Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

W wolnej chwili

Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Minęło 18 lat od czasu, kiedy poznaliśmy Australijkę Natalie Imbruglia dzięki przebojowi "Torn" (to cover numeru zespołu Ednaswap z 1995 roku). Od tamtego czasu piękna Natalie zdążyła zagrać w kilku filmach, teatrze, wydać też kilka płyt. Teraz powraca z nowym krążkiem, pierwszym po sześciu latach przerwy, "Male". Wypełniła go coverami przebojów sprzed lat, no i nie do końca wyszła z tego obronną ręką. Kilka kompozycji pasuje do jej uwodzicielskiego, delikatnego wokalu. Natalie dobrze radzi sobie w "The Summer" Josha Pykea, "Let My Love Open the Door" Petea Townshenda czy "The Wind" Cata Stevensa. Niestety te lepsze momenty nie rekompensują do końca długich nużących chwil na "Male". Nie ma co ukrywać, że Natalie nigdy wielką wokalistką nie była i to się nie zmieniło. Ma w sobie czar i luz, ale czy to wystarczy na dobrą płytę? Jeżeli oczekujecie piosenek idealnych do sprzątania albo czytania długiej, lekkiej powieści, to "Male" dobrze się sprawdzi. Zdecydowanie dla fanów (fanek) delikatnego plumkania.

@RY1@i02/2015/162/i02.2015.162.196000800.806.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

Nazwę tej szkockiej kapeli powinni kojarzyć fani filmu "The Goonies" z 1985 roku. To przecież tam kilku bohaterów pochodzi z rodziny Fratellich. Trio z Glasgow właśnie wypuściło swój czwarty album "Eyes Wide, Tongue Tied", za produkcję którego odpowiada Tony Hoffer. Spod jego ręki wcześniej wyszło chociażby "Sounds of the Universe" Depeche Mode. Formacja Fratellis do tej pory zebrała na swoim koncie m.in. Brit Awards, ich płyty pokryły się platyną i złotem. Fanów rockowego, gitarowego grania podbili m.in. numerem "Chelsea Dagger". Na "Eyes Wide, Tongue Tied" ponownie dali się porwać gitarowemu graniu momentami nawiązującemu do znanego tematu muzycznego z filmu "Ghostbusters" albo klasyka Beatlesów "Come Together". Do gitar momentami dodają pianino ("Me and the Devil") albo przechodzą w klimat country ("Impostors. Little by Little"). The Fratellis pokazują też, że dobrze czują się nie tylko w żywiołowych kompozycjach. Znakomicie kończą album rozmydloną balladą "Moonshine". Miłośnicy brytyjskiego grania powinni już biec do sklepów.

@RY1@i02/2015/162/i02.2015.162.196000800.807.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

Z podobnymi płytami zawsze będzie ten problem, że lepiej słucha się oryginałów niż interpretacji. Nina Simone zawsze będzie brzmiała najlepiej w wykonaniu Niny Simone. Jednak po pierwsze takie krążki są okazją do przybliżenia młodszemu pokoleniu dokonań legendy jazzu, bluesa i rnb. Po drugie dają okazję do popisu dla współczesnych artystów, jeżeli oczywiście mają na tyle talentu, by zmierzyć się z oryginałami. Na szczęście Jazmine Sullivan, Mary J. Blige, Gregory Porter, a przede wszystkim Lauryn Hill mają talent i potrafią z niego korzystać. Ważna jest tu szczególnie Lauryn, która współprodukowała płytę. Nie wszystkie jej wersje zapewne przypadną do gustu fanom Simone, ale na pewno warte są uwagi. W ponadsiedmiominutowej wersji "Aint Got No/I Got Life" Hill rapuje. W równie długim "Black Is the Colour (of My True Loves Hair)" dokłada sporo efektów i klawiszy. Potrafi też jednak się genialnie wyciszyć i oczarować niemal jazzowym klimatem ("Wild Is The Wind"). A na deser jest sama Nina Simone w kompozycji "I Wish I Knew How It Would Feel to Be Free".

@RY1@i02/2015/162/i02.2015.162.196000800.808.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

Ocena może trochę na wyrost, bo kto nie lubi nowojorskich opowieści snutych przez Noaha Baumbacha, to już pewnie nie polubi, ale dla reszty będzie to powrót na dobrze mu znane miejskie ulice. Nieźle dobrany duet Ben Stiller i Naomi Watts gra tutaj parę w średnim wieku, która usilnie poszukuje sensu dorosłości. Zafascynowani młodszymi o połowę dwudziestoparolatkami zaczynają rozumieć jednak, że przez pokoleniową przepaść nie tak łatwo przerzucić pomost. Baumbach nieco tendencyjnie pokazuje pokolenie urodzone w latach 90. jako zagubionych w niezrozumiałej, fasadowej nostalgii pozerów, diagnozując młody wiek jako przyczynę ich, z braku lepszego słowa, zepsucia. Z drugiej strony zdaje się sugerować, że dowodem dorosłości jest nic innego jak rodzicielstwo. Ale tak czy inaczej, ten stonowany komediodramat idealnie wpisuje się w dotychczasową filmografię Baumbacha, który nadal potrafi celnie opowiadać i o swojej generacji, i tej, która dopiero nadejdzie, mimo że tym razem nie udało mu się strzelić w dziesiątkę.

@RY1@i02/2015/162/i02.2015.162.196000800.809.jpg@RY2@

Bartosz Czartoryski

Południowoafrykański reżyser Neill Blomkamp konsekwentnie buduje swoją dystopijną wizję przyszłości. Tym razem sięga po pomysł ze swojej debiutanckiej krótkometrażówki ("Tetra Vaal" z 2004 roku, można ją w całości obejrzeć na YouTubie), rozbudowując ją do całkiem satysfakcjonującej opowieści o policyjnym robocie, który zyskuje świadomość, a przy okazji zostaje "wychowany" przez uliczny gang. "Chappie" zgrabnie łączy cierpki humor, społeczny komentarz i komiksową umowność z klasycznymi dla science fiction motywami. Całość przypomina rozciągnięty do dwóch godzin teledysk alternatywnej grupy Die Antwoord, której członkowie grają tu zresztą główne role: trochę jakby cyrk ze slumsów Johannesburga wystawiał grecką tragedię na zgliszczach dyskoteki. Blomkamp jednak nad chaosem swojego filmu zdołał zapanować. Trzeci pełnometrażowy film w jego dorobku nie ma co prawda przenikliwości "Dystryktu 9" ani ambicji "Elizjum", ale to i tak pełnowartościowa, inteligentna rozrywka.

@RY1@i02/2015/162/i02.2015.162.196000800.810.jpg@RY2@

Jakub Demiańczuk

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.