Marks, kryzys kapitalizmu i rozlanie się pracy
Z Janem Sową rozmawia Rafał Woś
Co czytać?
Marksa.
Jak kiedyś na kursach marksizmu-leninizmu?
Czemu sprowadzać Marksa tylko do tamtego bolszewickiego odczytania? Zresztą bardzo wąskiego. A może by go tak wyrwać z tamtej przeklętej symboliki?
I co nam to da?
Mamy taki moment w rozwoju światowej gospodarki, że trudno już mieć jakiekolwiek wątpliwości, że warto wracać do Marksa. Na Zachodzie od momentu wybuchu kryzysu nawet najbardziej zdeklarowani wolnorynkowcy coraz częściej widzą w nim genialnego analityka kapitalizmu. Dość powiedzieć, że od 1975 r. - a więc już od prawie 40 lat - nierówności rosną w większości zachodnich społeczeństw w sposób nieprzerwany. Dolny kwintyl amerykańskiego społeczeństwa zarabia dziś realnie mniej więcej tyle samo, co w drugiej połowie lat 50. XX wieku. Na naszych oczach dzieje się więc dokładnie to, co przewidywał Marks jakieś... 150 lat temu.
Zgoda. Problemem rosnących nierówności zajął się nawet ostatni szczyt w Davos, którego organizatorów o komunistyczne zaczadzenie oskarżyć trudno.
Aktualność Marksa nie wyczerpuje się na samej tylko kwestii nierówności. Na naszych oczach potwierdza się też to, co ojciec komunizmu nazwał problemem z realizacją zysku. To znaczy, że towary są wyprodukowane, a nie ma ich kto kupić, bo jest za niska siła nabywcza, bo są za niskie pensje. Na dodatek po kryzysie kapitalizm coraz słabiej spełnia tę obietnicę emancypacji i postępu, którą w okresie powojennym szachował komunizm.
No dobrze, załóżmy, że Marks celnie piętnuje błędy kapitalizmu. Ale czy można się dowiedzieć u niego czegoś nowego? Czegoś pasującego do wyzwań XXI wieku?
Właśnie nakładem PWN wyszła świetna książka "Marks - nowe perspektywy". I żeby było jasne. To nie jest żaden ołtarzyk wystawiony Marksowi przez jego współczesnych epigonów. Autorzy tej książki - głównie włoscy intelektualiści - zmagają się z myślą Marksa po swojemu, często krytycznie. Na pograniczu filozofii, socjologii i ekonomii. Wychodzą im z tego naprawdę fascynujące rzeczy. I bardzo aktualne.
Jakieś przykłady?
W porównaniu z Marksem o wiele mniej koncentrują się na wielkoprzemysłowej klasie robotniczej dominującej w XIX wieku. Interesuje ich praca niematerialna - usługi i różne dziedziny związane z operowaniem symbolami. Badają centra logistyczne czy call center. Przy tej okazji pojawia się temat prekariatu, czyli pracy słabo opłacanej i niepewnej, która stała się domeną naszych czasów. Również w Polsce. Ich też interesuje praca w epoce cyfrowej. Jeden z autorów tej książki Mario Tronti stworzył kiedyś pojęcie "fabryki społecznej". Powiedział, że dziś produkcja nie rozgrywa się już przy taśmie. Raczej doszło do tego, że ona się rozlała. I trudno odmówić mu racji. Bo co się dzieje, gdy używamy np. Facebooka czy Google’a? Przecież my pracujemy.
Czy to nie jest pewna przesada?
Może i nie rozpoznajemy tego jako pracy. A jednak Google czy Facebook na tym naszym klikaniu czy linkowaniu zarabiają. Więc jest to praca rozumiana jako generowanie wartości dodatkowej. Jeżeli spojrzymy na sprawę z tej właśnie perspektywy, natychmiast pojawiają się nowe fascynujące pomysły. Na przykład dochód podstawowy. Ale nie jako forma jałmużny, tylko pewien akt redystrybucji. Sposób na to, by koncerny typu Google i Facebook w ogóle się swoim zyskiem podzieliły. Bo inaczej zawsze się wymkną.
Czy nie przeszkadza to, że autorzy tej książki to sami filozofowie, a nie ekonomiści?
Ekonomia to zbyt poważna sprawa, żeby zostawiać ją ekonomistom.
@RY1@i02/2014/051/i02.2014.051.00000280a.802.jpg@RY2@
RAFAŁ SIDERSKI
Jan Sowa socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego związany z ruchem "Ha!art", autor książki "Fantomowe ciało króla"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu