Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Wróciłem, kurde bele!

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Lobo: ważniak, łotr, ostatni mieszkaniec planety Czarnia. Wydawnictwo Egmont przypomina najważniejsze komiksy z kultowym antysuperbohaterem w roli głównej

Lobo to międzygwiezdny zabijaka i łowca nagród, dla którego praca to relaks. Bo nad przestrzelenie łba kosmicznej poczwarze czy połamanie rąk Świętemu Mikołajowi ten ostatni Czarnianin przedkłada tylko świętą trójcę każdego zdemoralizowanego awanturnika: szybki seks, marne dragi i głośnego rock and rolla. Lobo to zimny drań, ale nawet kiedy swoim hakiem wypruwa komuś flaki, szczerzy się od ucha do ucha i puszcza do czytelnika oko. I jak tu go, kurde bele, nie kochać?

Polski miłośnik komiksu poznał go przed przeszło dwudziestoma laty, kiedy prym na rynku wiodło nieistniejące już wydawnictwo TM-Semic. Lobo przybył wtedy na Ziemię, chcąc się sprawdzić i pomocować z samym Supermanem. Jakież było zdziwienie niewyrobionego jeszcze czytelnika, który zobaczył, jak facet znikąd spuszcza srogi łomot Człowiekowi ze Stali? Potem pojawiły się kolejne komiksy koncentrujące się już na postaci Lobo: "Ostatni Czarnianin", obrazoburczy, a przy tym przeraźliwie zabawny "Lobo powraca", gdzie trafia po śmierci do nieba (i piekła), oraz "Paramilitarne święta specjalne", kiedy to kosmiczny najemnik przyjął zlecenie na Mikołaja. Potem były i inne komiksy, lepsze i gorsze, wydawane nie mniej ochoczo, ale to te trzy stanowią swoisty charakterologiczny rdzeń Lobo, istny "Portret bękarta". Nieprzypadkowo zostały zebrane i spakowane do jednego tomu opatrzonego właśnie takim tytułem.

Na pomysł ulepienia postaci Lobo z komiksowych klisz wpadli na początku lat 80. Keith Giffen i Roger Slifer, bardziej dla hecy niż z prawdziwej potrzeby twórczej. Ale na swoje pięć minut Czarnianin czekał jeszcze dekadę, aż zajęli się nim scenarzysta Alan Grant i rysownik Simon Bisley, których nazwiska - obok Giffena - widnieją na okładce "Portretu bękarta". Cięte dialogi napisane przez pierwszego z nich oraz brudne, pozujące na niechlujne ilustracje autorstwa tego drugiego zbudowały klimat, który dla przeżywającego kryzys komiksu lat 90. okazał się odświeżający. Z każdym kolejnym tomem Lobo przeginał coraz bardziej. Ostatni Czarnianin wytłukł resztę swojej rasy, zderzył się z boskim panteonem, a nawet, już w innych komiksach, niemieszczących się w "Portrecie bękarta", pozabijał własne dzieci - choć trzeba dodać, że i one chciały ojca ubić - zmierzył się z Batmanem i został LoboCopem. Ostatnio, w ramach projektu New 52, ku niezadowoleniu fanów napisano tę postać na nowo, wywracając dotychczasowy życiorys bladolicego draba do góry nogami.

Nie miał jednak szczęścia do kina. Bo choć powstała fanowska adaptacja "Paramilitarnych świąt", studio Warner Bros. nie pali się do przeniesienia ultrabrutalnych przygód gwiezdnego zakapiora na ekran. Może ewentualny sukces Marvelowskiego "Deadpoola", któremu przydzielono kategorię wiekową R, zmieni coś w tej materii? Oby. Póki co pozostaje nam - świetny! - komiks.

@RY1@i02/2015/162/i02.2015.162.19600060a.803.jpg@RY2@

EGMONT POLSKA

@RY1@i02/2015/162/i02.2015.162.19600060a.804.jpg@RY2@

Bartosz Czartoryski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.