Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Telewizja kłamie

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Piotr Szumlewicz w serii krótkich, klarownych i subtelnie ironicznych felietonów udowadnia, dlaczego nasze media (zwłaszcza telewizja) osiągnęły dno. "Pokręć się tu, Piotrek. To podstawowa rzecz w TVP" - usłyszał Szumlewicz, gdy w 2010 r. otrzymał propozycję pracy w Dwójce. Ten lewicowy publicysta ("Trybuna", "Przegląd", "Bez Dogmatu") dostał ją od ówczesnego SLD-owskiego (a jakże!) szefa kanału Rafała Rastawickiego. I - jak z autoironią przyznaje Szumlewicz - był to pierwszy zgrzyt. Zwłaszcza w zestawieniu z jego idealistycznymi oczekiwaniami wobec telewizji publicznej.

A potem zgrzytało już cały czas. Szumlewicz pokazuje telewizję publiczną jako instytucję pełną feudalnych struktur i powiązań. Kłębowisko patologicznych relacji politycznych i biznesowych, gdzie "kręcenie się" jest wszystkim. Polega na siedzeniu w kawiarni "Kaprys" (to, z kim siedzisz, decyduje o tym, jak wysoko stoją twoje akcje) i na tworzeniu wokół siebie atmosfery wpływowości. Jedna z najzabawniejszych historii w tej książce to opowieść, jak Szumlewicz został zaproszony na przyjęcie z udziałem szefa TVP 2 i znanej prezenterki. Organizował je jeden z telewizyjnych "wpływowych", który przedstawiał siebie jako krewniaka prezydenta Komorowskiego. Na zakończenie uczestników rozwoził do domów samochód BOR. Organizator zamawiał go osobiście, powołując się przez telefon na osobistą protekcję "pani Ani". Później okazało się, że historia z krewnym prezydenta była mistyfikacją. A rzekomy borowik to sąsiad "wpływowego".

Tego typu intrygi snute przez wyjątkowo liczną kastę dyrektorską z Woronicza byłyby nawet zabawne. Podobnie jak krytykowane przez Szumlewicza "gwiazdorskie" pensje dla zupełnie na nie niezasługujących gwiazd. Gdyby nie fakt, że równolegle trwa zastraszająca prekariatyzacja warunków pracy telewizyjnych montażystów, kamerzystów czy szeregowych dziennikarzy, którzy pracują w superelastycznym systemie zleceniowym i w przeważającej części zostali outsourcowani do firm zewnętrznych. Szumlewicz te patologie atakuje. "Może zarząd TVP powinien przygotować eksperymentalne wydanie »Wiadomości« przygotowane bez kamerzystów, scenarzystów i wydawców? Wszak Ziemiec i Tadla poradzą sobie sami" - pyta prześmiewczo.

Książka Szumlewicza nie jest jednak tylko atakiem na relacje panujące w TVP. To także ostre oskarżenie panującego niepodzielnie w mediach obrazkowych (od TVP do TVN 24) wzorca dziennikarstwa. Czyli fabryki reporterów o wyjątkowo wąskich horyzontach potrafiących zrealizować płytki materiał na dowolny temat. Zazwyczaj idąc po linii najmniejszego oporu w takt idei prymitywnego społecznego darwinizmu. Wielbiącego silnych i bogatych, a gardzącego biedą i słabością w każdym jej przejawie.

Są w tej książce momenty, kiedy Szumlewicza ponosi publicystyczny temperament. Zwłaszcza gdy wchodzi na tematy związane z Kościołem. Wtedy skręca w charakterystyczny dla części lewicy atawistyczny antyklerykalizm, który nie zostawia zbyt wiele miejsca na subtelną dyskusję. Ale można to w jakimś stopniu tłumaczyć wyznawaną przez autora "Wielkiego prania..." wizją debaty publicznej. Która - zdaniem Szumlewicza - nie może uciekać od ostrych fundamentalnych sporów. Wszak na tym polega pluralistyczna demokracja, że realnie istniejące spory ideowe nie są zamiatane pod dywan w ramach kuriozalnego "zgoda buduje".

@RY1@i02/2015/112/i02.2015.112.000002800.802.jpg@RY2@

Piotr Szumlewicz, "Wielkie pranie mózgów. Rzecz o polskich mediach", Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2015

Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.