Komiksowe nowości
Andreasa dzieło nieukończone. Miała być trylogia, skończyło się na dylogii i część trzecia, jak informuje na okładce sam wydawca, najpewniej nigdy już nie powstanie. Artystycznych i komercyjnych przyczyn takiego obrotu sprawy jest parę, niemiecki rysownik i scenarzysta zabrał się wreszcie do innych projektów i na "Diana", jak miał nazywać się finałowy tom, już nie starczyło mu czasu. Ale zebrane w jednym albumie dwa zeszyty, "Cyrrus" i "Mil", dają prawie że pełny obraz niesamowicie ambitnego zamierzenia Andreasa, a na pewno zapewniają pełnowartościowe doświadczenie komiksowe. Skrót fabularny sugerowałby opowieść prostą, ale to pozory, pierwszy tom jest bowiem rzeczą niezwykle trudną w odbiorze ze względu na niechronologiczną narrację. Czytelnik staje właściwie przed zadaniem złożenia kadrów w koherentną całość. Andreas oczywiście pozostawia pewne tropy - kompozycja strony czy użycie konkretnej palety kolorystycznej mają znaczenie - co czyni z "Cyrrusa" swoistą zagadkę. Osadzony lata później "Mil" niby pochyla się nad pewnymi pytaniami postawionymi wcześniej przez artystę, ale i piętrzy kolejne, na które odpowiedzi możemy już się nie doczekać.
@RY1@i02/2015/162/i02.2015.162.196000600.805.jpg@RY2@
Bartosz Czartoryski
Kolejna szeregowa frankofońska zeszytówka fantasy zapowiada się interesująco, ale zanim na dobre się rozpocznie, już zmierza do końca. "Najazdy" to zaledwie ekspozycja mająca na celu przybliżenie sytuacji geopolitycznej; brat walczy tu przeciwko bratu, a trzecia strona konfliktu to nadciągające centaury, których nie obchodzą rodzinne niesnaski. Tym złym zasiadającym na tronie Alstaviku jest niejaki Rildrig, przeciwko niemu występuje zaś ten mądrzejszy, Sigvald. Ale obu braciom grunt pali się pod stopami, bo stawić czoła centaurom mogą tylko ich połączone armie. Pierwszy album serii "Konungowie" dynamicznie rozrysowuje intrygę i przedstawia galerię ciekawych postaci, ale czy można liczyć na satysfakcjonujące zamknięcie serii w trzech tomach? Niby nie ma co się martwić na zapas, ale trudno odpędzić od siebie myśl, że Sylvain Runberg pisał swój komiks mocno ograniczony jego objętością; chciałby rozwinąć postać czy dialog, ale brakuje dymków i ramek. Za to ciekawą przeciwwagą do zwyczajowej oprawy graficznej komiksów frankofońskich są rysunki Juzhena kojarzące się raczej z nowoczesnymi grami wideo niż, dajmy na to, "Thorgalem".
@RY1@i02/2015/162/i02.2015.162.196000600.806.jpg@RY2@
Bartosz Czartoryski
Shazam, niegdyś znany także jako Captain Marvel, zawsze był ważną postacią w komiksowym panteonie - gdy debiutował jeszcze w latach 40., komiksy o jego przygodach przez pewien czas sprzedawały się lepiej niż opowieści o Supermanie. Shazam to w rzeczywistości piętnastoletni Billy Batson, który po wypowiedzeniu zaklęcia staje się potężnym czarnoksiężnikiem o posturze i aparycji superbohatera. W wersji New 52, którą dostajemy do rąk, Billy jest sierotą i raczej nieznośnym dzieciakiem, który trafia co chwilę do innej rodziny zastępczej. Aż w pewnym momencie zostaje obdarowany mocą Shazama i od razu musi stawić czoła niszczycielskiej czarnej magii, a przy okazji ocalić swoją nową rodzinę. Pierwszy tom serii to rzetelne czytadło, ale niewiele więcej: "Shazam!" stara się być opowieścią serio, często utrzymaną w mrocznej tonacji, a przecież piętnastolatek, który odkrywa dopiero swoją moc, to postać przede wszystkim komiczna. Równowagi między powagą a błazenadą utrzymać się nie udało, ale Shazama na straty spisywać nie trzeba: wkrótce pojawi się przecież w szeregach Ligi Sprawiedliwości.
@RY1@i02/2015/162/i02.2015.162.196000600.807.jpg@RY2@
Jakub Demiańczuk
Decyzja Egmontu o sprowadzeniu do nas serii wydawniczej Marvel NOW! obejmującej odświeżone przygody superherosów z amerykańskiej stajni to strzał w dziesiątkę. Szczególnie że kolejne numery w miękkiej oprawie sprzedawane są poniżej średniej ceny komiksowej. Dobór tytułów koresponduje z popularnością danych postaci, a niejednokrotnie - jak w przypadku "Strażników galaktyki" - wyboru dokonywano, zapewne podpatrując kinowy repertuar. Dlatego do Polski trafiły aż dwa nowe tytuły z Avengers. Ten recenzowany, pisany przez Jonathana Hickmana, mnoży zwyczajowe efekciarstwo Mścicieli przez dwa, co wydawałoby się niemożliwe. A jednak. Kapitan Ameryka, Iron Man i cały legion obdarzonych niesamowitymi mocami trykociarzy lecą bowiem na Marsa, gdzie szaleje niejaki Ex Nihilo, cierpiąca na kompleks boga istota przeistaczająca planety na swoją modłę. Cóż, historyjka jak historyjka, opowiedziana konsekwentnie, ale niewyróżniająca się spośród zalewu superbohaterszczyzny. Słowem: całkiem przyjemna lektura z interesującym finałem, który każe wyglądać kolejnego tomu.
@RY1@i02/2015/162/i02.2015.162.196000600.808.jpg@RY2@
Bartosz Czartoryski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu