Sposób na nieznośną lekkość bytu
Dużo się ostatnio dzieje w polskim sporcie. Taki Jurek Janowicz wykazał się tupetem Janukowycza. Tuż po tym, jak jakiś szczeniak z Chorwacji spuścił mu lanie na korcie, jaśniepan otworzył serce przed dziennikarzami - tocząc pianę z ust, stwierdził, że musi trenować po szopach (ale przed bobrami i świstakami), za co dostaje marne paręset tysięcy złotych rocznie. No, to teraz chłopak ma przerąbane. Przez parę miesięcy gazety, telewizje, radia, pudelki i onety będą - nomen omen - odbijały mu piłeczkę. Tak mocno, aż Jerzykowi odpadną wszystkie piórka, w które obrósł.
Swoimi werbalnymi występami Janowicz przyćmił inne istotne wydarzenie sportowe ostatnich dni - decyzję Tomasza Adamka o zamianie ringu bokserskiego na ring polityczny. Coś mi się wydaje, że góral z Żywca chce zostać polskim Witalijem Kliczko. Co prawda bez studiów, doktoratu i dorobku w postaci kilku książek, ale za to ze wsparciem radia na literę M. Teraz pozostaje czekać, aż parafie zaczną zakładać kółka boksersko-różańcowe, a eurodeputowany Adamek stanie się główną atrakcją odpustów. A jeżeli w Brukseli mu się nie spodoba, zawsze będzie mógł dokonać publicznego samobiczowania, a następnie ogłosić bokserskie zmartwychwstanie.
Na tle Janowicza i Adamka na prawdziwą sportową gwiazdę tygodnia wyrasta Zbigniew Bródka. Nasz olimpijski mistrz w łyżwiarstwie szybkim zgarnął pierwszy zasłużony kontrakt reklamowy - został twarzą mleka Łowickie. Ponoć zdecydowały nie pieniądze, ale sentymenty - Zbyszek zaczynał trenować łyżwiarstwo, gdy miał jeszcze mleko na bródce.
A teraz poważnie - żal mi naszych sportowców. Gdy są na szczycie, reklamują nabiał, a kiedy tetryczeją bądź spada im forma, stają się sfrustrowani, obrażają się na cały świat lub idą w politykę. Owszem, pieniędzy wystarcza im dalej niż tylko do pierwszego, bo sowite wynagrodzenia dostają nawet wtedy, gdy padają na deski z pękniętą czaszką albo są ogrywani przez dzieciaki. Ale dokucza im coś, co Milan Kundera określił zgrabnie nieznośną lekkością bytu. Ich życie staje się pozbawione głębszych emocji i sensu, codzienność nie przynosi im przyjemności, tylko ich przytłacza. Po prostu pewnego dnia budzą się i zdają sobie sprawę, że są stonką ziemniaczaną. I odreagowują ten smutny fakt na konferencjach i w Radiu M. Zwróćcie uwagę, że ich zagraniczni koledzy tego nie robią (z nielicznymi wyjątkami). A wiecie dlaczego? Bo umilają sobie żywot szybkimi samochodami. Dobre auto eliminuje złe emocje, rozładowuje napięcie, pozwala zapomnieć o problemach, wznosi na wyżyny dobrego samopoczucia, a nawet poprawia potencję. Wiem, co mówię, bo właśnie wysiadłem z audi S3. I choć jest 10 rano, to wiem, co zrobię wieczorem.
W ostatnich miesiącach miałem okazję jeździć audi RS6, RS5, Q3 RS, a także R8. Topowe modele miały moc dochodzącą do 600 koni, rozpędzały się do 300 km/h, a ich cena ocierała się o milion złotych. Ale żaden z nich nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia. No, chyba że chodzi o wrażenie, jakie wywołuje widok wielkiego pryszcza na środku waszego czoła w dniu, kiedy macie zaplanowaną randkę.
Tymczasem S3 sprawiło, że mój mózg wywinął się na lewą stronę. I nie chodzi w tym wypadku o jego osiągi - 300 koni i 4,9 sekundy do setki. Wiele aut ma dużo więcej mocy, ale są bardzo ciężkie. Wchodząc nimi w zakręty, dodając gazu i hamując, czujecie się, jakbyście prowadzili betonowy kloc z napędem atomowym. Wymagają sporo wysiłku, ten wysiłek zaś zabija radość z prowadzenia. W S3 jest zupełnie inaczej - jest kompaktem i ma tylko dwulitrowy silnik, co czyni je niezwykle lekkim. Tak lekkim, że - gdyby zaszła taka potrzeba - mógłbym wziąć je na plecy i zanieść do domu. Jestem tego więcej niż pewien.
Możecie spróbować wyobrazić sobie S3 jako małego kolibra, który dzięki swojej lekkości i cholernie silnym skrzydłom potrafi w jednej chwili nieruchomo wisieć w powietrzu, a już po sekundzie pędzić tak, że nie będziecie w stanie uchwycić go wzrokiem. Ale cała ta jego moc, spryt i zwinność was nie onieśmielają. Nie odczuwacie przed nim strachu i nie obawiacie się, że wydziobie wam oko. Przeciwnie - czujecie, że moglibyście go oswoić, zaprzyjaźnić się z nim. Dokładnie takie jest audi - zżyłem się z nim, rozumiałem go i w pełni kontrolowałem już po przejechaniu pierwszych stu metrów. Dalej było tylko lepiej - fenomenalna trakcja i stabilność na zakrętach, doskonały napęd na cztery koła, świetnie rozłożona masa i rasowy, ale nie męczący warkot wydechu. Z domu do pracy mam 37 kilometrów, które pokonuję średnio w 30 minut. W S3 zajmowało mi to 29 minut mniej, a uśmiechałem się przy tym tak, jakbym właśnie wciągnął nosem całą Kolumbię. Najfajniejsze jednak jest to, że przy całym swoim sportowym charakterze S3 pozostaje normalnym, komfortowym, praktycznym kompaktem idealnie sprawdzającym się w codziennym użytkowaniu. Jego zawieszenie nie złamie wam kręgosłupa, a silnik nie ogłuszy. Nie zostaniecie też przez nie bankrutami, bo kosztuje bardzo rozsądne 170 tys. zł. Rozsądne rzecz jasna pod warunkiem, że jesteście zawodowym tenisistą. A jeżeli jesteście, to wystarczy, że w ten weekend przegracie jakiś mecz z Chorwatem młodzieniaszkiem i już możecie pędzić do Audi na zakupy. Gwarantuję, że gdy tylko zatrzaśniecie za sobą drzwi S3, zapomnicie o każdej porażce i niepowodzeniu; o tym, że zdradza was żona, że pies wyprowadził się do sąsiadów i że spłonął wam dom. Nie zapomnicie tylko o jednym - o tym, że żyjecie.
@RY1@i02/2014/071/i02.2014.071.00000130a.803.jpg@RY2@
materiały prasowe
Audi S3
@RY1@i02/2014/071/i02.2014.071.00000130a.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu