Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Wyjść poza spiralę chaosu

Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Florence Welch po ciężkim dla siebie okresie wydała nowy krążek. Możliwe, że nie tak przebojowy jak poprzednie, ale nie mniej szczery

Wpiosence "St Jude" na najnowszej płycie "How Big, How Blue, How Beautiful" Florence Welch śpiewa "maybe Ive always been more comfortable in chaos". Patrząc na to, co działo się z nią po wydaniu przebojowego krążka "Ceremonials" cztery lata temu, faktycznie można powiedzieć, że wkradł się w jej życie chaos. Jak on wyglądał i jak artystka sobie z nim poradziła?

"Ceremonials" dostał bardzo dobre recenzje, wylądował na listach przebojów w wielu krajach (m.in. na Wyspach), w samych Stanach sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy, w Polsce pokrył się platyną. Na płycie z takimi przebojami jak "Shake It Out", "What the Water Gave Me" i "Never Let Me Go", wspierali ją m.in. niezwykle doświadczony producent Paul Epworth (Paul McCartney, Adele, U2), Tom Elmhirst (też pracował m.in. z Adele) oraz jej przyjaciółka wokalistka, lubiana w Polsce Jessie Ware. "Ceremonials" powstało na fali sukcesu debiutu Florence "Lungs". Wokalistka sama przyznaje, że okres między tymi dwoma krążkami był niezwykle intensywny. Po zakończeniu promocji "Ceremonials" Brytyjka postanowiła odpocząć. Nie do końca się to jednak udało. W jednym z wywiadów wspomina ten czas słowami, których do opisania swoich karier mogłoby użyć pewnie wielu wielkich artystów: "Przeżyłam coś w rodzaju załamania nerwowego. Nadal udzielałam się jako wokalistka, ale nie sprawiało mi to już takiej radości jak wcześniej, moje życie zamieniło się w spiralę, z której ciężko było wyjść. Sukces artystyczny nie przełożył się na satysfakcję w codziennym życiu. Ten czas był pełen upadków, ale też wzlotów i to wpłynęło na nowy materiał". Nie dziwi więc, że "How Big, How Blue, How Beautiful" to jej najbardziej osobista płyta. Ale prawda jest taka, że Florence co prawda od początku schowana za wizerunkiem przypominającym miks dziwnej, niepokojącej "Alicji w Krainie Czarów" z musicalu w stylu Tima Burtona i hippiski (wystarczy popatrzeć na jej stylizacje na Instagramie) nigdy nie bała się mówić ani co myśli, ani o sprawach osobistych.

W swoim wywiadzie dla magazynu "Rolling Stone" w 2011 roku potrafiła dokładnie opisać, jak zabalowała dzień przed rozmową z dziennikarzem w hotelowym barze, podając szczegóły dotyczące ilości wypitych drinków i przebywania w nie swoim pokoju. Zresztą moment, kiedy jest na kacu, nazywa niezwykle twórczym, bo człowiek nie w pełni jest wtedy obecny w realnym świecie, jakby nie do końca wybudzony. Ważniejsze jednak, że zdradziła, że od małego trochę odbiegała od swoich rówieśników. Kiedy wszyscy kombinowali, jak pójść na kolejny koncert w okolicy, ona marzyła o zobaczeniu kolejnego musicalu. Nie bała się też wyznać, że od 13. roku życia mieszka w domu z mamą (nie miała czasu się wyprowadzić). Tuż przed zamieszkaniem w południowym Londynie z mamą jej rodzice się rozstali, co było dla Florence traumatycznym doświadczeniem. Wtedy też zmieniły się jej fascynacje muzyczne, z wyznawczyni Posh ze Spice Girls została fanką grungeu. Z kolei potem przeszła do garażowego rocka oraz wykonawców typu Wu-Tang Clan. Przyznaje, że już jako nastolatka ubierała się w dziwne stroje jakby zmiksowane od bohaterek filmów "Clueless" oraz "Szkoła czarownic". Dziś ma inny problem z ubraniami. Kiedy ma coś kupić, pyta siebie: wyglądam OK czy znowu jak Lady Marion (ukochana Robin Hooda)? Na ogół jednak kończy się tak, że wciąż kupuje ciuchy w tym samym kolorze.

Florence nie ma też oporu mówić o początkach swojej kariery. Własne kompozycje wykonywała w squatach, gdy akurat był wolny mikrofon. Sytuacja zaczęła się zmieniać, kiedy na słynnym showcase festiwalu SXSW w Teksasie poznała członków zespołu MGMT. Ci zaproponowali Florence i jej zespołowi supportowanie koncertów podczas europejskiej trasy, za co płacili... 30 euro za noc. Ale jak mówi Florence, to wystarczyło na zabawę między koncertami. Rok po trasie z MGMT Welch wydała swoją pierwszą płytę i szybko stała się jedną z najciekawszych, najbardziej oryginalnych artystek ostatnich lat, nazywaną przez wielu następczynią Stevie Nicks oraz Kate Bush. O swojej muzyce Florence mówi: "Chciałabym, żeby brzmiała jak upadek z drzewa lub wysokiego budynku albo wessanie w głąb oceanu, gdzie nie można złapać tchu". Trudno powiedzieć, żeby jej najnowsza płyta "How Big, How Blue, How Beautiful" robiła takie wrażenie. Od początku niektórzy zarzucają Welch nadmierną pompatyczność, egzaltację, teatralność. Przy nowym materiale też mogą pojawić się takie określenia, szczególnie gdy słucha się zdań Florence typu: "Tytuł piosenki »How Big, How Blue, How Beautiful« wydał mi się idealny dla opisania całego materiału na krążku, bo ma w sobie dużo nadziei, zupełnie jak ja". Stwierdzenie tyleż banalne, co absolutnie pasujące do Florence, do tego, co robi od lat. Bo Brytyjka nie udaje, nie mizdrzy się do publiki. Jeżeli śpiewa na granicy kiczu i podobnie wygląda, to pewnego progu nie przekracza, bo wierzy w to, co robi. Ma spójny plan na muzyczny materiał, jego oprawę graficzną oraz klipy. Te promujące "How Big, How Blue, How Beautiful" wspólnie tworzą pewną historię. W jej muzyce nie ma przypadku. Florence jest trochę jak Freddie Mercury, wielu może nazwać ich ekscentrykami, wariatami i nie akceptować, ale trudno odmówić im szczerości i konsekwencji.

Na "How Big, How Blue, How Beautiful" największe wrażenie robią ballady, wspomniane "St Jude" czy "Various Storms & Saints" z przejmującym wokalem Welch. Całość doskonale wyprodukowana przez Paula Epwortha, ale też Markusa Dravsa odpowiedzialnego za ważną dla Florence płytę Björk "Homogenic". Wspólnie znaleźli doskonały balans między żywymi instrumentami a elektroniką. Może brakuje tu przebojowych petard godnych hitów z poprzednich płyt Brytyjki, ale "How Big, How Blue, How Beautiful" to bez wątpienia płyta warta wielokrotnego obcowania z przejmującymi momentami, zarówno muzycznie, jak i lirycznie. Florence nie przestaje być sobą, artystką niepozwalającą przejść obok siebie obojętnie.

@RY1@i02/2015/103/i02.2015.103.19600060a.803.jpg@RY2@

UNIVERSAL

@RY1@i02/2015/103/i02.2015.103.19600060a.804.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.