Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Auto na lata? Zapomnijcie o tym!

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Jestem po lekturze historii człowieka z Zielonej Góry, który w 1991 r. kupił toyotę carinę i do dzisiaj przejechał nią milion kilometrów. Twierdzi, że w tym czasie ani razu nie miał awarii w trasie, a sprzęgło, wahacze, amortyzatory i tłumik w aucie są oryginalne, tzn. pamiętają Japonię z czasów, gdy Lech Wałęsa obiecywał, że nią będziemy. Przyznacie, że brzmi to nieprawdopodobnie. I jest absolutnie nieosiągalne dla współczesnych samochodów, które nierzadko już przy przebiegu 100 tys. km zaczynają przygotowywać się do spoczęcia w motoryzacyjnym grobie: ich silnik łapie astmę, turbosprężarka - anginę, na tłumiku pojawiają się hemoroidy, a   całe wnętrze atakuje łuszczyca.

Nowoczesne auta mają również bardzo poważny problem z praktycznością. Owszem, pojemność bagażników wielu modeli budzi szacunek, ale niestety zdarza się, że kształtem przypominają one Włochy - są nieregularne tak bardzo, że pomieszczą może 500 litrów piasku luzem, ale na pewno nie walizki, w które spakujecie się na urlop. No i ta ciasnota na tylnej kanapie w większości obecnych modeli: grube drzwi, nisko opadające dachy, szerokie wyprofilowane fotele, podłokietniki - wszystko to sprawia, że dorosły człowiek nawet w niektórych luksusowych limuzynach zmuszony jest przyjmować pozycję płodu - zęby ma wbite w kolana.

A wszystko to nasza wina. Bo chcemy jeździć coraz bardziej komfortowymi, ładniejszymi, bezpieczniejszymi, zaawansowanymi technologicznie, szybkimi i ekonomicznymi samochodami. A wszystko to wymaga od konstruktorów montowania w nich mnóstwa kabli, procesorów, dodatkowych materiałów wygłuszających, wzmacniających etc. W dodatku chcemy coraz częściej wymieniać auta na nowe, co oznacza, że konstruktorzy muszą opracowywać je coraz szybciej. Nie mają czasu na dokładne sprawdzanie tego, co wymyślili, więc - przypierani do muru przez księgowych i zarząd - wypuszczają to na rynek w wersji beta, czyli de facto prototypowej. A już w kolejnym tygodniu wzywają do serwisów milion aut w celu naprawienia fabrycznych wad i usterek.

Z tych wszystkich powodów jestem zwolennikiem kupowania samochodów po tzw. faceliftingu. Po prostu są one znacznie bardziej dopracowane. Podejdźcie do tego w ten sposób: gdy budujecie dom, popełniacie drobne błędy, które później okazują się irytujące. Więc po pięciu latach przeprowadzacie remont generalny, w trakcie którego usuwacie większość niedoskonałości. I dokładnie tak jest z samochodami. Wytłumaczę wam to na przykładzie Volvo V60.

Kilka miesięcy temu Szwedo-Chińczycy zafundowali mu kurację odmładzającą. I nie poprzestali - jak większość producentów - na wstrzyknięciu tu i ówdzie botoksu oraz depilacji wstydliwych zakamarków. Volvo poddało V60 poważnej operacji, podczas której wypruło z niego stare flaki i zastąpiło je nowymi:

1. Automatyczna skrzynia biegów dostała dwa dodatkowe przełożenia i ma ich teraz osiem. O ile ta poprzednia działała z gracją młyńskiego koła, to nowa zalicza się do najlepszych na rynku.

2. W "starym" modelu zawieszenie i układ kierowniczy wykonane były z rozgotowanego makaronu, podczas gdy w nowym skonstruowano je ze stali - prowadzi się znacznie pewniej, bezpieczniej.

3. Diesel D4 zyskał kilka dodatkowych koni i ma ich teraz łącznie 181. Zaskakująco dobrze dogadują się one ze skrzynią biegów, są pełne wigoru (7,6 sekundy do setki), a przy tym wyjątkowo ciche. Wyraźnie cichsze niż te w bmw czy audi.

Zaznaczam, że wszystko to dotyczy wersji z dieslem D4. Bo tuż po niej wsiadłem do benzynowego, 245-konnego T5 i po przejechaniu kilometra miałem ochotę go spalić. Moc przenoszona jest tu wyłącznie na przednie koła, więc autem rzuca jak kutrem rybackim podczas sztormu. W związku z tym czas przyspieszania do setki w 6,4 sekundy, jaki podaje Volvo, w rzeczywistości jest czasem, w jakim znajdziecie się w rowie, jeżeli nie będziecie kurczowo trzymali kierownicy. Co więcej, subiektywnie T5 jest wolniejsze niż D4, a do tego żłopie paliwo jak wielbłąd po dwumiesięcznej tułaczce przez Saharę. 11-12 litrów to normalny wynik.

Mimo to Volvo twierdzi, że znajdują się amatorzy na T5. To np. muzycy, dla których ważne są "wrażenia słuchowe". Skoro tak, to proponuję im wizytę w BMW lub Mercedesie, gdzie nabędą coś ośmiocylindrowego produkującego dźwięki godne Filharmonii Wiedeńskiej. Bo T5 jest odpowiednikiem jednorękiego gitarzysty z podziemi Dworca Centralnego. Pomyślicie, że zmieniłem poglądy, skoro zachwycam się dieslem Volvo i surowej krytyce poddaję jego benzynową wersję. Ale wierzcie mi - to nie ja się zmieniłem. Zmieniło się Volvo. I to bardzo.

@RY1@i02/2014/056/i02.2014.056.00000110a.803.jpg@RY2@

Volvo V60

@RY1@i02/2014/056/i02.2014.056.00000110a.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Łukasz Bąk

zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.