Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Ranking fikcyjnych krezusów

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Co roku amerykański "Forbes" robi zestawienie najbogatszych bohaterów światowej, a w praktyce głównie amerykańskiej popkultury. Dlaczego by więc nie spróbować czegoś podobnego u nas? Tylko w DGP subiektywna lista najbogatszych postaci polskiej literatury i filmu

10.

Podobno to nie tyle kaczka, ile zaklęta w nią księżniczka. I tym samym jedyna kobieta na naszej liście najbogatszych. Zamieszkuje ona jezioro ukryte w piwnicach warszawskiego Pałacu Ostrogskich na Tamce (tuż obok drążonej właśnie drugiej linii stołecznego metra). Jezioro jest spore, a jego dno wypełniają złote dukaty. Czyli tzw. złote czerwone - a więc najbardziej wartościowa moneta bita na ziemiach polskich od 1528 r. do końca XVIII wieku. Historię kaczki znamy z opowieści niejakiego Lutka, młodego szewca. Udało mu się kiedyś pod osłoną nocy pokonać labirynt krętych korytarzy i dotrzeć do komnaty Złotej Kaczki. Ta złożyła mu intrygującą propozycję. Jeśli zdoła w ciągu jednego dnia przehulać 100 dukatów, stanie się właścicielem monet leżących na dnie jeziora. Czy 100 dukatów w połowie XVII wieku to było sporo pieniędzy? Dla biednego szewczyka albo zdemobilizowanego wiarusa pewnie tak. Dniówka niewykwalifikowanego robotnika była wówczas warta ok. 10 groszy. A trzeba jeszcze dodać, że na jednego dukata składało się wtedy ok. 180 groszy (ta wartość była zmienna). Wychodzi więc, że na te 100 dukatów musiałby pracować jakieś 5 lat. I to nic nie wydając. Ale już gdyby zaciągnął się do husarii, to jego żołd wynosiłby jakieś 230 złotych rocznie. W tym samym mniej więcej okresie roczny dochód wielkiego magnata Jana Zamojskiego wynosił jakieś 700 tys. złotych. Oczywiście szewczykowi sztuka się nie udała. Pieniędzy wydać nie zdołał, a na dodatek złamał postawione przez kaczkę warunki i część dukatów oddał żebrakowi. A więc nie wydał ich "na siebie". Biedak nie wiedział, że mógłby się bronić, dowodząc (za Kaleckim i Keynesem), iż zwiększa w ten sposób efektywny popyt w gospodarce, więc można ten wydatek potraktować jako inwestycję. Skarbów ukrytych w jeziorze nie zobaczył. A może kaczka blefowała i wcale ich nie było?

@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000001300.849.jpg@RY2@

JACEK WAJSZCZAK/REPORTER

9.

Oto kariera na miarę Polski epoki wczesnego Gomułki. Pokazana w arcyzabawnym kinowym debiucie Jerzego Kawalerowicza "Gangsterzy i filantropi". Anastazy Kowalski jest gapowatym chemikiem. Traci wygodną posadkę w jednym z państwowych instytutów i nie bardzo wie, jak się przyznać do tego swarliwej małżonce. Każdego ranka wychodzi więc z domu jak gdyby nigdy nic, a potem dla zabicia czasu snuje się po warszawskich knajpach. Odwiedza je tak często, że obsługujący go pracownicy warszawskiej gastronomii zaczynają nabierać podejrzeń. Zwłaszcza że pewnego razu Kowalskiemu wypada z kieszeni mała pipetka (w końcu to były chemik). Dla kelnerów i ich przełożonych wszystko staje się jasne: ich sklep odwiedził tajemniczy... inspektor sanepidu, słynny "Aptekarz". I jeśli wyjdzie niezadowolony, to marny los placówki żywieniowej i jej pracowników. Zaczynają się więc prezenciki. Z czasem są to sumy coraz wyższe. I tu wychodzi na jaw, że Kowalski to wcale nie taka gapa. Szybko rozpoznaje krojącą się szansę na poprawę swojego statusu majątkowego. I już nie chodzi piechotą, lecz mknie po ulicach Warszawy nowiutkim sportowym samochodem i buduje sobie dom pod miastem. Ba, stać go nawet na romans z piosenkarką. W szczytowym momencie kariery do kieszeni "Aptekarza" trafia lwia część utargu całego warszawskiego przemysłu gastronomicznego.

@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000001300.850.jpg@RY2@

JERZY LIPMAN/EAST NEWS

8.

Bohatera powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z 1932 r. znają wszyscy. Również dzięki kultowej ekranizacji telewizyjnej z Romanem Wilhelmim w roli tytułowej. Nikodem Dyzma to bezrobotny prowincjusz z Kresów, który przyjechał do Warszawy za chlebem. Marzyła mu się co najwyżej kariera fordansera. Jego los odmienił się, gdy znalazł na ulicy zaproszenie na bardzo ważny raut. Trochę się wahał, ale potem pomyślał, że przynajmniej się naje, zanim go wyrzucą. I poszedł. Na raucie podchmielony Dyzma naubliżał jakiemuś grubasowi, który wytrącił mu z ręki sałatkę. Okazało się, że tym grubasem był szef gabinetu premiera. "Musi być kimś ważnym, skoro nawet prawej ręki premiera się nie boi. Trzeba go poznać" - pomyślało kilku obecnych na raucie polityków. I tak zaczęła się najbardziej niesamowita kariera postaci literackiej w XX wieku. Bo Dyzma w ciągu kilku miesięcy doszedł do bardzo pokaźnej fortuny. Był kolejno: plenipotentem przedsiębiorcy Kunickiego (vel. Kunika), szefem rządowego Banku Zbożowego, a wreszcie właścicielem świetnie prosperującego majątku w Koborowie. Przede wszystkim jednak Dyzma zdobył szerokie kontakty wśród rządzących wówczas elit sanacyjnych. A ponieważ II RP (zwłaszcza w latach 30.) była państwem na wskroś etatystycznym (i według Dołęgi-Mostowicza mocno nepotycznym), kontakty te były warunkiem koniecznym do robienia jakichkolwiek interesów. Dość powiedzieć, że Dyzma bez trudu osadzał swoich protegowanych w roli szefów fabryk, a rywali bezwzględnie niszczył (jeden został wysłany do Chin, inny uznany za agenta obcego wywiadu). W ostatniej scenie Dyzma otrzymuje wręcz propozycję objęcia teki... premiera. A premier w II RP to (choćby tylko w aspekcie czysto finansowym) była już posada z uposażeniem przypominającym dochody dzisiejszych prezesów dużych banków.

@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000001300.851.jpg@RY2@

MAREK NOWICKI/EAST NEWS

7.

W pierwszym, wyemitowanym w 1976 r., odcinku kultowego serialu "07 zgłoś się!" porucznik Sławomir Borewicz działa jeszcze incognito. Udaje mu się przeniknąć w szeregi grupy przestępczej "Inżyniera". Co ja mówię grupy. Organizacja inżyniera to prawdziwe imperium. Niech się przy nim schowa prezes Spółdzielni "Woreczek" Filip Merynos, który w "Złym" Leopolda Tyrmanda kieruje największą w Warszawie organizacją przestępczą. Ale Merynos urządzał (co najwyżej) takie przekręty, jak spekulacja na biletach na mecz piłkarski Polska-Węgry (Madziarzy byli wtedy w futbolu tym, czym dziś jest Hiszpania). Podobnie "Profesor" pojawiający się w pierwszej części "Gangsterów i filantropów" (w tej roli Gustaw Holoubek). Tymczasem siatka inżyniera to już nielegalne interesy na szeroką skalę: skup dewiz, przemyt ikon, złota i dzieł sztuki. Majątek "Inżyniera" ocenić trudno. Jakieś wyobrażenie daje o nim finałowa scena przyjęcia w jego domu. Nawet taki światowiec jak por. Borewicz (kilka poprzednich lat spędził jako pracownik polskich służb w Londynie) jest onieśmielony. Warto w tym miejscu przypomnieć, że w jednym z odcinków przygód "07" pojawia się najzupełniej prawdziwy PRL-owski bogacz. W ostatniej scenie filmu "Wagon pocztowy" Borewicz jedzie (oczywiście z dziewczyną) na weekend do domu swojego znajomego. Jest tam wszystko, co w domu bogacza być powinno: basen, sauna, kort tenisowy. Borewicz wygłasza nawet brzmiące dość nieprawomyślnie zdanie: "Opracował kilka patentów, na których dorobiła się ojczyzna. Nie widzę powodu, żeby nie miał na tym zarobić". Tym tajemniczym przyjacielem był... Mieczysław Wilczek. Ojciec proszku Ixi, a potem minister przemysłu w ostatnim rządzie PRL. A po roku 1989 stale wymieniany na liście 100 najbogatszych Polaków.

@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000001300.852.jpg@RY2@

FILMOTEKA NARODOWA

6.

Z zawodu był fryzjerem. I pewnie by nim pozostał, gdyby nie kłopoty małżeńskie zakończone upokarzającym rozstaniem z Francuzką Dominique. Tak zaczyna się "Biały" - środkowa część trylogii Krzysztofa Kieślowskiego "Trzy Kolory" (1994). Jedyna rozgrywająca się częściowo w Polsce. Załamany Karol wraca do kraju po kilku latach paryskiej migracji bez grosza przy duszy. Ale jest początek lat 90. Czas wielkich fortun czekających na pomysłowych i obrotnych. Karol zatrudnia się u "Wokulskich" tamtej ery, czyli właścicieli pierwszych kantorów wymiany walut. Nowobogaccy cinkciarze nie traktują pracownika poważnie i omawiają przy nim swoje biznesowe plany. Nie wiedzą, że trafili na sprytniejszego od siebie zawodnika. Karol uprzedza ich, skupując od rolników najlepsze ziemie, którymi zaczyna się interesować wchodzący do Polski zagraniczny kapitał. Uzyskane w ten sposób pieniądze Karol i poznany jeszcze w paryskim metrze Mikołaj inwestują dalej. Jak? Tego Kieślowski i Piesiewicz już nie dopowiadają. Majątek bohatera jest zresztą raczej tłem ich filmu, który raz jest melodramatem, innym znów razem thrillerem sensacyjnym. Obserwując talent, z jakim Karol odnajduje się na dzikim zachodzie młodego polskiego kapitalizmu, i jego rosnącą pewność siebie, można śmiało założyć, że bez trudu znajdzie miejsce w czołówce listy najbogatszych Polaków.

Karol to oczywiście niejedyna postać nowego bogacza - zwycięzcy transformacji ustrojowej roku 1989. Wszyscy inni są jednak już dużo bardziej schematyczni i groteskowi. Choćby przaśny Stefan "Siara" Siarzewski (Janusz Rewiński) i wyrafinowany senator Ferdynand Lipski (Jan Englert) - bohaterowie "Kilera" Juliusza Machulskiego. Obaj panowie to w rzeczywistości nowobogaccy gangsterzy toczący ze sobą zażarty pojedynek o wpływy. Ale aż tak potężni nie są, bo w końcu trafiają do więzienia. Albo lider small-biznesu Tomasz Adamczyk (Marek Kondrat) z filmu "Pieniądze to nie wszystko", który ma wypadek samochodowy w jednej z popegeerowskich wsi i wpada w ręce jej zdegenerowanych bezrobociem mieszkańców. Najpierw chcą za niego okupu, ale potem go wypuszczają, a on nawet próbuje nauczyć ich przedsiębiorczości, zakładając we wsi fabryczkę lokalnego przysmaku. Czyli taniego wina Plotyn. Z kolei w powieści Rafała Ziemkiewicza "Ciało obce" (2005) mamy postać najbogatszego Polaka Doktora "Hansa" Nowaczyka, właściciela potężnego Nowaczyk Holding, który robi interesy, opierając się na znajomościach z politykami i służbami specjalnymi.

@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000001300.853.jpg@RY2@

EAST NEWS

5.

O stanie finansów tego przedsiębiorcy wiemy akurat bardzo wiele. Głównie dlatego, że autor "Lalki" Bolesław Prus jako pierwszy polski pisarz uczynił pieniądz tak ważnym bohaterem swoich książek. Jego wielcy poprzednicy i rywale (choćby Sienkiewicz) też o pieniądzach pisali. Ale trochę na zasadzie "jej posag wynosił kilkanaście tysięcy rubli". Tak jakby nie miało znaczenia, czy tych rubli było 11 czy 18 tys. U Prusa jest zupełnie inaczej. Wokulski to emanacja nowej kupieckiej świadomości rozprzestrzeniającej się na ziemiach polskich razem z uprzemysłowieniem i rozwojem kapitalizmu w drugiej połowie XIX wieku. Gdy idzie w konkury do Izabeli Łęckiej, siada z kartką papieru i robi kosztorys. "Klacz wyścigowa? Głupstwo. Wydam najwyżej tysiąc rubli, z czego wróci mi się najmniej cześć. Dom? 60 tys. rubli. Posag panny Izabeli 30 tys. Bagatela! Prawie trzecia część mojego majątku. W każdym razie za dom wróci mi się 60 tys. albo i więcej". W tym fragmencie jest też wskazówka, że majątek Stanisława Wokulskiego wynosił 300 tys. rubli. A więc kapitał odziedziczony po pierwszej żonie Minclowej (właścicielce dobrze prosperującego sklepu z galanterią na Nowym Świecie, gdzie Wokulski zaczynał karierę jako subiekt), pomnożony potem dziesięciokrotnie na przełomie 1877-1878 podczas wojen bałkańskich (Wokulski organizował dostawy żywności dla wojska, czyli był, jak to się wtedy mówiło, "liwerantem"). Trzeba by do tego jeszcze doliczyć pojawiające się potem wpływy (raz nawet pół miliona rubli) z zyskownej spółki handlu z Rosją. Plus nieruchomości. W sumie więc blisko milion rubli. To dużo? I tak, i nie. Z punktu widzenia starego Rzeckiego (przyjaciela opiekującego się sklepem pod nieobecność Wokulskiego) dużo. Bo on widział, jak na 30 tys. rubli pracować musiały dwa pokolenia szanowanych sklepikarzy Minclów. A co dopiero na 300 tys. Z drugiej strony nie ma się co oszukiwać, że Wokulski był jakimś międzynarodowym krezusem. Był raczej podwykonawcą dla prawdziwych zwycięzców tamtej epoki (takich jak jego rosyjski przyjaciel Suzin) robiących bajeczne fortuny na dostawach dla zbrojących się na nadchodzące wojny mocarstw Europy.

@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000001300.854.jpg@RY2@

JACEK KORCELLI/EAST NEWS

4.

Owszem, książę Jeremi Wiśniowiecki (1612-1651), pan na Wiśniowcu, Łubniach i Chorolu, istniał naprawdę. Jednocześnie w powszechnej świadomości Polaków funkcjonuje jako jeden z drugoplanowych, ale jednak kluczowych bohaterów "Ogniem i mieczem" Sienkiewicza. Podobnie jest zresztą z inną magnacką familią - Radziwiłłami w "Potopie". I to dzięki Sienkiewiczowi Jarema utrwalił się w skarbcu narodowych ikon jako Brudny Harry XVII-wiecznej magnaterii szlacheckiej. Twardy, czasem okrutny, ale prawy. Zupełnie odwrotnie niż zdrajcy ojczyzny Janusz (megaloman) i Bogusław (fircyk) Radziwiłłowie. Historycy od początku podnosili oczywiście wątpliwości, że to wszystko takie proste nie było. Bo ani Jarema taki dobry i niewinny, ani Radziwiłłowie tacy źli. Faktem jest, że w połowie wieku XVII oba rody należały do najbogatszych w Polsce. I w ogóle w tej części Europy. Ich potęga oparta była na wielkich kresowych latyfundiach zasilanych niewolniczą pracą chłopstwa. Jarema osiągał z nich podobno 200 tys. dukatów rocznego dochodu. Oraz na własnej potędze militarnej, która sprawiała, że z Wiśniowieckimi czy Radziwiłłami liczyć się musieli nawet kolejni monarchowie. Syn Jaremy Michał Korybut (pojawia się też w "Ogniem i mieczem") sam został nawet królem (1669-1773). Ale do faktycznego formatu ojca nigdy się nawet nie zbliżył.

@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000001300.855.jpg@RY2@

ZENON ZYBURTOWICZ/EAST NEWS

3.

Głównego bohatera "Ziemi obiecanej" Reymonta od początku uwielbiali w Łodzi wszyscy. Król Bawełny Herman Bucholc płacił mu gwiazdorską stawkę 8 tys. rubli rocznie za dyrektorowanie w jego fabryce. Inny bogaty fabrykant Muller chce mu dać nawet 14 tys. Już nawet nie tyle za to, by dla nich pracował, ale aby powstrzymać go przed rozkręcaniem własnego interesu. Bezskutecznie. Borowiecki do spółki z przyjaciółmi Maksem Baumem i Morycem Weltem buduje swoją fabrykę. A że jest zdolnym chemikiem (w filmie Wajdy z 1974 r. ten wątek jest pominięty), zamierza konkurować również jakością swoich tekstyliów. Wiedząc o tym, dotychczasowi liderzy rynku robią wszystko, by odciąć Borowieckiego i spółkę od kredytów. Wydaje się, że przekleństwem Borowieckiego jest słabość do kobiet - a zwłaszcza do żony fabrykanta Zukera. Ale gdy płonie jego fabryka, kobieta okazuje się wybawieniem. Borowiecki żeni się z Madą Muller, córką fabrykanta, który już dawno chciał, by Borowiecki stał się jego następcą. Osobistego szczęścia nie znajduje, ale dziedziczy majątek wart kilka milionów rubli. I znając jego wrodzone talenty, wiadomo, że to on będzie nowym królem łódzkiej bawełny. A trzeba dodać, że pod koniec XIX wieku Łódź jest zagłębiem tekstylnym całego imperium rosyjskiego. Borowiecki jest więc pierwszym przedsiębiorcą w polskiej literaturze o nieograniczonych wręcz możliwościach bogacenia się. Podobną - choć zdecydowanie mniej znaną postacią - jest Alojzy Darwid, bohater "Argonautów" Elizy Orzeszkowej: finansista i spekulant, który dorobił się milionów na giełdzie w Wiedniu.

@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000001300.856.jpg@RY2@

POLFILM/EAST NEWS

2.

Wielkie fortuny to oczywiście nie tylko domena oszustów albo bezwzględnych nihilistów. Przecież w kapitalizmie sukces polega na wypracowaniu przewagi konkurencyjnej. A nie ma lepszego sposobu na jej osiągnięcie niż... innowacje. Drugie miejsce zajmują ex aequo dwaj najwięksi wynalazcy polskiej literatury: pomysłowi Dobromir z "Dobranocki" kręconej w latach 1974-1975 i Profesor T.Alent pojawiający się w komiksach o "Tytusie, Romku i Atomku". Niewykluczone zresztą, że obie postacie to jeden i ten sam bohater. Tyle że Dobromir to po prostu "młody inżynier racjonalizator", który konstruuje takie cudeńka jak drukowane kwiaty, szczekający talerz albo mechaniczne zamki. Z kolei T.Alent jest już dojrzałym pracownikiem Centralnego Ośrodka Wybryków Kosmicznych. I na liście jego wynalazków znaleźć można: Elektroabecadłowpychogłów (czyli prototyp maszyny do ekspresowej nauki czytania i pisania), Kapustogrocholot albo Policyjnego Psa Elektronowego. Pomyśleć tylko, co by się stało, gdyby udało im się opanować mechanizm wprowadzania tych wynalazków do rynkowego obiegu. I jak by wyglądał wtedy stan ich kont.

@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000001300.857.jpg@RY2@

MAT. PRASOWE

@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000001300.858.jpg@RY2@

MAT. PRASOWE

1.

Zaskoczenie? W pierwszej chwili może i tak. Ale przypatrzmy się trochę uważniej jednej z najsłynniejszych polskich legend. Istnieją jej różne wytłumaczenia. Najwcześniejsze (pojawiające się już w kronikach Wincentego Kadłubka i Jana Długosza) mówią o śmiertelnej walce stoczonej o panowanie nad Krakowem pomiędzy dworem Kraka a żyjącym u stóp wzgórza wawelskiego jaszczurem holofagiem (połykającym w całości). Według jednej wersji Krak pokonał go sam. Według innej zrobili to jego synowie Krak II i Lech. Ale potem jeden zabił drugiego, by pozostać jedynym pretendentem do schedy po ojcu. Według nowszych interpretacji smok mógł też być symbolem obcego najazdu i oblężenia grodu Kraka. Albo wręcz prawdziwym rywalem do objęcia władzy na Wawelu. Wszystkie te opowieści więdną jednak przy tym, co proponuje nam Stanisław Pagaczewski w swoim "Porwaniu Baltazara Gąbki" (1965), książce będącej pod względem popularności odpowiednikiem sagi o Harrym Potterze. Sfilmowanej na potrzeby "dobranocki" kilka lat później. Pagaczewski pisze, że oto Krak i Smok Wawelski wcale ze sobą nie rywalizują. Tylko łączą siły. Próbując odnaleźć genialnego Profesora i specjalistę od żab latających Baltazara Gąbkę. Jak się nad tym tak głębiej zastanowić, całe to trio można uznać wręcz za symbol dobrze funkcjonującego społeczeństwa. Mamy więc mądrą władzę polityczną (Krak), gwarantującą bezpieczeństwo siłę (Smok) i wiedzę (Gąbka). Czy to nie właśnie taka triada jest kluczem do gospodarczej prosperity każdego dobrze funkcjonującego społeczeństwa? I dzięki temu społeczeństwa bogatego. To oferta tak atrakcyjna, że po drodze na stronę Kraka i Smoka przechodzi nawet Don Pedro, szpieg z krainy deszczowców.

@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000001300.859.jpg@RY2@

MAT. PRASOWE

@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000001300.860.jpg@RY2@

POLFILM_EAST NEWS

Opracował Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.