób każdego roku odwiedzających Podhale. "Roczne dochody z wynajmu kwater, produkcji, gastronomii, usług transportowych, handlu (...), prostytucji przekraczały zawrotną sumę ponad miliarda złotych" - wylicza zyski górali za 1972 r. prof. Kochanowski.
Pod Tatrami kwitł też nielegalny obrót walutą. Turyści potrzebowali wymieniać dolary, zwłaszcza że każdego roku przyjeżdżało na urlop ok. 400 tys. cudzoziemców, a co dziesiąty pochodził z Zachodu. W Zakopanym górale zapewniali im szybką obsługę, za sprawą 180 miejscowych cinkciarzy, wspieranych przez 250 przyjezdnych i ok. 450 zagranicznych. Do tego jeszcze wielu górali zajmowało się wymianą walut okazjonalnie. Rocznie obracając sumą ok. 16 mln dol.
Kiedy w 1972 r. specjalna komisja partyjna przyjechała z Warszawy pod Tarty, jej członkowie poczuli się jak w innym kraju. "Państwo w Zakopanem zostało postawione w sytuacji gorszej niż w kapitalizmie, bowiem zostało zepchnięte na pozycje nawet nie nocnego stróża, ale bezpłatnego dróżnika i zamiatacza ulic" - alarmowano w sporządzonym wówczas raporcie. Niewiele to dało. Dysponujący sporym kapitałem górale z łatwością korumpowali przedstawicieli władzy. Zwłaszcza że ci też przeważnie byli miejscowi. Dobrze więc układała się współpraca lokalnych biznesmenów z kierownictwem partii komunistycznej, prokuraturą i oficerami Milicji Obywatelskiej. Podobnie jak z dyrektorami państwowych ośrodków wypoczynkowych. Wszyscy tworzyli jedną mafię gospodarczą, wobec której władze PRL okazywały się bezradne.
Państwo czasami reaguje
Tendencja Polaków do wykorzystywania każdej okazji, aby robić interesy, niepokoiła reżim. Wystarczało lekkie poluzowanie śruby i natychmiast każdej państwowej własności groziła szybka prywatyzacja. "Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych roiło się od spraw o kradzieże" - opisuje ówczesny reporter sądowy Stanisław Podemski w książce "Pitawal PRL-u". Powiadamiany o tym pierwszy sekretarz KC Władysław Gomułka wpadał we wściekłość i żądał skutecznych działań. Żeby go jakoś usatysfakcjonować, pod koniec 1958 r. wysłano do Radomia, gdzie mieściły się Radomskie Zakłady Obuwnicze (RZO), Zespół do Walki z Nadużyciami. Jak odkryto, tamtejsi mieszkańcy w ciągu roku zarobili 1,29 mld zł, a wydali 1,63 mld. W mieście szybko rosła liczba prywatnych samochodów, ludzie masowo kupowali złotą biżuterię i luksusowe dobra. Partyjni kontrolerzy ustalili, iż wokół RZO powstało 3 tys. nielegalnych garbarni skór. Przetwarzały one surowce kradzione w państwowym przedsiębiorstwie, po czym gotowe wyroby sprzedawano na czarnym rynku. Zespół do Walki z Nadużyciami raportował, że nawet członkowie zakładowego Komitetu Partyjnego PZPR oznajmili bez zażenowania, że: "na RZO wszyscy kradną, i członkowie partii, i bezpartyjni". W aferę skórzaną uwikłani byli odbiorcy z całego kraju. Przed sądami w latach 1960-1962 postawiono ponad 300 osób. W Kielcach kierownika zaopatrzenia spółdzielni garbarskiej Przyszłość Bolesława Dedo skazano na karę śmierci. To nie zadowoliło Gomułki. Na szubienicy miał zawisnąć też dyrektor Warszawskich Zakładów Grabarskich Eugeniusz Galicki. Zbuntował się jednak sędzia Michał Kulczycki, który wbrew poleceniu Biura Politycznego wydał wyrok dożywocia, ocalając oskarżonego przed mordem sądowym. Gomułka dobrze to zapamiętał i sędzia Kulczycki nigdy już nie awansował. Potem dużo łatwiej udało się wysłać na szafot w lutym 1965 r. dyrektora przedsiębiorstwa Miejski Handel Mięsem Stanisława Wawrzeckiego. Ale nawet drakońskie wyroki, jakie zapadły w głośnej aferze mięsnej (czterej inni dyrektorzy dostali dożywocie), nie zniechęcały Polaków do zajmowania się biznesem. Zresztą po odsunięciu Gomułki od władzy państwo reagowało coraz mniej brutalnie. Na Podhalu i Wybrzeżu uznając po cichu swoją porażkę. Życie zatruwano już tylko pojedynczym przedsiębiorcom. Choć i oni nauczyli się bronić. Krzysztof Gajewski, dzięki kapitałowi zarobionemu na naprawie radioodbiorników, mógł uruchomić zakład produkujący urządzenia lokalizujące uszkodzenia w sprzęcie RTV. Ale wiosną 1972 r. po kontroli skarbowej obłożono go specjalnym podatkiem, tzw. domiarem, w wysokości 100 tys. zł, gdy średnia pensja miesięczna wynosiła 2 tys. zł. Na zapłacenie domiaru miał dwa tygodnie. "Wpis do książki podatkowej powinien być dokonany w dniu wystawienia rachunku, a tymczasem stwierdzono w wielu wypadkach, że następował on w dniu odebrania pieniędzy na poczcie, co stanowiło naruszenie przepisów" - napisali urzędnicy w uzasadnieniu. Tak wyglądało wówczas typowe wymuszanie łapówek. Po wręczeniu odpowiedniej kwoty następowała zmiana decyzji. Gajewski mógł opłacić haracz lub wraz z żoną zdać kartę rzemieślniczą i zakończyć działalność gospodarczą. Ale on wybrał walkę o zmniejszenie domiaru. Jako że oficjalnie właścicielką warsztatu była pani Gajewska, znajomy lekarz wystawił jej zaświadczenie, iż jest osobą chorą psychicznie. Po czym małżeństwo złożyło odwołanie w gdańskiej Radzie Narodowej od urzędowej decyzji. Pani Gajewska, jako osoba niebędąca w pełni władz umysłowych, mogła mylić terminy wprowadzania wpisów do księgi podatkowej. Zaskoczeni urzędnicy przez pół roku nie potrafili podjąć decyzji, czy wolno obłożyć wariata domiarem. W końcu zmniejszono wysokość tego podatku do 70 tys. zł i rozłożono spłatę na dwa lata. Polubownie kończąc spór.
Dyskretny urok kapitału
Na początku lat 70. głośno zrobiło się w Warszawie o procesie cinkciarza Maurycego Goldberga. Obracał on milionowymi kwotami, po czym zdobyte na czarnym rynku dewizy po prostu przepuszczał podczas wizyt w Paryżu. Milionera z Polski, który w najdroższych lokalach popisywał się ułańską fantazją, opisywał w rubryce towarzyskiej nawet tygodnik "Paris Match". Międzynarodowa sława zaszkodziła Goldbergowi. Warszawska prokuratura oskarżyła go o "społeczne pasożytnictwo" i nielegalny obrót dewizami. Podczas relacjonowanego przez Stanisława Podemskiego procesu sędzia dodatkowo zarzucił cinkciarzowi, iż wykazał się moralną degeneracją, ponieważ nigdy nie zabierał do Paryża swojej warszawskiej konkubiny Belli Chrapot. Jak zanotował Podemski, po usłyszeniu takiego zarzutu Goldberg pochylił się w kierunku sędziego i teatralnie wyszeptał: "Proszę pana sędziego, kto mieszkał nieco w Paryżu, ten może już nie kochać Belli Chrapot". Pozbawiony poczucia humoru organ sprawiedliwości wlepił cinkciarzowi 8 lat więzienia.
Z jednej strony władza ludowa tak ostentacyjnie walczyła ze zbyt przedsiębiorczymi obywatelami, a z drugiej sama tworzyła nowe wyspy kapitalizmu w szarej, socjalistycznej rzeczywistości. Od 1972 r. na bazie sklepów dewizowych stworzono Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego "Pewex". W nowych sklepach sprzedawano atrakcyjne towary za twardą walutę. Jako że Polacy zarabiali w złotówkach, a w zwykłych placówkach handlowych, nawet za czasów Edwarda Gierka, nie było przesadnie wiele dóbr, handel dolarami rozkwitał. Jeden cinkciarz zarabiał więc bez problemu dziesięciokrotność średniej miesięcznej pensji. W tej profesji działano zespołowo. Następowała też daleko idąca specjalizacja. "Jedni zajmują się tylko dostawami, inni rozprowadzaniem, niejako akwizycją, jeszcze inni - skupem waluty czy przemytem. Podział ról jest swoistą gwarancją bezpieczeństwa: wpadka nie pociąga za sobą zagrożenia dla pozostałych" - opisywała Krystyna Świątecka na łamach tygodnika "Perspektywy" pod koniec 1977 r. Handlarzy walutą spotykało się wówczas w każdym nieco większym mieście.
Tak w kolejnych obszarach gospodarczych państwo samorzutnie stawało się coraz bardziej kapitalistyczne. Proces ten uległ przyśpieszeniu w 1980 r. Dramatyczny krach gospodarczy uczynił socjalistyczną gospodarkę jeszcze bardziej niewydolną. Za to prywaciarze radzili sobie coraz lepiej. Spychany przez dekady na zupełny margines sektor prywatny wytwarzał wówczas 15,4 proc. dochodu narodowego PRL.
Kiedy w ogarniętym kryzysem kraju zaopatrzenie w towary zupełnie się załamało w połowie lipca 1981 r., rządzący reżim ogłosił na Wybrzeżu ekonomiczną kapitulację. Zniesiono w portach cło przywozowe na wszelkie zagraniczne towary. Następnie wojewodowie gdański i szczeciński zwolnili uspołecznione placówki handlowe z obowiązku legitymowania dostawców przywożących towary z zagranicy. W zaledwie cztery miesiące jedynie w Szczecinie sklepy kupiły kosmetyki niewiadomego pochodzenia za 300 mln zł. Prywatni importerzy dostarczali ich ogromne ilości. "Na przykład »niepracujący« z Rumi sprowadził ze Szwecji 9600 kg proszku do prania i 2300 kg mydła, barman z promu Polskiej Żeglugi Bałtyckiej kupił tamże (tylko w październiku 1981!) 2750 litrów szamponu" - opisuje obrotność prywatnych przedsiębiorców prof. Kochanowski. Rządzący nadal łudzili się, że gdy tylko kryzys minie, wrócą stare porządki. Nie rozumiejąc, że danie obywatelom możliwości poznania uroków kapitalizmu sprawi, iż w realnym socjalizmie już nic nie będzie takie jak dawniej.
Państwo w Zakopanem zostało postawione w sytuacji gorszej niż w kapitalizmie, zostało bowiem zepchnięte na pozycje nawet nie nocnego stróża, ale bezpłatnego dróżnika i zamiatacza ulic
@RY1@i02/2014/083/i02.2014.083.000007600.101.jpg@RY2@
MACIEJ MACIERZYŃSKI/REPORTER
@RY1@i02/2014/083/i02.2014.083.000007600.102.jpg@RY2@
ZBIGNIEW KOSYCARZ/KFP
Andrzej Krajewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu