Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Wyjście ze strefy komfortu

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Ten film był dla mnie rodzajem terapii, próbą odreagowania śmierci ojca - mówi Alfonso Gomez-Rejon, reżyser filmu "Earl i ja, i umierająca dziewczyna", który znalazł się w programie 6. American Film Festivalu

Twój film oparty jest na książce Jessego Andrewsa, ale podobno najpierw przeczytałeś scenariusz, a dopiero później powieść.

To dość zabawne i chyba rzadko spotykane. Rzeczywiście tak było, bo początkowo nie wiedziałem w ogóle, że książka istnieje. Scenariusz, który do mnie trafił, bardzo przypadł mi do gustu. Rozbawił mnie, ale i poruszył. Książkę natomiast przeczytałem dopiero wtedy, kiedy wiedziałem już, że będę robił ten film.

Co w tej historii tak cię zainteresowało?

Ujęło mnie to, jak sportretowany jest okres dojrzewania. Widzimy prawdziwych ludzi, szczerych, pozbawionych cynizmu. Podobał mi się w tym wszystkim wątek autotematyczny oraz możliwość oddania hołdu moim mistrzom. Jednak przede wszystkim ten film był dla mnie ważny na gruncie osobistym. Jakiś czas temu straciłem ojca, z którym łączyła mnie bliska więź. Wiele mówi się o tym, że nawet jeżeli kogoś nie ma fizycznie, w jakiś sposób odczuwamy jego obecność. Nie do końca w to wierzę, zwłaszcza na gruncie religijnym, ale na pewno chciałbym wierzyć. Że jest jakieś kontinuum. Miałem takie poczucie, że doświadczenie, jakie niósł za sobą ten film, i przedstawiona w nim historia w jakiś sposób pozwoli mi sobie z tym poradzić i to wszystko zrozumieć. I rzeczywiście tak było. Mój tata nigdy nie był tak żywy jak teraz, bo cały czas o nim mówię. Dowiaduję się o nim wielu nowych rzeczy, uczę się go na nowo. Także dlatego chciałem zrobić ten film.

"Earl i ja, i umierająca dziewczyna" w lekki sposób rozprawia się z trudnymi kwestiami, takimi jak ciężka choroba czy śmierć.

To właśnie spodobało mi się w scenariuszu i książce Jessego. Że potrafi mówić o trudnym doświadczeniu w przystępny i lekki sposób. To też determinowało formę filmu. Chodziło o oddanie specyficznej atmosfery. Plan zdjęciowy był dla mnie jak wychodzenie ze strefy komfortu. Miałem okazję, by poeksperymentować, zobaczyć, co jest dobre, a co złe. Sporo ryzykowaliśmy, ale było warto.

Ważną kategorią w twoim filmie jest absurd. Przypomina mi się scena, w której główny bohater prosi chorą na raka dziewczynę, by udawała, że umiera.

To bardzo dobry przykład. Greg natychmiast zdaje sobie sprawę z tego, co zrobił, i momentalnie żałuje. Bardzo szybko podchwyciłem ten typ poczucia humoru. Jest mi bliski. Wielu ludzi próbuje się doszukać jakiegoś głębszego sensu w Monty Pythonie, a to po prostu czysty absurd. Choć wcale nie oznacza, że w wielu sytuacjach nie jest bliski życiu. Na tym też bazował nasz film.

Twój film to prawdziwa uczta dla kinofilów. Skąd pomysł, by parodiować klasykę kina?

To idea Jessego, która była już w książce, ale zakochałem się w tym pomyśle od samego początku. Moim wkładem było to, że finalnie pojawiło się więcej personalnych, ważnych dla mnie odniesień. Filmów, które nawet niekoniecznie są żelazną klasyką, ale z jakiegoś powodu były dla mnie istotne. Miałem całą listę reżyserów, którym chciałem oddać hołd. Kiedy wraz z ekipą zaczęliśmy nad tym pracować, ciężko było przestać.

Twój film to dla mnie przede wszystkim pełnokrwiste, ale przy tym bardzo oryginalne postaci.

Bardzo dużo rozmawialiśmy na temat każdej z nich. Pewnie to rzadko się zdarza, ale casting był tu niemal tożsamy z próbami aktorskimi przed zdjęciami. A trwało to dość długo. Zarówno z Thomasem Mannem, jak i Olivią Cooke, zanim powierzyłem im te role, spotykałem się wiele razy. W efekcie jeszcze przed angażem doskonale znali postaci. Miałem poczucie, że kolejne próby nie są już potrzebne, bo chcieliśmy zachować pewną świeżość. Do stworzenia postaci Rachel robiliśmy research wśród pacjentów chorych na raka, lekarzy. Kluczową rolę odgrywało pojęcie terapii. Kiedy bohaterka jest mocna, a kiedy słaba. Zgodziliśmy się, jak mają wyglądać te postaci, kim dla nas są, ale bazowaliśmy też na intuicji.

"Earl i ja, i umierająca dziewczyna" to rodzaj coming of age movie, gdzie szkołę przedstawiasz zarówno jako miejsce śmieszne, jak i nieco straszne.

Kiedy przeczytałem scenariusz, jedną z pierwszych rzeczy, o jakiej pomyślałem, było to, jak przedstawię mojego bohatera przechodzącego przez szkolny korytarz. Robiłem już coś podobnego w "Glee" i pamiętam, że musiałem się nieźle nakombinować. Zwiedziliśmy osiem, dziewięć szkół, zanim trafiliśmy do tej, w której kręciliśmy. Szkoła ta była zamknięta od dobrych kilku lat, była dość mocno zaniedbana, a my nie mieliśmy pieniędzy, by odnowić wszystko to, co nas interesowało. To był ogromny budynek, a w efekcie do dyspozycji mieliśmy tylko hall i jedną klasę. Pamiętam, że wielkość szkoły zrobiła na mnie wrażenie, a nawet nieco mnie przeraziła. Dlatego też wraz z operatorem uznaliśmy, że przedstawimy ją trochę jak takie duże więzienie.

Wszystkie twarze Ameryki

American Film Festival jest zbyt krótki - w jego trakcie da się obejrzeć maksymalnie 26 filmów. Tymczasem w programie znalazło się ich ponad 80, z czego warte uwagi są, no cóż, wszystkie. I organizatorzy rzeczywiście starają się pokazywać różnorodne oblicza amerykańskiego filmu, może poza blockbusterami, ale te mamy na co dzień w kinach. Szósta edycja AFF przyciąga świetnymi retrospektywami: reżyserską Clinta Eastwooda (doskonała okazja, by przypomnieć sobie m.in. wybitny western "Bez przebaczenia") oraz przeglądem kina afroamerykańskich reżyserek (w programie m.in. dzieła Avy DuVernay). We Wrocławiu pojawią się także być może najważniejsi obecnie twórcy kina niezależnego: Hal Hartley (pokaże "Neda Rifle", świetne zwieńczenie trylogii o dysfunkcyjnej rodzinie Henryego Foola i Fay Grim) oraz David Gordon Green (z premierowym "Kryzys to nasz pomysł"). Obaj reżyserzy dostaną w tym roku nagrodę Indie Star Award, spotkają się także na scenie: ich rozmowa na temat kina (sobota, godz. 15.30) bez wątpienia będzie jednym z najważniejszych wydarzeń festiwalu.

We Wrocławiu nie zabraknie też świetnej sekcji dokumentalnej (tu trzeba zwrócić uwagę m.in. na najnowszy film Fredericka Wisemana "Jackson Heights", ponadtrzygodzinny portret wielokulturowej dzielnicy Nowego Jorku), pokazów specjalnych (w tym fenomenalny serial dokumentalny Andrew Jareckiego "Przeklęty: Życie i śmierci Roberta Dursta"), a także wielkich premier. Na otwarcie festiwalu zostanie pokazana "Carol" z wybitną rolą Cate Blanchett, na zamknięcie - "Steve Jobs" Dannyego Boylea z Michaelem Fassbenderem w roli tytułowej.

American Film Festival odbędzie się w Kinie Nowe Horyzonty we Wrocławiu w dniach 20-25 października. Pełny program na AmericanFilmFestival.pl.

JD

@RY1@i02/2015/202/i02.2015.202.19600030b.802.jpg@RY2@

mat. prasowe

Olivia Cooke i Thomas Mann w filmie "Earl i ja, i umierająca dziewczyna"

Rozmawiał Kuba Armata

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.