Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Sto zielonych od dobrej wróżki

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Czasami literackie legendy nie mają wizerunku, lecz jedynie własną twarz - czyli "Historie o zwykłym szaleństwie", niepublikowane dotąd u nas opowiadania Charlesa Bukowskiego

Są pisarze, którzy działają niczym własna agencja PR (najnowszy przykład - dzienniki czcigodnych, trzydziestoparoletnich starców, Jacka Dehnela i Szczepana Twardocha) i choćby nawet głosili swoje nieprzystosowanie oraz ogólne désintéressement względem sławy, wydają się przystosowani wręcz idealnie, zakotwiczeni w środowiskowej towarzyskości, w mediach, w systemie nagród i stypendiów. Są jednak również tacy, którzy krążą gdzieś na dalekich orbitach, praktycznie niewidoczni, nieznani, niedocenieni. Książek ilu z nich - pomijając naturalnie zacne i liczne grono grafomanów - nie mieliśmy okazji przeczytać? I czy można być wybitnym pisarzem bez czytelników? Odpowiedź na to drugie pytanie jest raczej prosta: można, tak samo jak można być fatalnym pisarzem z całą armią wyznawców.

Intryguje mnie - to niechybnie temat na całą rozprawę - rola dobrej wróżki w życiu artysty. Dobre wróżki mają to do siebie, że przychodzą późno, niemal w ostatniej chwili. Kim byłby Kurt Vonnegut, gdyby nie dość przypadkowe zaproszenie z Uniwersytetu Iowa, by poprowadził tam warsztaty pisarskie? Miał wtedy 44 lata, sześcioro dzieci na utrzymaniu oraz opinię ekscentrycznego autora SF (czyli takiego, którego nie czytają nawet fani gatunku). No i kim byłby Charles Bukowski, gdyby pewnego dnia nie zgłosił się do niego początkujący wydawca, który wbrew rozsądkowi uważał go za nowego Walta Whitmana? Oba te zdarzenia miały miejsce w Ameryce w 1965 roku, a obaj pisarze byli z pochodzenia Niemcami - dziwny zbieg okoliczności, ale wszystkiego nie musimy przecież rozumieć.

Kiedy John Martin - bo o nim mowa - odkrył Bukowskiego, ów był, wedle większości potocznych definicji, kompletnym loserem. Miał 45 lat, ale wyglądał na więcej. Sporo pił. Pracował na poczcie w sortowni listów, pomieszkiwał w dzielnicach biedoty. Dwie dekady pisania przyniosły mu głównie rozczarowania - kolekcją listów odmownych mógł sobie tapetować kolejne wynajmowane nory. Martin przedstawił mu następującą ofertę: płacisz 35 dol. czynszu, 15 dol. alimentów, wydajesz 3 dol. na papierosy, 10 dol. na alkohol i 15 dol. na jedzenie - ja będę ci dawał 100 dol. miesięcznie, ale rzuć robotę na poczcie i pisz dla mnie.

Niepublikowane dotąd po polsku opowiadania z tomu "Historie o zwykłym szaleństwie" pochodzą właśnie z tego okresu życia Bukowskiego - po raz pierwszy ukazały się w 1972 roku jako część zbioru "Erections, Ejaculations, Exhibitions, and General Tales of Ordinary Madness", ale powstawały przeważnie w drugiej połowie lat 60. Jest to więc w pewnym sensie literacki dokument z czasów, gdy obrazoburczy wizerunek "starego świntucha" jeszcze się nie ugruntował - 100 dolców od Martina (pojawiającego się zresztą w książce pod kryptonimem John Brodacz) wystarczało, by się utrzymać, popić i zagrać na wyścigach, ale do statusu legendy undergroundu wciąż było Bukowskiemu daleko.

Owszem, istniało wówczas w Stanach spore zapotrzebowanie na buntowników i deprawatorów, niemniej w tych tekstach jest coś więcej niż tylko bunt i epatowanie burżujów. Bywają nierówne - niektóre znakomite, niektóre bełkotliwe - ale to raczej świadectwo autentyzmu, bo Bukowski nie tyle pisał, ile rzucał się w nurt słów. Od awangardy różniło go jednak to, że opowiadał o twardej rzeczywistości: o knajpach prześmierdłych egzystencjalną klęską, o rozpaczliwych fuchach za psie pieniądze, o aresztach śledczych, delirce i kacu, o seksualnych apetytach i porażkach. Ale w tej ekshibicjonistycznej szczerości nie chodzi o akt samoponiżenia się ani tym bardziej o samczą dumę, lecz o ironię bycia człowiekiem. Co trzeba przegrać i co odrzucić, jakich złudzeń się pozbyć, jakich marzeń się wyrzec, w jaki sposób się skompromitować, żeby dojść do jakiejś w miarę akceptowalnej prawdy o samym sobie? "Jezu Chryste, muszę ulegać własnym nerwicom, to na czym innym mam w życiu polegać".

Oczywiście Bukowski był złośliwym staruchem. O innych poetach rzecze tak: "ludzie piszący rymowanki warte tyle co pierdnięcie chorego kota". Albo tak: "wypchane literackie balasy". Marihuanową kontrkulturę porównuje do świadków Jehowy. Ale konkurs o parę długości wygrywa jeden z najbardziej absurdalnych dialogów miłosnych, jakie czytałem: "- Charles - powiedziała. - Vera - powiedziałem. - Co? - zapytała. - Jestem największym poetą na świecie - wyznałem. - Żyjącym czy nieżyjącym? - Nieżyjącym - złapałem ją za pierś. - Vera, chciałbym wsadzić ci do dupy żywego dorsza! - Dlaczego? - A cholera wie".

@RY1@i02/2015/217/i02.2015.217.19600070b.803.jpg@RY2@

CORBIS/PROFIMEDIA

@RY1@i02/2015/217/i02.2015.217.19600070b.804.jpg@RY2@

Piotr Kofta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.