Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Dłużej, mocniej, gorzej

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Kilka tygodni temu niegrzecznie potraktowałem Porsche Panamerę S E-Hybrid. Stwierdziłem, że jest ospała i że znam przynajmniej miliard innych sposobów na spożytkowanie 700 tys. zł. A w puencie orzekłem, że posiadając to auto, nie będziecie mogli się pochwalić, że jeździcie porsche, tylko co najwyżej że wozi was porsche.

Polski oddział niemieckiego koncernu nie piał z zachwytu. Trzeba jednak przyznać, że w odróżnieniu od Mitsubishi, które tuż po publikacji felietonu na temat modelu ASX odwołało mi test Outlandera (w japońskim stylu: kłaniając się głęboko, przepraszając i zapewniając, że te dwie sprawy nie mają z sobą nic wspólnego), ludzie z Porsche przyjęli postawę dżentelmena uderzonego przez damę w prawy policzek - nadstawili lewy. Czyli zaproponowali mi przejażdżkę innym modelem. Spodziewałem się, że będzie to coś ostrego: mocniejsza wersja 911-ki albo przynajmniej Gaymana. Przepraszam, Caymana. Wyobraźcie sobie zatem moje zdziwienie, gdy okazało się, że mam pojeździć... panamerą. Tyle że wersją 4S Executive. Rozszyfruję dla was to oznaczenie. 4 - to liczba oznaczająca napęd na cztery koła; S - informuje, że macie do dyspozycji 420 koni karmionych wyłącznie czystą benzyną, a nie głupim prądem; Executive - to znak, że dostajecie 15 cm panamery więcej. Serio. Executive to wersja wydłużona do prawie 5,2 metra.

Zatem sprawa wygląda tak: użyczając mi wersję Executive, David z Porsche w dyplomatyczny sposób dał mi do zrozumienia, że pomyliłem się, pisząc, że wersja hybrydowa nadaje się do "wożenia", a nie "jeżdżenia". "Od wożenia jest Executive" - oświadczył w bardzo zawoalowany sposób.

Przykro mi bardzo, ale nie mogę się z tym zgodzić. Jeżeli podróżujecie głównie na tylnej kanapie, to oczekujecie przede wszystkim komfortu, klasztornej ciszy, łagodności i dostojeństwa. Nie sądzę, abyście z tej perspektywy fascynowali się przeciążeniami na zakrętach i jazdą z prędkością prawie 290 km/h, chyba że jesteście nienormalni. Tymczasem takie wrażenia gwarantuje wersja 4S. Daleko jej do eleganckiej flegmatyczności wersji hybrydowej. Owszem, jeździ znacznie lepiej niż ona - przyspiesza, błyskawicznie reaguje na dodanie gazu, a po utwardzeniu zawieszenia wasza szczęka odczuje, jak szorstka jest farba, którą maluje się linie oddzielające pasy na drodze. Innymi słowy - tutaj znacznie lepiej byście się czuli za kierownicą, a nie na tylnym fotelu. A skoro tak, to po co do cholery dopłacać 30 tys. euro za wersję Executive? Te dodatkowe 15 cm panamery kosztuje ponad 120 tys. zł! Tyle pieniędzy za dodatkowe 15 cm blachy, plastiku i weluru na dywanikach? Za taką sumę możecie mieć prawie pięć metrów każdego innego, pełnowartościowego samochodu razem z silnikiem, kołami i bajerami!

Z tego wszystkiego wychodzi, że Panamera 4S Executive skierowana jest do ludzi, którzy podróżują na tylnej kanapie, ale jednocześnie lubią swojego szofera tak bardzo, że chcą, aby wożenie ich tyłka sprawiało mu radość. A skoro interesuje ich szofer, a szofera - ich tyłek, to... sami rozumiecie. Czekajcie, jednak nie. W takim wypadku kupiliby caymana. No to może Panamera jest dla tych, którzy chcą szybko dotrzeć do celu, ale nie siedząc za kierownicą? Obawiam się, że też nie, bo wówczas udaliby się na miejsce prywatnym śmigłowcem - kosztuje niewiele więcej niż porsche.

@RY1@i02/2014/031/i02.2014.031.000001400.803.jpg@RY2@

Porsche Panamerą 4S Executive

@RY1@i02/2014/031/i02.2014.031.000001400.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Łukasz Bąk

zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.