Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

W wolnej chwili

Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Tak naprawdę jest tu tylko jedna kobieta, Marta Handschke (znana chociażby z projektu Oczi Cziorne). To faceci odpowiadają za całą muzykę. Marta jest autorką kilku tekstów. Ale mimo to czuć tutaj spory pierwiastek kobiecej melancholii, która pięknie współgra z rockowym, męskim pazurem. Zespół od zawsze tworzył solidne melodie i ciekawe teksty, nie inaczej jest na ich nowej płycie "Podarte sukienki". Dodatkowo ten krążek okrasił sporą dawką psychodelii, klimatem przypominającym nasz big beat i sporą dawką retro klawiszy. Doskonałe są: instrumentalny trans w "Pod nami rzeka", retro rockowa opowieść o inwazji z wymownym tytułem "Kiedy kosmici napadną Ziemię", przeszywające noiseowe momenty w "LSD", kawałki w britpopowym stylu jak singlowy "Wielki wybuch". Na deser finałowe "Podarte sukienki", ponad siedmiominutowy klimatyczny delikatny mrok. Grzegorz Nawrocki i spółka dają nam znakomitą alternatywną popową mieszankę, która zyskują z każdym przesłuchaniem. Na pewno też znakomicie sprawdzi się na żywo.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2015/197/i02.2015.197.19600080b.806.jpg@RY2@

Nadchodzi młodzież, otwarta, ciesząca się graniem i doskonale umiejąca korzystać z nowych mediów oraz nasłuchująca tego, co dzieje się na świecie. Oto kolejny przykład znakomitego debiutu w tym roku: Terrific Sunday i ich debiutancki długogrający krążek "Strangers, Lovers". Poznański kwartet z dwuletnim doświadczeniem zdążył już zarejestrować dwie epki, wystąpić na najważniejszych polskich festiwalach i showcaseach, doczekać się pozytywnych recenzji w rozgłośniach radiowych. Kontrakt z dużą wytwórnią, znakomity producent Marcin Bors - to pokłosie tych sukcesów. Teraz Terrific Sunday będą musieli zmierzyć się z presją i oczekiwaniami pierwszej prawdziwej płyty. Mają jednak czym się bronić, bo ich "Strangers, Lovers" to zestaw wpadających w ucho, ale niebanalnych gitarowych kompozycji w duchu indie rocka. Inspirują się i zasłuchują w Foals, Everythin Everything, Haim, Radiohead, The Beatles. Dzięki temu anglojęzyczny "Strangers, Lovers" przesiąknięte jest gitarowym, brytyjskim klimatem. Jeżeli jeszcze nie słyszeliście Terrific Sunday, a lubicie takie granie, to dajcie im szansę. Nie pożałujecie.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2015/197/i02.2015.197.19600080b.807.jpg@RY2@

Wydawało wam się, że bez Mela Gibsona nie ma "Mad Maxa"? Błąd. Tom Hardy to aktor bardziej utalentowany, do roli wściekłego antybohatera wymarzony (przypomnijcie sobie chociażby "Bronsona"). Ale i bez Hardyego wciąż byłby to "Mad Max". Rzecz tkwi bowiem w nieokiełznanej wyobraźni Georgea Millera. To australijski reżyser odcisnął na serii swoje autorskie piętno. To on nadał jej surrealistyczną dzikość, to on pokierował ją od mrocznego, futurystycznego westernu do napompowanego adrenaliną widowiska. Miller nie stawia widzom wielkich wymagań: wszak liczy się tu nieustająca akcja, ale mimochodem zadaje ważne pytania, porusza istotne problemy, stawia niegłupie diagnozy. W "Na drodze gniewu" odsuwa Maxa na drugi plan, skupiając swoją uwagę na równie wściekłej Imperatorowej Furiosie, która wraz z grupą dziewczyn ucieka z rąk oprawców. Tak, wciąż znajdziecie tu ryczące silniki wielkich maszyn, krew, pot i piach pustyni, ale maczystowskiemu kinu akcji Miller wymierzył bolesny cios poniżej pasa.

Jakub Demiańczuk

@RY1@i02/2015/197/i02.2015.197.19600080b.808.jpg@RY2@

Robert Durst, jeden ze spadkobierców fortuny bogatego nowojorskiego rodu, jest jedną z najbardziej zadziwiających postaci, jakie poznacie. Bezczelny, pewny siebie, uparty - to oczywiście nie wystarczy, by go zapamiętać na dłużej. Ale to jednocześnie człowiek, któremu uchodzą na sucho wszystkie zbrodnie. Trzy razy był podejrzewany o morderstwo, raz nawet stanął przed sądem, lecz choć faktycznie zabił mężczyznę i poćwiartował zwłoki, został uniewinniony, bo twierdził, że działał w obronie własnej. Andrew Jarecki parę lat temu nakręcił inspirowany historią Dursta film "Wszystko, co dobre". Po premierze Durst zadzwonił do niego i zaproponował udzielenie - pierwszego od kilkudziesięciu lat - wywiadu. Efektem jest sześciodocinkowy miniserial dokumentalny "Przeklęty". Fascynujący, przerażający, wciągający do ostatnich sekund. Oglądajcie, nawet jeśli znacie dopisany przez życie finał - jeszcze przed telewizyjną premierą ostatniego epizodu Durst został po raz kolejny aresztowany, zresztą w związku z inną zbrodnią.

Jakub Demiańczuk

@RY1@i02/2015/197/i02.2015.197.19600080b.809.jpg@RY2@

Stephen Clarke, angielski autor humorystycznych książek o Francji, twierdzi, że Francuzi zatracili umiejętność tworzenia dobrych komedii. "Seks, miłość i terapia" jest na to dowodem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że komedia powstała tylko po to, by Sophie Marceau pokazała, jak piękną i seksowną jest kobietą mimo zbliżającej się pięćdziesiątki. Istotnie, diwa francuskiego kina zachwyca, cóż jednak z tego, skoro fabuła jest miałka, a dowcipy nie śmieszą. Reżyserka, zabierąc się do komedii o seksie, popełniła błąd kardynalny: zapomniała o lekkości i dystansie. Powstała rzecz toporna, chwilami niesmaczna. Judith (Marceau) jest kobietą wyzwoloną i kocha seks. Lambert (Patrick Bruel) to seksoholik, któremu od kilkunastu miesięcy udaje się utrzymać abstynencję. Gdy wspólnie zaczynają pracować, prowadząc terapię małżeństw, robi się gorąco. Ona, nie przebierając w środkach, próbuje go uwieść, on opiera się ze wszystkich sił. Finał tej historii jest łatwy do przewidzenia. Problem w tym, że zanim do niego dobrniemy, jest po prostu nudno.

Malwina Wapińska

@RY1@i02/2015/197/i02.2015.197.19600080b.810.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.